Nóż wypadł mi z ręki, kiedy zobaczyłam Tomasza wchodzącego do kuchni z walizką. Nie małą torbą. Walizką. Tą dużą, na kółkach, którą braliśmy na wakacje. Karp leżał na desce do krojenia, a ja akurat kończyłam go filetować.
- Co ty robisz? - zapytałam, patrząc to na niego, to na walizkę. - Przecież za godzinę przyjeżdżają twoi rodzice. Barszcz jest już prawie...
- Nie przyjeżdżają - przerwał mi. - Odwołałem.
Wytarłam ręce w ściereczkę. W salonie choinka mrugała światełkami. Na stole było nakryte dla sześciu osób - biały obrus, porcelana po babci, dodatkowe nakrycie dla wędrówca.
- Tomek, nie rozumiem. Odwołałeś Wigilię?
- Odchodzę, Aniu - powiedział, patrząc gdzieś ponad moim ramieniem. - Nie mogę już dłużej udawać.
Udawać. To słowo zawisło między nami jak coś obcego.
- Udawać czego?
- Że jestem szczęśliwy. Że to wszystko ma sens. Że... - urwał, spojrzał w podłogę. - Że cię kocham.
Usiadłam na krześle, bo nogi pode mną się ugięły. W powietrzu wisiał zapach barszczu czerwonego, grzybowej kapusty, pierników. Dwadzieścia Wigilie. Dwadzieścia lat.
- Nie kochasz mnie - wyszeptałam. Nie jako pytanie. Jako powtórzenie czegoś, czego nie mogłam zrozumieć.
- Przepraszam - powiedział tylko.
I wyszedł. W Wigilię. Zostawiając mnie z karpem na desce i stołem nakrytym dla sześciu osób. Pierwszą godzinę siedziałam bez ruchu. Patrzyłam na ten karp. Na nóż na podłodze. Na ściereczkę w moich rękach. Potem wstałam. I dokończyłam filety.
Nie wiem dlaczego. Może dlatego, że przez dwadzieścia lat robiłam to, co trzeba. Może dlatego, że mój mózg jeszcze nie nadążył za tym, co się właśnie stało. Wstawiłam rybę do lodówki. Zmyłam deskę. Podniosłam nóż.
Zadzwonił telefon. Jego matka.
- Aniu, kochana, Tomek dzwonił, że odwołujecie Wigilię. Coś się stało? Ktoś chory?
- Tak - usłyszałam swój głos, dziwnie spokojny. - Tomek wyszedł. Powiedział, że mnie nie kocha. I że nigdy nie kochał.
Cisza po drugiej stronie była długa.
- Co ty mówisz? - wyszeptała w końcu. - To niemożliwe. Tomek cię uwielbia. Zawsze...
- Udawał - dokończyłam za nią. - Przez dwadzieścia lat udawał.
Rozłączyłam się, zanim zaczęła płakać.
Tej nocy przeszukałam całe mieszkanie. Szukałam śladów. Dowodów. Czegokolwiek, co by mi powiedziało, jak mogłam tego nie zauważyć.
Znalazłam nasze zdjęcia ślubne. Patrzył na mnie z taką czułością. Albo udawał? Czy już wtedy udawał?
Kartki urodzinowe. "Kochanej Żonie". "Mojej Jedynej". Czy to wszystko było kłamstwem?
Zastanawiałam się, kiedy to się stało. Kiedy przestał? A może nigdy nie zaczął? Może to ja sobie wmówiłam tę miłość? Może widziałam to, co chciałam widzieć? Pamiętam naszą pierwszą randkę. Kino, potem spacer. Pocałował mnie pod latarnią i powiedział: "Chyba się zakochałem." Chyba. Nie "jestem pewien". Chyba.
Był tam. Od początku. Ten cień wątpliwości. A ja go nie widziałam. Albo nie chciałam widzieć.
Rano przyszła moja siostra Magda. Nie dzwoniła, po prostu przyjechała. Wzięła mnie w ramiona i płakała. Ja nie mogłam.
- Jak on mógł - powtarzała. - W Wigilię. Jak on mógł.
Usiadłyśmy w kuchni. Choinka w salonie nadal mrugała.
- Wiesz co jest najgorsze? - powiedziałam w końcu. - Że ja pytałam. Pytałam go rok temu, dwa lata temu. "Tomek, wszystko dobrze między nami?". A on mówił "Oczywiście. Dlaczego pytasz?". I ja wierzyłam.
- Bo miałaś prawo wierzyć - Magda chwyciła moją rękę. - Jesteście małżeństwem.
- Byliśmy. - Spojrzałam na obrączkę. - A może tylko ja byłam. On... on był aktorem grającym męża.
Magda zaczęła coś mówić o adwokacie, o podziale majątku. Ale ja przestałam słuchać. Bo nagle zrozumiałam coś. Przez te wszystkie lata, gdy ja budowałam dom, rodzinę, przyszłość - on po prostu był obecny. Fizycznie. Ale nie sercem.
I najstraszniejsze było to, że nie miałam ani jednego wspomnienia, które by temu przeczyło. Żadnego momentu, w którym mógłabym powiedzieć "tutaj na pewno mnie kochał". Bo może rzeczywiście nie kochał. Nigdy.
Minął tydzień. Tomasz nie dzwonił. Ja też nie. Jego matka przyszła. Płakała, mówiła, że nie rozumie, że wychowała go inaczej. Że to jej wina.
- To nie pani wina - powiedziałam. - To jego wybór. Dwudziestoletni wybór.
Zostawiłam obrączkę na stole. Nie demonstracyjnie. Po prostu ją zdjęłam. Bo nagle stała się zbyt ciężka.
Przyjacióły dzwoniły, pytały, co mogą zrobić. Ale co? Naprawić dwadzieścia lat? Cofnąć czas? Sprawić, żeby mnie pokochał?
Nie można.
Dziś mija miesiąc. Tomasz przysłał SMS. "Musimy porozmawiać o formalościach."
Formalności. To wszystko, co zostało z dwudziestu lat.
Nie odpowiedziałam od razu. Siedziałam w tym samym miejscu, gdzie siedziałam w Wigilię. W kuchni, przy stole.
I po raz pierwszy od miesiąca poczułam coś innego niż pustkę.
Złość.
Wściekłość.
Jak śmiał. Jak śmiał kraść mi dwadzieścia lat. Jak śmiał pozwolić mi wierzyć, planować, marzyć o starości we dwoje. Jak śmiał patrzeć mi w oczy każdego ranka i udawać.
Napisałam mu wtedy.
"Okej. Ale ja też muszę ci coś powiedzieć. Przez dwadzieścia lat myślałam, że jesteś przyzwoitym człowiekiem. Okazało się, że ja też się myliłam. Więc chyba jesteśmy kwita."
Wysłałam. I po raz pierwszy od miesiąca poczułam, że oddycham.
Nie wiem, co będzie dalej. Czy sobie poradzę. Czy kiedykolwiek znowu zaufam komuś.
Ale wiem jedno.
Więcej nie będę żyła w kłamstwie. Nawet jeśli prawda boli. Nawet jeśli samotność jest straszna.
Bo dwadzieścia lat z kimś, kto cię nie kocha, to gorsze niż rok samej.
Choinka już nie mruga. Zdjęłam ją tydzień po Nowym Roku. Porcelanę po babci schowałam z powrotem do kredensu.
Dom jest pusty. Cichy.
Ale po raz pierwszy od dwudziestu lat jest w nim prawda.
I to będzie musiało wystarczyć.
var adsinserter = adsinserter || {};
adsinserter.tags = ['fulladsnew'];