Osiemdziesiąt tysięcy złotych. Właśnie tyle wynosi dług, który widzę na każdym piśmie z kancelarii komorniczej.

Sześćdziesiąt pięć tysięcy pożyczki i piętnaście, które narosły przez odsetki karne, koszty sądowe i opłaty egzekucyjne. Cyferki rosną jak na liczniku taksówki, tyle że ja z tej taksówki nie mogę wysiąść.

Kiedy trzymam w ręku kolejną kopertę z pieczątką komornika, palce mi się pocą. Siadam przy stole w kuchni i rozrywam papier. Zawsze w kuchni - nigdy w pokoju. W pokoju stoją zdjęcia rodzinne, a ja nie chcę na nie patrzeć, kiedy czytam te pisma.

Przez trzydzieści dwa lata pracowałam w urzędzie skarbowym. Ja, Krystyna, ze wszystkich ludzi powinnam wiedzieć, czym się kończy podpisywanie papierów bez czytania drobnego druku. I wiedziałam. Ale to był Damian. Mój syn.

Przyszedł tamtego piątkowego wieczoru, cztery lata temu. Stanął w progu kuchni i powiedział:

- Mamo, potrzebuję twojej pomocy. Ale takiej konkretnej.

Miał trzydzieści cztery lata, pracował jako kierownik zmiany w magazynie pod Warszawą. Mówił, że chce wziąć kredyt na samochód dostawczy - założy firmę transportową, kolega ma kontakty, zlecenia czekają.

- Bank nie chce mi dać, bo mam za krótką historię kredytową - tłumaczył. - Ale na ciebie dadzą od ręki. Emerytura, brak zobowiązań.

- Damian, ja nie...

- Pół roku, mamo. Maksymalnie. Spłacę, zanim się obejrzysz.

Patrzył na mnie tymi swoimi oczami - ciemnymi, po ojcu. Zbyszek, mój nieżyjący mąż, miał identyczne. I identyczną pewność siebie, kiedy mówił, że wszystko będzie dobrze.

Pojechaliśmy do banku w poniedziałek. Sześćdziesiąt pięć tysięcy złotych na pięć lat. Damian stał obok, uśmiechnięty, i już planował na głos, jakie auto kupi.

Pierwsze trzy raty przyszły punktualnie. Czwarta z opóźnieniem. Piątej nie było.

Zadzwoniłam. Odebrał spokojny:

- Mamo, nie panikuj. Firma się rozkręca wolniej. Zapłacę podwójnie w przyszłym miesiącu.

Nie zapłacił. Zaczęłam płacić sama - z emerytury. Rata zjadała sporą część tego, co dostawałam co miesiąc. Dałam radę cztery miesiące, ciułając na wszystkim. Potem bank zadzwonił o zaległościach - moje wpłaty nie pokrywały narastających odsetek.

Wtedy zaczęłam zadawać pytania, które powinnam była zadać na początku. Zadzwoniłam do Damiana i powiedziałam:

- Pokaż mi ten samochód. Chcę zobaczyć tę firmę.

Cisza w słuchawce. Długa, ciężka cisza.

- Nie ma samochodu, mamo - powiedział w końcu.

Nie kupił żadnego dostawczaka. Pieniądze poszły na spłatę innych długów - chwilówek, pożyczek od znajomych, zaległego czynszu. Damian tonął w długach, zanim przyszedł do mnie po pomoc. A ja go nie uratowałam - tylko wskoczyłam do tej samej wody.

Pojechałam do niego na Pragę. Patrycja, jego żona, otworzyła drzwi z miną, jakbym przyjechała na pogrzeb.

- Damian jest w pracy.

- To poczekam.

Czekałam dwie godziny. Ola, wnuczka, miała wtedy cztery latka, plecaczek z jednorożcem i buźkę mojego Damiana sprzed trzydziestu lat. Rysowała mi kwiaty kredkami, a ja rozglądałam się po mieszkaniu. Nowe meble. Duży telewizor. Konsola do gier. Kupione za moje pieniądze - pomyślałam i natychmiast się za tę myśl znienawidziłam.

Damian wrócił o ósmej. Kiedy mnie zobaczył, zrobił się szary na twarzy.

- Mamo, wiem, po co przyjechałaś.

- To dobrze. Bo ja nie wiem, po co podpisałam te papiery.

Obiecał drugą pracę, refinansowanie. Słowa jak bańki mydlane - kolorowe i puste.

Bank wypowiedział umowę. Nakaz zapłaty z sądu. Poszłam do bezpłatnej pomocy prawnej przy starostwie. Młody prawnik w za dużej marynarce wytłumaczył mi to, co wiedziałam, ale nie chciałam usłyszeć: kredyt jest na mnie. Ja podpisałam. Mogę pozwać syna o zwrot, ale to kolejne lata, a pieniędzy i tak nie odzyskam, jeśli ich nie ma.

Komornik zajął część emerytury. Każdy, kto dostaje emeryturę, niech sobie sam wyobrazi, jak to jest, kiedy z tego, co ledwo wystarcza, nagle znika kawałek. Na rachunki, leki i jedzenie zostaje tyle, że trzeba liczyć każdą złotówkę. Nie głoduję. Ale nauczyłam się, że ser żółty jest od święta.

Damian przestał odbierać telefon w okolicach drugiego roku. Najpierw były SMS-y: "Mamo, ogarnę to". Potem cisza. Kiedy pojechałam trzeci raz na Pragę, sąsiadka powiedziała, że się wyprowadzili. Nie wiedziała dokąd.

Znalazłam profil Patrycji na Facebooku. Zdjęcia z wakacji nad morzem, Ola na karuzeli, Damian z grillem. Uśmiechnięty.

To był najgorszy moment. Nie pismo z komornika, nie noc, kiedy liczyłam grosze. Ten moment, kiedy zobaczyłam, że mój syn żyje sobie dalej, jakby ten dług nie istniał. Jakbym ja nie istniała.

Sąsiadka Mirka powiedziała:

- On się po prostu wstydzi. Dlatego nie dzwoni.

- Wstydzi się - powtórzyłam. - A ja się nie wstydzę? Że własny syn mnie okradł?

Mirka milczała.

Dzwonię do niego nadal. Co niedzielę, o osiemnastej. Telefon dzwoni, nikt nie odbiera. Nagrywam się na pocztę: "Damian, to mama. Zadzwoń." I odkładam słuchawkę.

Trzy tygodnie temu dostałam przesyłkę bez nadawcy. Pięćset złotych w banknotach i kartka. Bez podpisu, bez słowa.

Schowałam pieniądze do szuflady. Nie wydałam ani złotówki. Leżą pod rachunkami za prąd - dokładnie tak, jak cztery lata temu leżały dokumenty kredytowe, które powinnam była podarć i wyrzucić.

Czasem myślę, że Damian wróci. Że stanie w progu kuchni i powie: "Mamo, przepraszam." A ja nie wiem, co wtedy zrobię. Naprawdę nie wiem. Bo to nadal jest mój syn. A te osiemdziesiąt tysięcy to nadal mój dług.

I jedno nie wyklucza drugiego var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];