Wyciąg z konta przed oczami pokazywał zero złotych w rubryce "oszczędności". Pięćdziesiąt tysięcy, które miały być moją poduszką bezpieczeństwa, zniknęły rok temu. Wszystkie poszły na wkład własny dla Dawida.
Zadzwoniłam do syna. Odebrał po ósmym sygnale, w tle słyszałam telewizor.
- Cześć, mamo. Co tam?
- Dawid, musimy pogadać o tej pożyczce - zaczęłam ostrożnie. - Minął rok. Mówiłeś, że jak tylko załatwicie kredyt i trochę odetchniecie...
Cisza. Potem westchnienie.
- Mamo, serio? Teraz o tym?
- Przepraszam, ale... wiesz, że pieniądze się przydadzą. Emerytura nie jest wielka, a pralka mi się zepsuła. Nie muszę od razu wszystkiego, ale może na początek dziesięć tysięcy?
- Dziesięć tysięcy. - Zaśmiał się krótko, nerwowo. - Wiesz, ile my teraz spłacamy kredytu? Ile kosztowały meble? Karolina w ciąży, będzie na zwolnieniu...
- Wiem, kochanie, wiem. Ale to była pożyczka. Rozmawialiśmy o tym. Powiedziałeś, że oddasz.
Kolejna cisza, dłuższa.
- Mama - powiedział w końcu tonem, jakby tłumaczył coś oczywistego dziecku - myślałem, że rodzice po prostu pomagają. Że tak się robi w rodzinie.
Telefon niemal wypadł mi z ręki.
- Słucham?
- No wiesz... Ty i tata dostaliście pomoc od dziadków. To normalne. Pomaganie dzieciom.
- Dawid - głos mi drżał - ja cię wyraźnie pytałam: pożyczka czy darowizna. Ty powiedziałeś pożyczka. Obiecałeś zwrócić.
- No tak mówiłem, ale... - urwał. - Przecież nie myślałaś poważnie?
Nie spałam całą noc. Leżałam w ciemnościach, przewijając w głowie tamtą rozmowę sprzed roku.
Dawid przyszedł do mnie zdenerwowany. Mieszkanie, które wypatrzyli z Karoliną, miało drugiego chętnego. Brakowało im pięćdziesięciu tysięcy do wkładu własnego. Bank nie dawał więcej.
- Mamo, to nasza szansa - mówił, a ja widziałam w jego oczach to samo błaganie co dwadzieścia lat temu, gdy prosił o rower. - Jeśli teraz nie zdecydujemy, ktoś inny je kupi.
- To dużo pieniędzy, Dawid - powiedziałam wtedy. - To wszystkie moje oszczędności.
- Wiem, mamo. I dlatego oddam. Rok, maksymalnie dwa. Jak tylko trochę spłacimy kredyt i się ustabilizujemy.
- Jesteś pewien? Bo jeśli to ma być darowizna...
- Nie, nie. - Pokręcił głową stanowczo. - Pożyczka. Oddam. Obiecuję.
Uwierzyłam mu. Bo był moim synem. Bo chciałam mu pomóc. Bo myślałam, że słowo jeszcze coś znaczy.
Następnego dnia pojechałam do nich. Nie zadzwoniłam wcześniej. Karolina otworzyła drzwi w ciążowym szlafroku, z brzuchem już dobrze widocznym. Uśmiechnęła się.
- Pani Haniu! Niespodzianka. Wejdzie pani?
Wszłam. Mieszkanie było piękne. Nowe meble, które widziałam na ich Instagramie. Wielki telewizor. W kuchni ekspres do kawy za dwa tysiące złotych.
Dawid wyszedł z sypialni.
- Mamo? Nie mówiłaś, że przyjedziesz.
- Musimy porozmawiać - powiedziałam. - O tej pożyczce.
Karolina natychmiast spoważniała.
- Dawid mi mówił. Mamo, naprawdę teraz? My mamy dziecko w drodze, wydatki ogromne...
- Karolina - przerwałam jej spokojnie - ja też mam wydatki. Żyję z emerytury. Pralka się zepsuła. Zębów nie mogę sobie wyleczyć, bo nie stać mnie na protezy. A wy macie ekspres za dwa tysiące.
- To był prezent od moich rodziców - warknęła Karolina.
- Wspaniale. Może twoi rodzice mogą mi też coś podarować. Na przykład moją własną pożyczkę.
Dawid wstał.
- Mamo, o co ci chodzi? Przychodzisz tu, atakujesz Karolinę...
- Nie atakuję. Proszę o zwrot pieniędzy, które mi się należą. - Wyjęłam z torebki kartkę. - To jest umowa pożyczki, którą podpisałeś. Tu jest twój podpis.
Zrobiłam to. Kazałam mu wtedy podpisać, mimo że nie chciał. "Mama, po co formalności między rodziną?". Nalegałam. I teraz byłam za to wdzięczna.
Dawid wziął kartkę, przeczytał.
- No dobrze, podpisałem. Ale... mama, my naprawdę nie mamy teraz pieniędzy.
- A ja mam? - Głos mi się podniósł. - Myślisz, że ja mam? Dawid, ty jesteś moim jedynym dzieckiem. Ja przez trzydzieści lat odkładałam każdą złotówkę. Mieszkam w kawalerce, nie jeżdżę na wakacje, nie kupuję sobie niczego. Żeby mieć zabezpieczenie na starość. I oddałam ci wszystko, bo mi obiecałeś, że oddasz.
- Ale rodzice pomagają dzieciom! - krzyknęła Karolina. - Moi rodzice nam pomogli i nie żądają zwrotu!
- To twoi rodzice mają taką relację z tobą. Ja z moim synem miałam umowę.
Dawid usiadł ciężko na kanapie.
- Co ty chcesz, żebym zrobił? Sprzedał mieszkanie?
- Chcę, żebyś zaczął oddawać. Tysiąc złotych miesięcznie. - Patrzyłam na niego. - Wiem, że nie macie lekko. Ale ja też nie mam. I nie proszę o wszystko naraz. Tylko o to, co się umówiliśmy.
Cisza.
- A jeśli nie? - zapytała Karolina.
Spojrzałam na nią.
- Jeśli nie, to pójdę do sądu. Bo mam umowę. I wygram.
Minęły trzy tygodnie. Dawid nie dzwonił. Ja też nie.
Potem przyszedł przelew. Tysiąc złotych. Bez żadnej wiadomości.
I tak co miesiąc. Przelew. Cisza.
Zadzwoniłam po trzech miesiącach.
- Dziękuję za przelewy - powiedziałam.
- Nie ma za co - odparł sucho. - To przecież mój obowiązek. Jak mówiłaś.
- Dawid, ja nie chciałam...
- Wiem. Chciałaś pieniędzy. Dostajesz.
Rozłączył się.
Minęło pół roku. Dziecko się urodziło. Dostałam SMS ze zdjęciem. "Szymon. 3,5 kg. Wszyscy zdrowi."
Nie zaprosiła mnie do szpitala. Nie odwiedzili mnie z dzieckiem. Przelewy przychodzą regularnie. Ale syna już nie mam.
Czasami zastanawiam się, czy warto było. Czy te tysiąc złotych miesięcznie jest warte utraty relacji z synem i wnukiem.
A potem patrzę na swoje konto. Na rachunki. Na pustkę, którą miałam mieć jako zabezpieczenie.
I wiem, że tak.
Bo nauczyłam go czegoś, czego nie nauczył się przez trzydzieści lat: że słowo „obietnica" coś znaczy. Że umowy się dotrzymuje. Że mama też jest człowiekiem, który ma prawo do szacunku.
Może kiedyś to zrozumie. Może jak Szymon podrośnie i też będzie czegoś od niego żądał, przypomni sobie tę lekcję.
A może nie.
Ale ja będę miała swoje pieniądze. I swoją godność.
Bo to też się w rodzinie liczy.
var adsinserter = adsinserter || {};
adsinserter.tags = ['fulladsnew'];