Osiemnaście tysięcy złotych. Cztery lata odkładania po czterysta, pięćset miesięcznie, czasem z bólem, bo akurat trzeba było kupić opony albo zapłacić za wizytę u dentysty.

Osiemnaście tysięcy, które miały zamienić naszą łazienkę z pękniętymi kafelkami i rdzewiejącą wanną w coś, za co nie będę się wstydzić przed gośćmi. Gdybym wiedziała, na co naprawdę pójdą te pieniądze, nigdy nie pozwoliłabym Bogdanowi ruszyć tego konta.

Ale po kolei.

Mieszkamy w bloku z lat osiemdziesiątych. Trzy pokoje z kuchnią, trzecie piętro. Bogdan prowadzi warsztat samochodowy - mały, ale przez lata dorobił się stałych klientów. Ja pracuję w aptece, już dwadzieścia trzy lata za tym samym kontuarem.

Mamy dwoje dorosłych dzieci - Patryk w Poznaniu, Natalia w Łodzi. Żyjemy spokojnie, bez fajerwerków, ale i bez wielkich dramatów. A przynajmniej tak mi się wydawało.

Ta łazienka to był mój mały obsesyjny temat od lat. Kafelki w kolorze brudnego różu, jeszcze z dziewięćdziesiątego trzeciego roku, popękane przy wannie. Fuga czarna od wilgoci, której żaden środek nie brał. Plastikowa szafka pod umywalką z odłamanym zawiasem. Za każdym razem, gdy córka przyjeżdżała z Łodzi, widziałam, jak patrzy na tę łazienkę. Nie mówiła nic, ale ja wiedziałam.

Odkładanie zaczęliśmy cztery lata temu. Osobne konto oszczędnościowe, do którego oboje mieliśmy dostęp. Co miesiąc wpłata - ja ze swojej pensji, Bogdan ze swojej. Rosło powoli, ale rosło. Przeglądałam inspiracje, zapisywałam nazwy płytek, marzyłam o prysznicu walk-in i szafce z lustrem na całą ścianę.

W styczniu Bogdan powiedział, że ma kolegę, Darka, który robi remonty łazienek i może nam załatwić materiały taniej, prosto z hurtowni.

- Daj mi się tym zająć, Renata - mówił, siadając do kolacji. - Ty się nie znasz na budowlance, a ja z Darkiem ogarnę wszystko. Za dwa miesiące będziesz miała łazienkę jak z katalogu.

Zgodziłam się. Czemu miałam nie zaufać mężowi, z którym żyję dwadzieścia osiem lat?

Bogdan wypłacił pieniądze z konta w połowie lutego. Całość. Powiedział, że Darek potrzebuje zaliczki na materiały, bo w hurtowni nie czekają - albo bierzesz teraz, albo cena idzie w górę. Brzmiało logicznie.

Minął luty. Marzec. Kwiecień. Łazienka wyglądała dokładnie tak samo.

- A kiedy Darek zacznie? - pytałam.

- Ma robotę na Starym Mieście, kończy w maju, potem wchodzi do nas - odpowiadał Bogdan, nie odrywając wzroku od telefonu.

Ten telefon. Teraz, z perspektywy czasu, widzę, że to był pierwszy sygnał. Bogdan zawsze był raczej gazetowy - Przegląd Sportowy przy śniadaniu, wiadomości w telewizji wieczorem. A tu nagle zaczął siedzieć z nosem w ekranie. Wieczorami, w warsztacie między klientami, nawet w łazience - tej samej obdrapanej łazience, na którą remont ciągle nie nadchodził.

Pod koniec maja zapytałam wprost:

- Bogdan, pokaż mi fakturę za materiały.

Przez ułamek sekundy zobaczyłam coś w jego oczach. Nie gniew, nie zaskoczenie. Strach. Czysty, zwierzęcy strach, który zniknął tak szybko, jak się pojawił.

- Jaką fakturę, Renata? Darek kupował, to on ma papiery. Przyniesie jak zacznie robotę.

Zadzwoniłam do Darka. Numer miałam w starej książce telefonicznej Bogdana, jeszcze sprzed smartfonów. Odebrał po trzecim sygnale.

- Remont? Jaki remont? - Darek brzmiał szczerze zdziwiony. - Renata, ja z Bogdanem nie gadałem od sylwestra. O żadnych materiałach nic nie wiem.

Ręce mi się trzęsły, gdy odkładałam telefon. Usiadłam przy kuchennym stole i patrzyłam na ścianę. Tapeta w drobne kwiatki, którą sama kleiłam dziesięć lat temu. Zegar tykał. Sąsiadka z dołu włączyła odkurzacz. Świat wyglądał normalnie, a mój właśnie się rozpadał.

Nie jestem głupia. Pierwsza myśl - inna kobieta. Osiemnaście tysięcy na kochankę. Zaczęłam szukać - wyciągi, SMSy, cokolwiek. Bogdan nie kasował historii przeglądarki w telefonie. Może myślał, że nigdy nie sprawdzę. Może już mu było wszystko jedno.

Nie było żadnej kobiety. Były automaty. Sloty, ruletka, poker online. Dziesiątki transakcji na stronach z grami hazardowymi. Sto złotych tu, dwieście tam, pięćset w jedną noc. Wszystko pochłonięte przez ekran telefonu w ciągu trzech miesięcy.

Konfrontacja wyglądała inaczej, niż sobie wyobrażałam. Nie krzyczałam. Położyłam telefon na stole ekranem do góry, z otwartą historią transakcji, i powiedziałam:

- Wyjaśnij.

Bogdan patrzył na ekran może trzy sekundy. Potem zrobił coś, czego się nie spodziewałam - oparł łokcie na kolanach, schował twarz w dłoniach i zaczął płakać. Nie widziałam, żeby płakał od pogrzebu jego matki, jedenaście lat temu.

- Zaczęło się od stu złotych - mówił przez łzy. - Wygrałem trzysta, pomyślałem, że podwoję i kupimy lepsze płytki. A potem... potem już nie mogłem przestać.

Klasyczna historia. Tak bardzo klasyczna, że aż banalnie tragiczna. Mężczyzna po pięćdziesiątce, który myśli, że kontroluje sytuację, a sytuacja dawno kontroluje jego.

Nie wybaczyłam mu od razu. Nie jestem pewna, czy wybaczyłam do dziś, chociaż minęło pół roku. Bogdan chodzi na terapię uzależnień w poradni przy szpitalu - sam się zapisał, następnego dnia po naszej rozmowie. Pieniądze spłaca z warsztatu, po tysiąc miesięcznie. Osiemnaście miesięcy, jeśli wszystko pójdzie dobrze.

Łazienka nadal wygląda tak samo. Pęknięte różowe kafelki, czarna fuga, plastikowa szafka.

Ale teraz, kiedy tam wchodzę, nie myślę już o remoncie. Myślę o tym, jak dobrze znamy ludzi, z którymi śpimy pod jedną kołdrą. I jak łatwo jest nie widzieć tego, czego widzieć nie chcemy.

Natalia przyjechała w zeszłym tygodniu. Zerknęła na łazienkę i powiedziała:

- Mamo, wiesz co? Te kafelki mają swój klimat.

Nie powiedziałam jej prawdy. Może kiedyś. Na razie uśmiechnęłam się i zaparzyłam herbatę. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];