Wiadomość od Marcina pojawiła się na ekranie, gdy stałam przed lustrem w przymierzalni. Nowe spodnie, rozmiar 38. Pasowały idealnie.

"Widziałem twoje zdjęcie na Facebooku. Przesadzasz z tą metamorfozą. Wyglądasz niezdrowo."

Przeczytałam raz. Drugi. Roześmiałam się głośno, że pani z sąsiedniej kabiny zapytała, czy wszystko w porządku. Wszystko było w porządku. Po raz pierwszy od lat.

Bo to był ten sam mężczyzna, który rok temu, jeszcze jako mój mąż, powiedział: "Agnieszka, powinnaś coś z tym zrobić. Dla zdrowia. Wiesz, że mój ojciec miał cukrzycę."

Ważyłam wtedy siedemdziesiąt osiem kilo. Teraz sześćdziesiąt trzy. Te same piętnaście kilo, o które mi wypominał przez pięć lat małżeństwa.

"Kup sobie karnet na siłownię." "Może przestań jeść słodycze." "Moja eks ważyła pięćdziesiąt pięć kilo." "Dbaj o siebie, no."

Dbaj o siebie. To były jego ulubione słowa. Więc zaczęłam dbać. Pół roku po rozwodzie zapisałam się na crossfit. Zmieniłam dietę. Zrzuciłam te piętnaście kilo, które przez lata były kością niezgody.

A teraz? Teraz "przesadzam". Kupiłam te spodnie. I wyszłam z przymierzalni z uśmiechem. Bo wreszcie zrozumiałam. Nigdy nie chodziło o wagę. Chodziło o kontrolę. I o to, żebym nigdy nie czuła się wystarczająco dobra.

Pamiętam naszą rocznicę ślubu, trzy lata temu. Kupiłam nową sukienkę, rozmiar 42. Czułam się w niej pięknie. Marcin spojrzał na mnie i powiedział: "Ładna sukienka. Szkoda, że przy twoich biodrach..." Urwał. Ale nie musiał kończyć. Wiedziałam.

Tego wieczoru nie tknęłam deseru. On zjadł mój kawałek tortu i mój.

"Przynajmniej jeden z nas dba o linię" - zaśmiał się.

On ważył dziewięćdziesiąt pięć kilo. Ale to było w porządku. Bo był mężczyzną. Mężczyźni nie muszą dbać o sylwetkę. Kobiety muszą. Ale nie za bardzo. Bo wtedy "przesadzają".

Po ogłoszeniu rozwodu przyszła moja mama.

- Agnieszka - powiedziała ostrożnie - może rzeczywiście powinnaś trochę...

- Schudnąć? - dokończyłam za nią. - Żeby wrócił?

Pokiwała głową.

- No wiesz, mężczyźni patrzą na takie rzeczy. Może gdybyś się postarała...

Spojrzałam na nią.

- Mamo, ja się starałam. Przez pięć lat. Liczyłam kalorie na jego komendę. Nie jadłam, gdy on jadł. Przepraszałam za swoje ciało. I wiesz co? I tak to nie wystarczyło. Bo nigdy nie miało wystarczyć.

Mama milczała. Następnego dnia zapisałam się na crossfit. Nie dla niego. Dla siebie. Pierwsze tygodnie były trudne. Bolało wszystko. Trenerka, Kasia, mówiła: "Słuchaj swojego ciała. Jak boli, zatrzymaj się."

Ale ja nie umiałam słuchać swojego ciała. Przez lata uczyłam je milczeć. Ignorować głód, ignorować zmęczenie, ignorować to, czego potrzebuje. Marcin mówił "schudnij", więc głodowałam. Potem mówił "wyglądasz źle", więc jadłam. Potem znowu "przytyłaś", więc znowu głodowałam.

Moje ciało było polem bitwy. Ale nie moim. Jego. Na crossficie zaczęłam je odzyskiwać. Pierwsza podciągnięcie. Pierwszy brzuszek. Pierwszy raz, gdy uniosłam więcej niż myślałam, że dam radę.

- Jesteś silna - powiedziała Kasia po treningu.

I wtedy załamałam się. Płakałam w szatni, bo nikt nigdy wcześniej nie powiedział mi, że jestem silna. Mówiłam "za gruba", "za słaba", "za mało".

Nigdy "silna".

Kilogramy spadały. Sześćdziesiąt osiem. Sześćdziesiąt pięć. Sześćdziesiąt trzy. Ale to nie waga się zmieniła. To ja.

Kupiłam ubrania, które mi się podobały. Nie te, które "wyszczuplają". Zaczęłam jeść, gdy byłam głodna. I przestawałam, gdy byłam najedzona. Nie liczyłam kalorii. Słuchałam siebie.

Zrobiłam sobie zdjęcie i wrzuciłam na Facebooka. Pierwsza w życiu. Bez filtrów, bez ukrywania. Po prostu ja. W stroju sportowym, spocona, szczęśliwa.

I wtedy przyszła ta wiadomość.

"Przesadzasz z tą metamorfozą."

Mogłabym nie odpowiedzieć. Ale wiedziałam, że muszę.

Napisałam: "Przez pięć lat mówiłeś, że powinnam schudnąć. Schudłam. Teraz mówisz, że przesadzam. Rozumiesz już, o co chodziło? Nigdy nie chodziło o wagę. Chodziło o to, żebym nigdy nie czuła się wystarczająco dobra."

Wysłałam. Po pięciu minutach przyszła odpowiedź: "Przesadzasz. Zawsze byłaś nadwrażliwa."

Nadwrażliwa. Oczywiście.

Zablokowałam go. Powinnam była to zrobić miesiące temu.

Dzisiaj mija rok od rozwodu. Ważę sześćdziesiąt trzy kilo. Ale to nie jest najważniejsze.

Najważniejsze jest to, że wreszcie lubię swoje ciało. Że czuję się w nim silna, zdrowa, żywa. Że jem bez poczucia winy. Że trenuję, bo to daje mi energię, nie dlatego że "muszę".

Że patrzę w lustro i widzę kobietę, która sobie poradziła. Która odbudowała siebie. Która jest wystarczająco dobra. Nie dla niego. Dla siebie.

Marcin znalazł już nową dziewczynę. Widziałam na Instagramie. Szczupła, blondynka.

Za pół roku pewnie usłyszy, że powinna schudnąć. Albo przytyć. Albo zmienić fryzurę. Albo cokolwiek. Bo z nim zawsze było coś nie tak.

Bo nigdy nie chodziło o wagę, fryzurę czy ubrania.

Chodziło o to, żeby partnerka zawsze czuła się za mało. Żeby nie miała pewności siebie. Żeby była pod kontrolą.

Ja już nie jestem. Jestem wolna. I silna. I szczęśliwa.

I ważę dokładnie tyle, ile powinnam: tyle, ile czuję się dobrze.

A to jest jedyna waga, która się liczy. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];