Bilety na koncert leżały na stoliku, a ja właśnie zapiałam nową sukienkę, gdy zadzwoniła córka.
- Mamo, ratuj - powiedziała bez przywitania. - Potrzebuję cię w sobotę. Cały dzień. Kuba ma szkolenie, a ja muszę na konferencję. Weźmiesz dzieci?
Spojrzałam na bilety. Dwa. Dla mnie i dla Ewy, mojej przyjaciółki. Koncert słynnego pianisty jazzowego. Czekałyśmy na ten wieczór pół roku.
- Kasiu, w sobotę nie mogę - powiedziałam. - Mam plany.
Cisza. Potem krótki śmiech.
- Plany? Jakie plany?
- Idę na koncert. Z Ewą. Już mamy bilety.
- Mamo, no serio? - głos córki nagle zrobił się ostry. - To sobie przełóż. Koncert można obejrzeć kiedy indziej. A ja potrzebuję cię teraz.
- Kasiu, bilety są od pół roku. Niezbywalne. I naprawdę się cieszę...
- Ale co babcia może mieć ważniejszego niż własne wnuki? - przerwała mi.
To pytanie. To jedno pytanie.
Opadłam na fotel. Bilety leżały przede mną. Dwa. Po sto dwadzieścia złotych każdy. Ale nie o pieniądze chodziło.
Chodziło o to, że moja córka - czterdziestoletnia, dorosła kobieta - naprawdę wierzyła, że moje życie powinno kręcić się tylko wokół nich.
- Kasiu - powiedziałam cicho - ja mam sześćdziesiąt dwa lata. Nie sto. Mam swoje życie.
- No właśnie widzę, jakie życie - warknęła. - Koncerty ważniejsze niż rodzina.
I rozłączyła się.
Siedziałam, patrząc na te bilety. I zastanawiałam się, kiedy to się stało. Kiedy przestałam być osobą, a stałam się funkcją. Babcią. Zawsze dostępną. Zawsze gotową. Zawsze drugorzędną.
Zadzwoniłam do Ewy.
- Kasiu mi odmówiła - powiedziałam. - Znaczy, ja jej odmówiłam. I teraz...
- Dobrze zrobiłaś - przerwała mi Ewa stanowczo. - Ile razy w zeszłym roku już siedziałaś z jej dziećmi?
Zastanowiłam się. Styczeń - bo byli chorzy. Luty - bo Kasia miała urodziny i chcieli pojechać sami. Marzec - weekendowy wyjazd. Kwiecień...
- Chyba z dwadzieścia razy - powiedziałam w końcu.
- A ile razy ona zapytała, czy ty czegoś nie potrzebujesz?
Cisza.
Bo odpowiedź brzmiała: zero. Pamiętam, jak rok temu miałam zabieg. Drobny, ale jednak w znieczuleniu ogólnym. Kazali mi wziąć kogoś, kto mnie odbierze.
Zadzwoniłam do Kasi. Powiedziała, że akurat tego dnia Zuzia ma wizytę u logopedy. Czy mogłabym przełożyć zabieg?
Przełożyć zabieg.
Wzięłam taksówkę. I Ewę, która wzięła urlop.
Potem, tydzień później, Kasia dzwoniła: "Mamo, możesz w sobotę? Mamy wesele, niania odwołała."
Pojechałam. Bo tak robią babcie, prawda?
Następnego dnia rano zadzwoniła teściowa Kasi. Zofia.
- Bożenko, Kasia do mnie dzwoniła - zaczęła. - Mówi, że jej odmówiłaś. Że masz jakiś koncert.
- To prawda - potwierdziłam.
- No i... - zawahała się. - Wiesz, że ja mogę popilnować dzieci, ale mam właśnie gości z Krakowa. Siostrę męża, nie widziałam jej dwa lata...
- Zosia - przerwałam jej. - Nie oczekuję, że zrezygnujesz z gości. Kasia jest dorosła. Niech znajdzie opiekunkę.
- Opiekunkę? - w jej głosie było niedowierzanie. - Ale przecież my jesteśmy. Rodzina. Po co płacić obcym ludziom?
- Bo my też mamy życie - powiedziałam i sama się zdziwiłam twardością w moim głosie. - Zosia, ty masz gości. Ja mam koncert. Dlaczego Kasia uważa, że nasze plany są mniej ważne niż jej wygoda?
Cisza.
- No... bo jesteśmy babciami - powiedziała w końcu niepewnie.
- Jesteśmy babciami. Nie służącymi.
W czwartek Kasia napisała SMS: "Znalazłam opiekunkę. 150 zł za cały dzień. Mam nadzieję, że ten koncert był tego wart."
Sto pięćdziesiąt złotych. Mniej niż bilety. Ale w jej wiadomości czułam wyrzut. Jak śmiesz sprawiać, że muszę płacić.
Nie odpowiedziałam. W piątek wieczorem Ewa przyszła do mnie z winem.
- Jutro idziemy - powiedziała. - I będzie cudownie. Bez telefonów, bez wyrzutów sumienia. Tylko my i muzyka.
- A jeśli Kasia nigdy mi nie wybaczy? - wyszeptałam.
Ewa spojrzała na mnie długo.
- A jeśli ty nigdy nie wybaczysz sobie, że zmarnowałaś swoje życie na czekanie?
Koncert był piękny. Siedziałyśmy w trzecim rzędzie. Pianista grał Chopina, potem przeszedł w jazz, improwizował. Zamknęłam oczy i po raz pierwszy od miesięcy poczułam, że... żyję. Że jestem. Że mam prawo do tego.
W przerwie Ewa powiedziała:
- Patrz na nas. Dwie eleganckie kobiety na koncercie. Kto by pomyślał, że jedna z nas prawie została w domu, bo wnuczka ma biegunkę.
Zaśmiałyśmy się. I nagle poczułam łzy. Dobre łzy. Bo zrozumiałam, że byłam o krok od rezygnacji. Znowu. Jak zawsze.
W niedzielę rano Kasia przysłała zdjęcie. Dzieci z opiekunką, uśmiechnięte, szczęśliwe.
"Zuzię i Jasia nie obeszło, że nie było babci. Świetnie się bawiły z panią Magdą."
Przeczytałam to raz. Drugi.
To miał być wyrzut. Dowód, że nie byłam potrzebna.
Ale ja przeczytałam coś innego: dzieci mają się dobrze. Kasia poradziła sobie. Świat się nie zawalił.
Odpisałam: "Cieszę się. Koncert był wspaniały. Może kiedyś pójdziemy razem?" Nie odpowiedziała od razu. Ale wieczorem przyszła wiadomość: "Może."
Nie wiem, jak to się wszystko potoczy. Może Kasia zrozumie. Może nie.
Ale wiem jedno.
Mam sześćdziesiąt dwa lata. Mój mąż zmarł pięć lat temu. Dzieci są dorosłe. Wnuki mają rodziców.
I ja mam prawo żyć. Nie w oczekiwaniu na telefon "mamo, ratuj". Nie jako dyżurna babcia. Ale jako Bożena. Kobieta, która lubi jazz, chodzi na koncerty, spotyka się z przyjaciółkami.
Kocham swoje wnuki. Naprawdę kocham. Ale kocham też siebie. I to nie jest egoizm. To po prostu chęć przeżycia reszty życia jako osoba. Nie funkcja.
I jeśli to czyni mnie złą babcią - to trudno.
Wolę być złą babcią niż niewidzialną kobietą. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];