"To się nie liczy! Była chora, nie mogła tego napisać!" - brat wstał tak gwałtownie, że krzesło uderzyło o ścianę.
Notariusz nawet nie drgnął. Poprawił okulary, spojrzał na Marka i powiedział spokojnie: "Proszę usiąść. Nie skończyłem".
Ale Marek nie usiadł. Stał z zaciśniętymi pięściami i patrzył na mnie tak, jakbym to ja napisała ten testament.
Jakbym to ja przez pięć lat planowała ten moment - a nie przez pięć lat zmieniała mamie pieluchomajtki, podawała leki o trzeciej w nocy i słuchała, jak woła mnie po imieniu, które nie było moim imieniem, bo pod koniec myliła mnie z ciocią Haliną.
Muszę zacząć od początku.
Mama zachorowała w 2018 roku. Alzheimer. Diagnoza brzmiała jak wyrok, ale tak naprawdę wyrok zapadł dużo wcześniej - wtedy, gdy zaczęła zapominać, gdzie odłożyła klucze, a potem zapominać, że w ogóle ma klucze. Że ma drzwi. Że ma dom.
Miałam wtedy czterdzieści dwa lata, dwójkę dzieci w podstawówce i męża, który pracował na zmiany w fabryce pod Radomiem. Kiedy powiedziałam rodzeństwu, że mama potrzebuje całodobowej opieki, w pokoju było nas czworo. Marek, Dorota, Kasia i ja. Czworo dorosłych ludzi, którzy wyrośli w tym samym mieszkaniu na Pradze, jedli tę samą grochówkę i dostawali po łapach tą samą drewnianą łyżką.
Marek powiedział, że mieszka w Gdańsku i nie może dojeżdżać. Dorota, że ma własne problemy zdrowotne. Kasia rozpłakała się i wyszła, a potem napisała SMS: "Agnieszka, ja nie dam rady psychicznie".
Została ja.
Nie będę opisywać tych pięciu lat dzień po dniu, bo nie starczyłoby papieru. Powiem tylko tyle - były dni, kiedy mama uśmiechała się do mnie i mówiła "moja córeczka", i wtedy miałam siłę na kolejny tydzień. I były noce, kiedy krzyczała godzinami, a ja siedziałam na podłodze w korytarzu i gryzłam ręcznik, żeby nie obudzić dzieci.
Marek dzwonił raz na miesiąc. "Jak mama? Trzymaj się. Jakby co, to daj znać". Nigdy nie dałam znać. Wiedziałam, że i tak nie przyjedzie.
Dorota przysyłała czasem paczkę - herbatę, krem do rąk, raz nawet koc z Allegro. Do paczki dołączała karteczkę: "Dla mamy z miłością". Mama nie wiedziała już, co to karteczka. Ani co to Allegro. Ani co to Dorota.
Kasia zniknęła. Po prostu zniknęła. Nowy numer, brak odpowiedzi na Messengerze. Dowiedziałam się od kuzynki, że wyjechała do Irlandii.
A ja zostałam. Z mamą, która przestała mnie rozpoznawać. Z mężem, który coraz częściej wracał z pracy i szedł prosto do garażu. Z dziećmi, które na pytanie "co u babci?" odpowiadały "znowu płakała".
Mama odeszła w marcu. Cicho, we śnie, trzymając mnie za rękę - chociaż nie wiedziała, czyja to ręka.
Pogrzeb był w czwartek. Przyszli wszyscy. Marek przyjechał z Gdańska w nowym garniturze. Dorota przyniosła wieniec wielkości drzwi. Kasia przyleciała z Dublina i płakała najgłośniej ze wszystkich.
Stałam przy grobie i myślałam - ciekawe, czy mama by ich poznała. Pewnie nie. Pod koniec nie poznawała nawet mnie.
Tydzień po pogrzebie zadzwonił Marek. "Agnieszka, musimy porozmawiać o mieszkaniu. Mama by chciała, żebyśmy podzielili się sprawiedliwie". Sprawiedliwie. To słowo wbiło mi się pod skórę jak drzazga.
Spotkaliśmy się u notariusza. Pan Zawadzki - starszy mężczyzna z siwymi wąsami i spokojem człowieka, który widział już wszystko. Otworzył kopertę, rozłożył dokument i zaczął czytać.
"Ja, Krystyna Kowalska, będąc w pełni władz umysłowych..."
Testament był napisany w 2017 roku. Rok przed diagnozą. Mama wiedziała. Czuła, że coś nadchodzi - i przygotowała się.
Całe mieszkanie na Pradze - sześćdziesiąt metrów, trzecie piętro, widok na park - zapisała mnie. Tylko mnie. A na końcu dopisała zdanie, które notariusz odczytał bez żadnej intonacji, jak przepis na szarlotkę:
"Pozostałym dzieciom nie zapisuję nic, bo kiedy ich potrzebowałam, nie było ich przy mnie. Agnieszka była. Codziennie".
I wtedy Marek wstał tak gwałtownie, że krzesło uderzyło o ścianę.
"To się nie liczy! Była chora, nie mogła tego napisać!" - krzyczał. Notariusz spokojnie odłożył dokument. "Testament został sporządzony w 2017 roku, potwierdzony przez dwóch świadków i lekarza. Pani Krystyna była w pełni świadoma".
Dorota siedziała bez ruchu. Patrzyła w blat stołu. Kasia wyszła na korytarz i słyszałam, jak rozmawia przez telefon - pewnie już z prawnikiem.
A ja? Ja siedziałam i myślałam o jednej rzeczy. Nie o mieszkaniu. Nie o pieniądzach. Myślałam o tym, że mama wiedziała. Zanim choroba zabrała jej pamięć, zanim świat się rozmazał i twarze straciły imiona - mama wiedziała, kto zostanie. I kto odejdzie.
Minęło pół roku. Marek nie odzywa się. Dorota napisała raz - "nie mam do ciebie żalu". Nie odpowiedziałam, bo nie wiedziałam, co z tym zrobić. Kasia wróciła do Dublina i chyba znów zmieniła numer.
Mieszkam teraz na Pradze. W mamowym mieszkaniu. Czasem wieczorem siadam w jej fotelu i czuję zapach pudru, który zostawił się w tapicerce. Dzieci pytają, czy babcia nas widzi. Mówię, że tak.
I wiem jedno - mama nie zostawiła mi mieszkania jako nagrodę. Zostawiła mi je jako wiadomość. Ostatnie zdanie, które potrafiła napisać, zanim choroba zabrała jej słowa.
"Agnieszka była. Codziennie".
To wystarczyło. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];