Mąż przez lata mówił, że nie dostał podwyżki. Po jego śmierci w banku dowiedziałam się, że zarabiał trzy razy więcej niż mi mówił

Kiedy umarł Marek, zostałam z długami - tak przynajmniej myślałam. Prawda była znacznie gorsza niż jakikolwiek dług. Prawda oznaczała, że przez dwadzieścia trzy lata dzieliłam łóżko z człowiekiem, którego w ogóle nie znałam.

Marek odszedł w marcu, nagle, na rozległy zawał. Miał pięćdziesiąt cztery lata, nigdy poważnie nie chorował. Rano wypił kawę, powiedział „do wieczora" i wyszedł do pracy. Do wieczora nie wrócił. Zadzwonili ze szpitala o czternastej. Kiedy dojechałam, było już po wszystkim.

Pierwszych tygodni po pogrzebie prawie nie pamiętam. Córka Kasia wzięła urlop i zamieszkała ze mną, bo bała się, że sobie nie poradzę. Miała rację. Nie radziłam sobie. Chodziłam po mieszkaniu i dotykałam jego rzeczy - kurtki na wieszaku, kubka z napisem „Najlepszy Tata", okularów na szafce nocnej. Wszystko pachniało nim. Wszystko kłamało.

Po miesiącu zaczęłam zajmować się formalnościami. Marek nigdy nie pozwalał mi wchodzić w sprawy finansowe. Mówił, że się tym zajmie, żebym się nie martwiła. A ja się martwiłam i tak, bo przez te wszystkie lata pieniędzy było mało.

Pracował jako inżynier w firmie budowlanej, ale powtarzał, że branża słabo płaci, że podwyżki nie ma i nie będzie, że musimy się trzymać budżetu. Ja dorabiałam na pół etatu w bibliotece. Razem ledwo wiązaliśmy koniec z końcem - a raczej tak mi się wydawało.

Do banku poszłam, bo trzeba było zamknąć jego konto. Wzięłam akt zgonu, akt małżeństwa, swój dowód. Urzędniczka za okienkiem wystukała PESEL Marka, spojrzała na ekran i powiedziała, żebym poczekała chwilę. Wróciła z kierowniczką. Poprosiły mnie do osobnego pokoju.

Pomyślałam, że to przez długi. Że zaraz usłyszę o kredytach, o których nie wiedziałam. Przygotowałam się na najgorsze. Ale najgorsze wyglądało zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażałam.

Na koncie Marka było czterysta siedemdziesiąt osiem tysięcy złotych.

Kierowniczka powiedziała to spokojnym, rzeczowym tonem. Zapytała, czy chcę zobaczyć historię wpływów. Pokiwałam głową, bo głos mi odmówił posłuszeństwa. Wydruk miał kilkanaście stron. Marek zarabiał ponad piętnaście tysięcy miesięcznie. Do domu przynosił pięć. Resztę odkładał na konto, o którym nigdy mi nie powiedział.

Piętnaście tysięcy. Przez ostatnie osiem lat. Wcześniej mniej, ale i tak dwa, trzy razy więcej, niż mi mówił. Łzy napłynęły mi do oczu, ale to nie był żal po mężu. To była wściekłość. Czysta, paląca wściekłość.

Wróciłam do domu i usiadłam w kuchni. Patrzyłam na stół z Ikei, który kupiliśmy piętnaście lat temu, bo na lepszy „nas nie stać". Na zlewozmywak, który ciekł od dwóch lat, bo hydraulik „za drogi".

Na zasłony, które sama szyłam, bo „po co przepłacać". Przez całe nasze małżeństwo nosiłam buty z second handu i liczyłam każdą złotówkę w sklepie. Kasia nie pojechała na wycieczkę szkolną do Włoch, bo „nie mamy na takie fanaberie". Miała wtedy czternaście lat. Płakała tydzień.

A on odkładał. Systematycznie, co miesiąc, jak w zegarku. Dziesięć tysięcy na konto, o którym jego żona i córka nie miały pojęcia.

Kasia przyjechała wieczorem. Pokazałam jej wydruk. Patrzyła na cyfry i milczała długo. Potem powiedziała cicho: - Mamo, to znaczy, że on nas okłamywał? Przez całe życie?

Nie umiałam jej odpowiedzieć. Bo to pytanie otwierało kolejne, jeszcze trudniejsze. Po co? Dla kogo te pieniądze? Przeciwko czemu się zabezpieczał? A może - przeciwko komu?

Zaczęłam szukać. Przejrzałam jego szuflady, teczkę z dokumentami, starą skrzynkę mailową, do której odzyskałam hasło. Szukałam drugiej kobiety, drugiego mieszkania, drugiego życia. Byłam pewna, że znajdę. Ale nie znalazłam nic. Żadnych wiadomości, żadnych rezerwacji, żadnych śladów. Marek nie prowadził podwójnego życia. Prowadził podwójną księgowość - i to było wszystko.

Dopiero rozmowa z jego siostrą Ewą dała mi coś na kształt odpowiedzi. Ewa długo się wahała, ale w końcu powiedziała: - Grażynka, ja wiem, że to teraz trudne. Ale Marek... on się bał. Całe życie się bał, że zostanie bez niczego. Jak wasz ojciec.

Ich ojciec, Zdzisław, stracił wszystko w latach dziewięćdziesiątych. Firmę, dom, oszczędności. Marek miał wtedy dwanaście lat. Patrzył, jak matka płacze nad rachunkami, jak ojciec pije, jak komornik wynosi meble. Ewa powiedziała, że Marek przysiągł sobie wtedy, że jemu się to nie przydarzy. Że zawsze będzie miał zapas. Na czarną godzinę. Na wypadek, gdyby wszystko się posypało.

Zrozumiałam - i jednocześnie nie umiałam zrozumieć. Bo to oznaczało, że mój mąż przez dwadzieścia trzy lata budował mur. Nie przeciwko światu. Przeciwko mnie. Nie ufał mi na tyle, żeby powiedzieć prawdę. Nie ufał naszemu małżeństwu na tyle, żeby dzielić się tym, co zarabiał. Kochał mnie - w to wciąż wierzę - ale ta miłość miała limit, za który nie był gotowy wyjść.

Minął rok. Pieniądze leżą na koncie, prawie ich nie ruszyłam. Kasia namawia mnie, żebym wyremontowała mieszkanie, pojechała na urlop, zrobiła coś dla siebie. Ma rację. Ale za każdym razem, gdy otwieram aplikację bankową i widzę tę kwotę, czuję to samo - nie ulgę, nie radość, nie bezpieczeństwo. Czuję smutek tak głęboki, że nie potrafię go nazwać.

Bo te pieniądze to nie spadek. To dowód, że mój mąż bardziej bał się biedy niż kochał mnie. Że wybrał lęk zamiast bliskości. I że zabrał mi możliwość, żeby o tym porozmawiać - bo odszedł, zanim mogłam zapytać: Marek, dlaczego mi nie powiedziałeś?

Czasem w nocy leżę w ciemności i myślę, co by było, gdybym wiedziała. Gdyby mi zaufał. Może pomogłabym mu. Może razem pozbylibyśmy się tego lęku. Może Kasia pojechałaby do Włoch, a ja nie szyłabym zasłon do trzeciej w nocy. A może nic by się nie zmieniło - może on potrzebował tego sekretu jak powietrza.

Nigdy się nie dowiem. I chyba to boli najbardziej.