Koperta leżała na samym dnie torebki, pomiędzy starym paragonem z Biedronki a paczką chusteczek. Wyciągnęłam ją dopiero w domu, kiedy szukałam kluczy.
Zwykła koperta, biała, z odręcznym napisem „Dla Renaty - za kwiaty na grób mamy". W środku trzysta złotych i kartka od ciotki Heleny. Trzysta złotych ktoś oddał z wdzięczności za bukiet chryzantem. A piętnaście tysięcy - moja własna siostra nie potrafiła oddać przez dwa lata.
Usiadłam w przedpokoju na taborecie, nawet nie zdejmując butów. Trzymałam tę kopertę i myślałam, jak to możliwe, że obca w gruncie rzeczy ciotka ma więcej przyzwoitości niż Anka, z którą dzieliłam pokój przez osiemnaście lat.
Mam na imię Renata, pracuję w sekretariacie szkoły podstawowej i niedługo kończę pięćdziesiąt osiem lat. Anka jest młodsza o cztery lata. Całe dzieciństwo byłam tą rozsądną - tą, która pilnowała kluczy, odrabiała lekcje przed szóstą, szykowała kanapki, kiedy mama pracowała na drugą zmianę w szpitalu.
Anka zawsze była tą lżejszą. Śmiech, improwizacja, żarty przy stole. Tata mówił, że Anka to promyk słońca, a ja - fundament. Wtedy brzmiało to jak komplement. Dziś wiem, że fundament to ten, po którym wszyscy depczą, nawet nie patrząc pod nogi.
Dwa lata temu Anka zadzwoniła w środę wieczorem. Płakała. Mówiła, że w łazience odpadły kafelki, że rury są do wymiany, że Darek - jej mąż - znowu nie dostał zlecenia i siedzą na jednej wypłacie. Potrzebowała piętnastu tysięcy, żeby zacząć remont, bo łazienka była już w takim stanie, że nie dało się z niej normalnie korzystać.
- Renata, błagam cię. Oddam w pół roku, najdalej w osiem miesięcy. Darek czeka na duży kontrakt po nowym roku.
Ja te piętnaście tysięcy miałam odłożone. Zbierałam na wymianę okien - trzy lata po trochę z każdej wypłaty. Wiedziałam, że powinnam się zastanowić, że mój mąż Leszek powie, żebym tego nie robiła. I faktycznie powiedział.
- Renata, nie pożyczaj. To twoja siostra i kocham ją, ale pieniędzy nie zobaczysz.
Nie posłuchałam. Bo jak to - siostra prosi, a ja odmówię? Przelałam całość następnego dnia. Anka napisała SMS-a: „Jesteś najlepsza siostra na świecie, kocham Cię". Zapisałam tę wiadomość. Dzisiaj, kiedy ją czytam, czuję gorzki smak w ustach.
Przez pierwsze trzy miesiące nie pytałam. Nie chciałam być tą, która upomina się o pieniądze jak inkasent. Po pół roku napomknęłam delikatnie, przy kawie u mamy. Anka machnęła ręką - „Daj mi jeszcze chwilę, Dareczek ma robotę od marca, ogarnę to". Przytaknęłam.
Po roku spróbowałam ponownie, tym razem przez telefon. Anka się zdenerwowała - powiedziała, że mają ciężko, że dobrze wiem, jaka jest sytuacja. Że nie jest złodziejką i odda, jak będzie mogła.
Przestałam pytać. Ale coś we mnie zaczęło pękać. Zauważyłam, że Anka zmieniła meble w salonie - widziałam zdjęcia na Facebooku. Nowa kanapa, nowy stolik. Potem wrzuciła relację z weekendu nad Zalewem Zegrzyńskim - domek z jacuzzi, Darek z piwem na tarasie. Siedziałam wtedy przy kuchennym stole, w mieszkaniu ze starymi oknami, przez które ciągnęło zimnym powietrzem, i liczyłam, czy wystarczy mi na rachunek za gaz.
Kiedy w końcu - po dwóch latach - powiedziałam wprost: „Anka, potrzebuję tych pieniędzy, umówiłyśmy się" - usłyszałam zdanie, które do dziś słyszę, kiedy nie mogę zasnąć.
- Rodzina nie liczy pieniędzy, Renata. Że ty zawsze musisz wszystko rozliczać. Może dlatego ludzie mówią, że jesteś zimna.
Cisza, która nastąpiła po tych słowach, trwała chyba dziesięć sekund. A potem się rozłączyłam. Po prostu nacisnęłam czerwoną słuchawkę i położyłam telefon na blacie, ekranem w dół.
Leszek patrzył na mnie z kanapy. Nie powiedział „a nie mówiłem". Wstał, nastawił czajnik i zrobił mi herbatę z cytryną. Postawił kubek przede mną i położył rękę na moim ramieniu. To było więcej, niż Anka dała mi przez ostatnie dwa lata.
Od tamtej rozmowy minęło pięć miesięcy. Nie rozmawiamy. Na imieninach mamy siedziałyśmy po dwóch stronach stołu jak obce kobiety. Mama próbowała - „dziewczyny, dogadajcie się, życie jest za krótkie". Ale mama nie wie o pieniądzach. Nie powiedziałam jej, bo wiedziałam, że stanie po stronie Anki. Zawsze stawała po stronie Anki.
Ludzie pytają, czy to naprawdę o te piętnaście tysięcy. Nie, to nie o pieniądze. To o to, że pożyczyłam jej coś więcej - pożyczyłam zaufanie. Wiarę, że jestem dla niej ważna nie tylko wtedy, kiedy czegoś potrzebuje. Że „najlepsza siostra na świecie" to nie był SMS wysłany w euforii, ale coś, co naprawdę czuła.
Czasem wieczorem otwieram szufladę z dokumentami, w której trzymam potwierdzenie przelewu. Piętnaście tysięcy złotych, data, tytuł: „pożyczka - remont łazienki". Drukarka w pracy była akurat wolna, więc wydrukowałam to sobie od razu, na wszelki wypadek. Leszek mówił, żeby spisać umowę. Nie spisałam. Bo „rodzina nie potrzebuje umów". Ironia jest tak gruba, że można by nią uszczelnić te cholerne okna.
Koleżanka z pracy, Basia, powiedziała mi ostatnio: „Renata, odpuść. Zdrowie ważniejsze niż piętnaście tysięcy". Ma rację. Ale ja nie potrafię odpuścić - nie pieniędzy, tylko tego, co Anka powiedziała. Że jestem zimna. Że liczę. Ja - która przez całe życie dawałam więcej, niż dostawałam. Która pilnowała, nosiła, organizowała, pamiętała o urodzinach, rocznicach, lekach mamy.
Nie wiem, czy kiedyś się odezwę pierwsza. Wiem, że nie zadzwonię z prośbą o zwrot. Ale wiem też, że jeśli Anka kiedykolwiek zapuka do moich drzwi i powie - „przepraszam, nie za pieniądze, tylko za to, co powiedziałam" - to otworzę. Bo jestem fundamentem. A fundamenty nie uciekają. Tylko czasem pękają po cichu, tam gdzie nikt nie patrzy.
Ta koperta od ciotki Heleny nadal leży na półce w przedpokoju. Trzysta złotych za kwiaty na grób. Czasem na nią patrzę i myślę, że wdzięczność nie zależy od kwoty. Zależy od tego, czy ktoś w ogóle uważa, że jest winien. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];