Serwetka była złożona na cztery, schowana pod spodem - pod rachunkami za gaz, pod kartą apteczną, pod wycinkiem z gazety z przepisem na ciasto drożdżowe. Zwykła papierowa serwetka, biała, z tłoczonym wzorkiem kwiatów w rogu.

A na niej - pismo mamy. Drobne, pochyłe, ale równe. Pewne. Przeczytałam raz, drugi, trzeci. Potem usiadłam na podłodze w jej sypialni i przez dwadzieścia minut nie mogłam się ruszyć.

Mama odeszła w środę, rano, w szpitalu w Częstochowie. Miała siedemdziesiąt osiem lat, zapalenie płuc, które przeszło w sepsę. Lekarze mówili, że organizm po prostu nie dał rady.

Byłam przy niej ostatnią noc, trzymałam ją za rękę, ale nie zdążyłam na sam koniec - wyszłam po kawę na korytarz. Kiedy wróciłam, pielęgniarka powiedziała cicho: "Już." To jedno słowo brzmi mi w głowie do dziś.

Mam na imię Renata, mam pięćdziesiąt cztery lata i od dwudziestu sześciu pracuję w sekretariacie sądu rejonowego. Wiem, jak wyglądają dokumenty. Wiem, co jest ważne prawnie, a co nie. I właśnie dlatego, kiedy znalazłam tę serwetkę - wiedziałam, że to zmienia wszystko.

Brat Leszek jest ode mnie starszy o trzy lata. Mama go uwielbiała. Znaczy - ja tak to widziałam przez całe życie. Leszek był tym pierwszym, synem, nadzieją. To jemu mama dawała większe porcje rosołu, to o niego pytała na początku każdej rozmowy telefonicznej.

"A co u Leszka? Dzwonił do ciebie? Masz jego nowy numer?" Dopiero potem: "A u ciebie co, Renatko?" Przyzwyczaiłam się do tego. Człowiek się przyzwyczaja.

Leszek prowadził zakład wulkanizacyjny pod Częstochową. Żona Marzena, dwóch synów, dom z czerwonej cegły, samochód dostawczy i osobowy. Na papierze - wzorowa rodzina. W praktyce - Leszek przyjeżdżał do mamy raz na dwa miesiące, na godzinę, zazwyczaj wtedy, gdy potrzebował pieniędzy. Mama dawała. Zawsze dawała. Z emerytury odkładała, z trzynastki, z tego, co ja jej zostawiałam na stole, kiedy wychodziłam po niedzielnym obiedzie.

Ja mieszkałam piętnaście minut dalej, na osiedlu przy Alejach. To ja robiłam zakupy. To ja woziłam mamę na wizyty. To ja zmieniałam jej pościel, kiedy po upadku na biodrze leżała trzy tygodnie. Leszek wtedy zadzwonił - raz. "To co, ciężko z nią?" Tak, Leszek. Ciężko.

Tydzień po pogrzebie przyjechałam do mieszkania mamy, żeby zacząć porządki. Leszek powiedział, że przyjedzie "jak będzie mógł", ale żebym zaczęła. Zaczęłam od sypialni, bo to tam mama spędzała ostatnie miesiące. Łóżko z regulowanym zagłówkiem, szafka nocna z lekami, lampka z abażurem z frędzlami, którą pamiętałam od dzieciństwa.

I ta szuflada. Głęboka, ciężka, pełna papierów, które mama trzymała "na wszelki wypadek". Pod spodem, na samym dnie - serwetka.

Tekst był krótki. Pismo mamy, bez wątpienia - znałam je jak własne. Data: 15 marca, rok temu. Trzy podpisy - mamy i dwóch sąsiadek z bloku, pani Zofii i pani Heleny. Treść była prosta: mama zapisywała mi mieszkanie. Całe mieszkanie, dwa pokoje z kuchnią przy ulicy Kopernika. Nie Leszkowi. Mnie.

A pod spodem - jedno zdanie, które zmieniło wszystko, co wiedziałam o naszej rodzinie.

"Leszek wie, dlaczego."

Zadzwoniłam do brata następnego dnia. Powiedziałam spokojnie, że znalazłam testament.

- Jaki testament? - Leszek się zaśmiał. - Mama nie pisała żadnego testamentu. Nie miała po co.

- Napisała. Na serwetce. Z podpisami świadków.

Cisza. Długa, ciężka cisza, w której słyszałam tylko jego oddech i telewizor w tle.

- Renata, serwetka to nie jest testament. Nie wygłupiaj się.

- Leszek, ja pracuję w sądzie dwadzieścia sześć lat. Testament holograficzny może być napisany na czymkolwiek. Musi być własnoręczny, podpisany i opatrzony datą. Mama spełniła wszystkie warunki. A świadkowie to bonus.

Znowu cisza.

- Co tam jest napisane? - zapytał innym tonem. Twardszym.

- Że mieszkanie ma być moje. I że ty wiesz, dlaczego.

Tego się nie spodziewałam - Leszek nie zaprzeczył. Nie zapytał "dlaczego miałbym wiedzieć?", nie powiedział "mama miała demencję", nie zaczął krzyczeć. Powiedział cicho:

- To nie twoja sprawa.

I się rozłączył.

Trzy dni szukałam odpowiedzi. Dzwoniłam do pani Zofii - potwierdziła, że mama poprosiła ją i Helenkę, żeby podpisały. Powiedziała, że mama była spokojna, przytomna, zdecydowana. "Twoja mama wiedziała, co robi, Renatko. Powiedziała, że wreszcie naprawi to, co powinno być naprawione dawno temu."

Do pani Heleny nie dotarłam - leżała w szpitalu po operacji kolana.

Odpowiedź znalazłam w tej samej szufladzie, tydzień później, kiedy przeglądałam papiery dokładniej. W szarej kopercie, między starymi dowodami wpłat, były wyciągi z konta mamy. Cztery przelewy - po piętnaście tysięcy złotych. Wszystkie na konto Leszka. Łącznie sześćdziesiąt tysięcy w ciągu trzech lat. Tytułem: "pożyczka". Żadne z tych pieniędzy nie wróciło.

Sześćdziesiąt tysięcy z emerytury. Mama, która jadła na obiad zupę z torebki, żeby oszczędzać. Mama, która prosiła mnie, żebym przywoziła jej leki, bo "w aptece jest teraz drogo". Mama, która przez ostatni rok nosiła ten sam sweter, bo "jeszcze dobry, po co nowy".

A ja - ja zostawiałam jej na stole po dwieście, trzysta złotych, myśląc, że pomagam. Nie wiedziałam, że te pieniądze też szły do Leszka.

Zadzwoniłam do niego drugi raz. Tym razem nie byłam spokojna.

- Wiedziałeś, że ona nie je, żeby ci przelewać pieniądze?

- Renatka, nie dramatyzuj...

- Nie mów do mnie Renatka. Sześćdziesiąt tysięcy, Leszek. Z jej emerytury. Ona jadła zupę z proszku, a ty budowałeś garaż.

- Ona sama chciała pomóc!

- A ty - sam chciałeś brać?

Rozłączył się. Znowu.

Poszłam z testamentem do notariusza, potem do sądu - do innego sądu niż ten, w którym pracuję, żeby nie było podejrzeń. Testament holograficzny jest ważny. Data jest, podpis jest, pismo jednoznacznie mamy. Brat może go kwestionować, ale jego szanse są niewielkie.

Leszek przysłał mi wiadomość trzy tygodnie później. Krótką. "Mama nie była w pełni sprawna umysłowo. Będę to udowadniał."

Odpisałam: "Mam jej wyniki badań z marca tamtego roku. Lekarz stwierdził pełną zdolność poznawczą. I mam dwóch świadków."

Nie odpowiedział.

Siedzę teraz w maminie mieszkaniu, przy jej stole w kuchni. Na blacie stoi kubek z napisem "Najlepsza Mama" - kupiłam jej go dziesięć lat temu na Dzień Matki. Serwetka leży przede mną, zamknięta w foliowej koszulce. Patrzę na nią i myślę o tym jednym zdaniu: "Leszek wie, dlaczego."

Mama nie napisała tego testamentu, żeby mnie nagrodzić. Napisała go, żeby powiedzieć mi prawdę, której nie umiała wypowiedzieć za życia. Że widziała. Że wiedziała, kto przy niej był, a kto tylko brał. Że żałowała, ale nie umiała odmówić synowi. Nie umiała przez całe życie.

Nie gniewam się na mamę. Gniewam się na Leszka - ale to minie. Albo nie minie. Nie wiem jeszcze. Wiem za to, że mama w końcu powiedziała to, co chciała powiedzieć. Na papierowej serwetce, drobnym, pewnym pismem.

Czasem prawda zmieści się na jednej serwetce. Wystarczy, że ktoś ma odwagę ją napisać. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];