To był Marek. Mąż Doroty. Stał w kuchni mojej córki i kroił pomidory.
Kasia gadała coś o sałatce, o oliwie z targu na Hali Mirowskiej, śmiała się tym swoim śmiechem, który ma od dziecka - głośnym, od serca. A ja stałam w progu z torbą, w której miałam wino i sernik, i patrzyłam na jego ręce.
Te same ręce, które widziałam tysiąc razy. Na grillu u Doroty. Na kierownicy, kiedy wiózł nas nad Zalew Zegrzyński. Na zdjęciu z ich ślubu, gdzie zakładał Dorocie obrączkę, a ja stałam obok jako świadkowa i płakałam ze szczęścia.
- Mamo, to jest Marek - powiedziała Kasia. - Mój narzeczony.
Marek odłożył nóż, wytarł dłonie w ścierkę i podał mi rękę. Uśmiechał się. Spokojnie, ciepło, tak jak się uśmiecha do matki swojej dziewczyny, kiedy chce zrobić dobre wrażenie.
Nie poznał mnie. Albo udawał, że nie poznaje.
Muszę tu wyjaśnić jedną rzecz. Kasia nie znała Marka. To znaczy - może widziała go raz, dwa razy, jako nastolatka, kiedy wpadał z Dorotą na moje imieniny. Ale to było piętnaście lat temu, Marek był wtedy chudy, miał dłuższe włosy i brodę. Teraz wygląda inaczej. Dorożej. Kasia nie miała powodu, żeby go kojarzyć. Ona żyje swoim życiem, pracuje w korporacji na Mokotowie, ma swoje sprawy. Nigdy nie interesowała się moimi przyjaciółkami i ich mężami.
Ale ja go rozpoznałam natychmiast. Oczy. Głos. Sposób, w jaki pochyla głowę, kiedy słucha.
Usiadłam do stołu. Jadłam tę sałatkę, piłam wino. Odpowiadałam na pytania. Tak, mieszkam na Grochowie. Tak, jestem na emeryturze. Tak, córka to mój jedyny skarb. Nie wiem, jak to robiłam. Chyba po prostu ciało przejmuje kontrolę, kiedy głowa odmawia współpracy.
Marek opowiadał o sobie. Pracuje w IT. Rozwiedziony, bez dzieci.
Rozwiedziony. Bez dzieci.
Dorota zadzwoniła do mnie trzy dni wcześniej. Płakała, bo Marek znowu wrócił po północy i znowu nie odebrał telefonu. Martwiła się, że ma kogoś. Pytała, czy przesadza. Powiedziałam jej to, co mówi się przyjaciółce - „pogadaj z nim, może ma dużo pracy, nie nakręcaj się". Oliwia, ich starsza córka, miała w tym tygodniu przedstawienie w szkole. Franek chodził na judo. Dorota martwi się o Marka, a Marek kroi pomidory w kuchni mojej córki i mówi, że jest rozwiedziony i bezdzietny.
Kasia patrzyła na niego tak, jak się patrzy na kogoś, w kim widzi się całe swoje życie. Znałam ten wzrok. Sama tak kiedyś patrzyłam na jej ojca.
Wróciłam do domu o dziewiątej. Usiadłam w kuchni, nie zapalając światła. Telefon leżał na stole. Miałam dwa numery do wybrania. Dorota. Kasia. I żaden z nich nie był dobry.
Jeśli powiem Kasi - stracę ją. Nie od razu, ale stracę. Bo Kasia jest w tym wieku, kiedy matka nie ma racji, a miłość nie podlega dyskusji. Powie, że się mylę, że to nie ten sam Marek, że chcę ją kontrolować. Widziałam to u koleżanek z pracy - matka mówi prawdę, a córka wybiera mężczyznę.
Jeśli powiem Dorocie - zniszczę jej rodzinę. Albo nie zniszczę, bo może Dorota i tak wie. Może nie chce wiedzieć. Może woli płakać w telefon o północy, niż usłyszeć to na głos.
A jeśli nie powiem nikomu?
To będę siedzieć przy wigilijnym stole z córką i jej narzeczonym, wiedząc, że gdzieś w Pruszkowie Dorota siedzi przy swoim stole z Oliwią i Frankiem i czeka na męża, który powiedział, że ma delegację.
Nie spałam trzy noce. Czwartej zadzwoniłam do Kasi. Nie powiedziałam jej, kim jest Marek. Zapytałam o coś innego.
- Kochanie, a jak on ma na nazwisko?
- Wiśniewski, mamo. Marek Wiśniewski. A co?
- A nic. Po prostu chcę wiedzieć, za kogo wychodzi moja córka.
Wiśniewski. To samo nazwisko. Ani przez chwilę nie zadał sobie trudu, żeby chociaż skłamać do końca.
Następnego dnia pojechałam do Doroty. Nie zadzwoniłam - pojechałam. Bo takich rzeczy się nie mówi przez telefon. Zaparzyłam herbatę w jej kuchni, w tym samym kubku, z którego piję od dwudziestu lat. I powiedziałam jej wszystko. Każde słowo było jak wyjmowanie szkła z rany - powoli, dokładnie i bardzo, bardzo boleśnie.
Dorota nie płakała. To było najgorsze. Siedziała i patrzyła na mnie, a potem powiedziała cicho:
- Wiem. Nie wiedziałam, że to twoja Kasia. Ale wiem, że ktoś jest.
Kasi nie powiedziałam ja. Powiedziała jej Dorota. Nie wiem jak, nie wiem kiedy. Wiem, że Kasia nie odzywała się do mnie przez dwa miesiące. Potem zadzwoniła w niedzielę wieczorem i powiedziała tylko:
- Mamo, mogę do ciebie wpaść?
Przyjechała z torbą sernika z Blikiego. Usiadła w mojej kuchni i powiedziała:
- Wiedziałaś od pierwszego obiadu, prawda?
- Tak.
- Czemu od razu nie powiedziałaś?
- Bo nie chciałam, żebyś mnie znienawidziła.
Milczała chwilę. Potem powiedziała:
- Gdybyś powiedziała, tobym cię znienawidziła. Ale i tak bym w końcu do ciebie wróciła.
Zjadłyśmy ten sernik w ciszy. Nie musiałyśmy rozmawiać. Czasem milczenie między matką a córką mówi więcej niż wszystkie słowa, które są i które nie padły.
Marek? Dorota złożyła pozew w styczniu. Kasia go zablokowała. Oliwia i Franek chodzą do psychologa. Życie toczy się dalej, tylko trochę ciszej.
A ja nadal piję herbatę z tego samego kubka u Doroty. I to jest chyba jedyne, co naprawdę muszę wam powiedzieć. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];