Siedemdziesiąt tysięcy złotych. Tyle kosztowała mnie jedna rozmowa z własną córką.

Mam na imię Dorota, mam pięćdziesiąt osiem lat i przez trzydzieści dwa lata pracowałam jako pielęgniarka w szpitalu powiatowym. Kto zna te zarobki, ten wie - każda złotówka odłożona na bok to był mały cud.

Nie chodziłam na wakacje. Nie wymieniłam kanapy, choć sprężyny wbijały mi się w plecy od lat. Nosiłam te same buty po dwa, trzy sezony. Bo wiedziałam, po co to robię.

Odkładałam dla Kasi. Dla mojej jedynej córki. Kiedy przyszła do mnie w kwietniu dwa tysiące dwudziestego drugiego roku, usiadła przy kuchennym stole, tym samym, przy którym odrabiała lekcje jako dziecko - i powiedziała:

- Mamo, Łukasz się oświadczył.

Rozpłakałam się ze szczęścia. Naprawdę. Bo Kasia miała wtedy trzydzieści lat, a ja już zaczynałam się martwić, że zostanie sama. Łukasz wydawał się porządny - inżynier, pracował w firmie budowlanej pod Warszawą, zawsze przywoził mi kwiaty na imieniny.

A potem Kasia dodała ciszej:

- Tylko mamo... my nie mamy na wesele.

I wtedy jeszcze nie wiedziałam, że te słowa zmienią wszystko.

Nie pytałam ile. Nie pytałam po co dokładnie. Powiedziałam tylko: "Ile potrzebujecie, córeczko?". Kasia odwróciła wzrok, jakby ją to pytanie bolało, i wyszeptała: "Siedemdziesiąt tysięcy. Ale oddamy ci po ślubie, mamo. Obiecuję. Łukasz dostanie premię za projekt w lipcu."

Siedemdziesiąt tysięcy. Wszystko, co miałam. Dosłownie - cała moja poduszka bezpieczeństwa, trzydzieści lat oszczędzania w kopercie, potem na lokacie. Pamiętam, jak następnego dnia szłam do banku. Nogi mi się trzęsły, ale nie ze strachu. Z dumy. Bo mogłam dać córce coś, czego moja matka nigdy nie mogła dać mnie.

Wesele było w czerwcu. Piękne. Osiemdziesiąt osób, sala pod Kozienicami, z widokiem na Wisłę. Kasia wyglądała jak z obrazka. Łukasz płakał, kiedy ją zobaczył w sukni. A ja siedziałam w pierwszym rzędzie i myślałam: warto było. Każda niewyjechaна urlop, każda łatana kurtka - warto było.

Po weselu czekałam cierpliwie. Lipiec minął, premii nie było - "przesunęli projekt, mamo, wiesz, jak to w budowlance". Dobrze, rozumiem. We wrześniu zadzwoniłam ostrożnie: "Kasiu, bo wiesz, chciałam odłożyć coś z powrotem, na wszelki wypadek...". Kasia powiedziała: "Mamo, daj nam chwilę, dopiero się urządzamy".

Urządzali się pięknie. Nowa kanapa, telewizor na pół ściany, w grudniu wrzuciła na Facebooka zdjęcia z Teneryfy. Patrzyłam na te fotki na swoim starym telefonie, w kuchni, w której od pięciu lat ciekł kran, i powtarzałam sobie: nie bądź zazdrosna. To twoja córka. Przecież ci oddadzą.

Rok. Dwa lata. Trzy.

Za każdym razem, kiedy próbowałam poruszyć temat, Kasia robiła się nerwowa. "Mamo, nie naciskaj." "Mamo, mamy kredyt." "Mamo, to nie jest dobry moment." Nauczyłam się nie pytać. Bo bałam się, że jeśli zapytam raz za dużo, to ją stracę. Że przestanie dzwonić. Że nie przyjdzie na Wigilię.

A potem przyszedł luty dwa tysiące dwudziestego piątego.

Zadzwoniłam, bo dostałam wyniki badań i lekarz powiedział, że potrzebuję zabiegu. Nic groźnego, ale musiałam zapłacić za prywatną wizytę, bo na NFZ czekałabym pół roku. I po raz pierwszy od miesięcy powiedziałam wprost:

- Kasiu, potrzebuję tych pieniędzy z powrotem. Chociaż części.

Cisza. Długa, gęsta cisza, jakby telefon stracił zasięg. A potem Kasia powiedziała tonem, którego nigdy u niej nie słyszałam. Zimnym. Obcym.

- Mamo, jakich pieniędzy? To był prezent na wesele. Rodzice dają dzieciom na wesele, tak to działa.

Zamrugałam. Usiadłam. Poczułam, jakby ktoś wylał na mnie kubeł lodowatej wody.

- Kasiu, ty obiecałaś. Ty i Łukasz obiecaliście, że oddacie po ślubie.

- Nic takiego nie obiecywałam. Chyba ci się coś pomyliło, mamo. Może powinnaś iść do lekarza.

Rozłączyła się.

Siedziałam potem w kuchni może godzinę. Może dwie. Herbata wystygła. Za oknem ciemniało. I myślałam nie o pieniądzach. Myślałam o tym, jak trzydzieści lat temu karmiłam ją piersią na tym samym krześle. Jak przybiegała z płaczem, kiedy rozbiła kolano. Jak trzymałam ją za rękę na pierwszym dniu szkoły.

Siedemdziesiąt tysięcy złotych.

Nie, to nieprawda. To nie pieniądze mnie złamały. Złamało mnie to jedno zdanie: "Może powinnaś iść do lekarza". Bo ono znaczyło: jesteś stara. Mylisz rzeczy. Twoja pamięć się nie liczy.

Piszę to teraz nie dlatego, że chcę publicznego współczucia. Piszę, bo wiem, że nie jestem jedyna. Bo siedzą teraz gdzieś w Polsce inne matki - z pustymi lokatami i pełnymi sercami - i boją się zapytać własne dzieci: "A pamiętasz, że miałeś oddać?".

Do Kasi nie dzwonię. Ona też nie dzwoni. Na Wielkanoc dostałam SMS-a: "Wesołych Świąt, mamo". Cztery słowa. Bez pytania, jak się czuję. Bez pytania o wyniki.

Czasem myślę, że powinnam była wziąć od niej pokwitowanie. Ale kto bierze pokwitowanie od własnego dziecka?

Kto się spodziewa, że córka, która płakała ze szczęścia na weselu i szeptała ci "dziękuję, mamo" - pewnego dnia powie, że to nigdy się nie zdarzyło?

Mam pięćdziesiąt osiem lat. Mam chory kręgosłup, stary samochód i pusty konto. Ale najbardziej boli mnie nie to.

Najbardziej boli mnie to, że kiedy Kasia kiedyś będzie miała własną córkę - może w końcu zrozumie.

Tylko że wtedy będzie już za późno, żeby przeprosić. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];