Minęło 30 lat, odkąd się pożegnaliśmy. Dziś znów trzyma mnie za rękę.
Siedzimy na ławce nad jeziorem. Woda błyszczy w promieniach słońca, a w powietrzu czuć zapach wiosny. Patrzę na jego dłonie - znajome, choć starsze, cieplejsze niż pamiętałam. I nie potrafię powiedzieć ani słowa.
Nie widzieliśmy się od tamtego dnia na dworcu. Miał walizkę w jednej ręce, a w drugiej — moje serce. Powiedział, że musi jechać, że to szansa, której nie może zmarnować. Obiecał, że napisze. Czekałam miesiąc. Potem rok. W końcu przestałam liczyć. Życie szło dalej, jak to życie — ślub, dzieci, kredyty, obowiązki. Ale tamto pożegnanie nigdy nie zniknęło z mojego wnętrza.
A dziś? Dziś po prostu wszedł do tej samej kawiarni co ja. W tym samym mieście, do którego wróciłam po latach. Spojrzał na mnie jakby się nie zmieniło nic — jakbym nadal miała dwadzieścia lat i sukienkę w kwiaty. I zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, uśmiechnął się i powiedział: "Wiedziałem, że cię jeszcze kiedyś znajdę."
Usiedliśmy wtedy przy oknie. Cicho, powoli. Jakbyśmy bali się, że gwałtowniejszy ruch mógłby przerwać coś kruchego i cennego. Kawiarnia była ta sama, co kiedyś, choć zmieniła kolor ścian i nazwę. Nadal pachniało tu cynamonem i kawą z mlekiem. Pamiętam, że kiedyś zamawiał czarną, mocną, bez cukru. Dziś wybrał herbatę.
Rozmawialiśmy ostrożnie. Jak ludzie, którzy mają sobie zbyt wiele do powiedzenia, ale nie wiedzą, od czego zacząć. On pierwszy zapytał:
- Jesteś szczęśliwa?
Nie odpowiedziałam od razu. Spojrzałam przez okno. Ulicą przechodziła starsza para, trzymając się za ręce.
- Byłam - powiedziałam w końcu. - Przez jakiś czas. Potem… potem było różnie.
Opowiedziałam mu o mężu, który był dobrym człowiekiem, ale nigdy nie patrzył na mnie tak, jak on kiedyś patrzył. O dzieciach, które dorosły i wyjechały. O cichych porankach, które zbyt często kończyły się łzami, w których sama nie mogłam się połapać.
On skinął głową. Uśmiechnął się smutno.
- Ja nie założyłem rodziny. Były jakieś kobiety, ale… nikt nie był tobą.
Zamilkliśmy. Słowa wydawały się zbyt głośne, zbyt ciężkie. Ale cisza między nami nie była niezręczna. Była znajoma.
- Dlaczego się nie odezwałeś? - zapytałam w końcu, czując, jak coś we mnie znów się porusza. - Obiecałeś.
Pochylił głowę.
- Pisałem. Naprawdę pisałem. Ale nie wiedziałem, że twój ojciec przechwycił listy. Dowiedziałem się dopiero po latach, kiedy przypadkiem spotkałem twoją kuzynkę. Powiedziała mi, że wyszłaś za mąż. Pomyślałem, że nie mam już prawa wracać.
Zrobiło mi się zimno. Jakby ktoś otworzył okno i wpuścił przeciąg tamtego niedopowiedzianego życia.
- Myślałam, że zapomniałeś - powiedziałam cicho.
- Nie zapomniałem - odparł. - Nigdy.
Potem poszliśmy na spacer. Jak kiedyś. Ale już nie spiesząc się, nie śmiejąc się głośno jak młodzi zakochani. Szliśmy powoli, w milczeniu, które mówiło więcej niż całe tomy listów. Kiedy doszliśmy nad jezioro, usiedliśmy na tej ławce. Jego dłoń dotknęła mojej. Naturalnie. Bez pytania, bez zawahania.
- Gdybyś mogła cofnąć czas… - zaczął.
- Nie cofałabym - przerwałam mu. - Wiesz dlaczego? Bo wszystko, co było, musiało się wydarzyć, żebyśmy dziś tu usiedli.
Uśmiechnął się. A ja zrozumiałam, że czas nie zabrał nam wszystkiego. Że są uczucia, które nie rdzewieją. Że niektóre dłonie - nawet po trzydziestu latach - pasują do siebie tak samo jak wtedy, gdy miało się dwadzieścia lat i marzenia większe niż życie.
Nie wiem, co będzie dalej. Nie wiem, czy spotkamy się jutro, czy to tylko ten jeden dzień. Ale wiem jedno.
Dziś znów trzyma mnie za rękę. I tym razem - nie chcę już jej puścić. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];