Wspierałyśmy się, piłyśmy kawę, płakałyśmy razem. Jej filiżanka stoi na blacie. Ta niebieska, z odłupanym uchem, którą wybrała sobie lata temu i od tamtej pory nie piła z żadnej innej. Patrzę na tę filiżankę i myślę, że powinnam ją wyrzucić.

Rozbić o podłogę albo po prostu schować na dno szafki, za słoiki z przetworami. Ale nie robię tego. Myję ją, wycieramy ściereczką i stawiam na swoim miejscu. Bo za dwadzieścia minut Arleta przyjdzie na kawę. Jak co środę.

Czajnik zaczyna gwizdać i wyłączam gaz. Ręce mi się nie trzęsą - to mnie najbardziej dziwi. Tydzień temu zobaczyłam to, co zobaczyłam, i od tamtej pory czuję się jak ktoś, kto spaceruje po zamarzniętym jeziorze. Niby idę, niby normalnie, ale pod spodem coś pęka i trzeszczy.

Mam na imię Renata. Pięćdziesiąt cztery lata, dwadzieścia osiem z nich spędzone z Wiesławem. Pracuję w wydziale komunikacji w Bydgoszczy - od poniedziałku do piątku, od siódmej trzydzieści do piętnastej trzydzieści. Regularnie jak zegarek. I właśnie ta regularność, jak teraz rozumiem, była dla nich wygodna.

Arletę poznałam dwanaście lat temu, kiedy nasze dzieci chodziły do tej samej szkoły na Wyżynach. Jej Kacper i moja Oliwia siedzieli w jednej ławce. Zaczęło się od wywiadówek, potem od wspólnych odbiorów, potem od kawy w pośpiechu między zakupami.

A potem jakoś tak weszło nam w nawyk, że środa to nasz dzień. Środa i kawa. Czasem u mnie, czasem u niej, czasem w tej kawiarence przy Gdańskiej, gdzie dają sernik na zimno.

Przez te dwanaście lat wiedziałam o Arlecie wszystko. Że Bogdan, jej mąż, potrafi nie odezwać się do niej przez tydzień. Że kiedyś znalazła w jego kurtce paragon z restauracji, w której nigdy razem nie byli. Że na jej czterdzieste urodziny zapomniał kupić kwiaty, a na pięćdziesiąte - pojechał na ryby.

Słuchałam, kiwałam głową, nalewałam herbaty. Bo ja miałam podobnie. Nie identycznie, ale podobnie. Wiesław nie był okrutny - on po prostu gdzieś znikał. Niby był, siedział w fotelu, jadł kolację, kładł się spać obok mnie. Ale tak naprawdę nie było go od lat.

Narzekałyśmy razem. To była taka nasza liturgia - cotygodniowa spowiedź z małżeńskich rozczarowań. Ona mówiła o Bogdanie, ja o Wiesławie. Czasem płakałyśmy, częściej się śmiałyśmy. Bo humor to jedyna broń, kiedy masz pięćdziesiąt parę lat i wiesz, że pewne rzeczy się już nie zmienią.

A potem, w zeszły czwartek, zmieniło się wszystko.

Wiesław zostawił telefon na kuchennym stole. Pojechał do garażu po jakieś narzędzie, a komórka piknęła. Nie szukałam niczego. Przysięgam, że nie szukałam. Ale wyświetlacz zaświecił się sam, a wiadomość wyskoczyła na ekran blokady. Cztery słowa i emotikon, którego moja przyjaciółka - moja najbliższa, jedyna przyjaciółka - wysłała do mojego męża: "Tęsknię. Jutro o 12? 💋".

Stanęłam nad tym telefonem i patrzyłam na te słowa, jakby były napisane w obcym języku. Mózg odmawiał tłumaczenia. Arleta. Wiesław. Tęsknię. Jutro. Buziaczek.

Nie dotknęłam telefonu. Nie przewinęłam w górę, nie szukałam więcej. Nie musiałam. Ten jeden SMS powiedział mi wszystko, czego potrzebowałam. A raczej - wszystko, czego nie chciałam wiedzieć.

Kiedy Wiesław wrócił z garażu, siedziałam przy stole i obierałam ziemniaki na kolację. Zapytał, czy coś się stało. Powiedziałam, że boli mnie głowa. Pokiwał głową, zabrał telefon i wyszedł do pokoju. Obierałam dalej. Łupina za łupiną, ziemniak za ziemniakiem. Trzynaście sztuk. Policzyłam.

Następne dni były najdziwniejsze w moim życiu. Chodziłam do pracy, robiłam zakupy, gotowałam. Uśmiechałam się do sąsiadki na klatce schodowej. A w środku miałam taką pustkę, jakby ktoś wyjął mi wszystkie organy i napełnił mnie watą.

W sobotę zadzwoniła Arleta. Gadałyśmy piętnaście minut. Opowiadała mi, że Bogdan znowu wrócił późno i śmierdział piwem. Współczułam jej. Słyszicie? Współczułam. Bo moje ciało jeszcze nie nauczyło się nowej prawdy. Mięśnie twarzy robiły to, co robiły od dwunastu lat - uśmiech, przytaknięcie, westchnienie w odpowiednim momencie.

Dopiero w niedzielę w nocy, kiedy Wiesław spał obok mnie i lekko pochrapywał, dotarło do mnie naprawdę. Nie sama zdrada. Nie to, że mój mąż sypia z inną kobietą. Dotarło do mnie, że ta kobieta siedziała naprzeciwko mnie co środę, patrzyła mi w oczy, piła kawę z tej niebieskiej filiżanki i opowiadała o swoim nieszczęśliwym małżeństwie. A potem wstawała, całowała mnie w policzek, mówiła "trzymaj się, Renatko" - i jechała do niego.

Pół roku. Dwadzieścia sześć śród. Dwadzieścia sześć kaw, dwadzieścia sześć "oj, ci mężczyźni", dwadzieścia sześć kłamstw prosto w twarz.

Teraz jest środa, za piętnaście minut będzie tu Arleta. Wchodzi zawsze bez dzwonienia, ma klucz, bo "tak wygodniej, nie musisz wstawać od garnków". I to jest chyba najgorsze - nie zamek w drzwiach, nie kawa, nie SMS. Najgorsze jest to, że Arleta ma moje klucze i korzysta z nich na co dzień. Dosłownie i w przenośni.

Słyszę kroki na klatce. Jej kroki - szybkie, lekkie, z tym charakterystycznym stukaniem obcasów. Klucz przekręca się w zamku. Drzwi się otwierają.

- Renata! Oj, ale dziś zimno, nie mogę, ręce mi odmarzają. Zrobiłaś kawę? Muszę ci opowiedzieć, co Bogdan wczoraj wywinął, nie uwierzysz.

Patrzę na nią. Zdejmuje kurtkę, wiesza na wieszaku, wchodzi do kuchni. Siada na swoim krześle. Sięga po swoją filiżankę.

- Arleta - mówię spokojnie, tak spokojnie, że sama siebie nie poznaję. - Usiądź. Muszę ci coś powiedzieć.

Coś w moim głosie ją zatrzymuje. Filiżanka zawisa w powietrzu, w pół drogi do ust.

- Co jest? Dobrze się czujesz?

- Wiem - mówię. - Wiem o tobie i Wiesławie.

Cisza. Taka gęsta cisza, w której słychać tykanie zegara w przedpokoju i szum lodówki. Arleta stawia filiżankę na blacie. Powoli, ostrożnie, jakby to było najcenniejsze naczynie na świecie.

- Renata, ja…

- Nie - przerywam jej. - Nie chcę wyjaśnień. Nie chcę przeprosin. Chcę tylko, żebyś wiedziała, że przez ostatni tydzień piłam z tobą kawę, wiedząc wszystko. Że przez siedem dni patrzyłam, jak kłamiesz, jak współczujesz mi moich problemów z Wiesławem, jak pytasz, czy u nas wszystko dobrze. Chciałam zobaczyć, czy chociaż raz mrugniesz. Czy chociaż raz się zaczniesz. Nie mrugnęłaś.

Arleta ma łzy w oczach. Czy prawdziwe? Już nie umiem rozpoznać.

- Zostaw klucz na stole - mówię. - I zabierz swoją filiżankę.

Nie zabiera. Wychodzi bez słowa, zostawiając klucz przy cukiernicy. Niebieska filiżanka z odłupanym uchem stoi na blacie, pełna kawy, z której unosi się para.

Tego wieczoru mówię Wiesławowi. Krótko, bez krzyku, bez talerzy lecących w ścianę. Mówię, że wiem, od kiedy, i że nie zamierzam udawać, że nie wiem. On milczy. Potem mówi "przepraszam" takim tonem, jakby przepraszał za zdeptanie kwiatu w ogródku, a nie za zdeptanie dwudziestu ośmiu lat.

Następnego dnia dzwonię do prawnika. Nie dlatego, że jestem pewna rozwodu - dlatego, że chcę wiedzieć, jakie mam opcje. Bo najgorsze na świecie to nie zdrada. Najgorsze to poczucie, że nie masz wyjścia.

Dzisiaj jest kolejna środa. Pierwsza od dwunastu lat, kiedy nikt nie przychodzi na kawę. Siedzę w kuchni sama. Czajnik stoi na gazie, ale go nie włączam. Na blacie stoją dwie filiżanki - moja biała i ta niebieska, z odłupanym uchem. Podnoszę ją, ważę w dłoni. Stawiam z powrotem.

Może jutro ją wyrzucę. Może za tydzień. A może zostanie na swoim miejscu, pusta, jako przypomnienie, że nie każda filiżanka musi być pełna i nie każda środa musi mieć swoją kawę. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];