Gdybym nie odebrała tego telefonu w czwartek po południu, miałabym jeszcze pięć tysięcy dwieście złotych na koncie oszczędnościowym. Miałabym spokojny sen. I miałabym to cudowne przekonanie, że moja wnuczka nigdy by mnie nie okłamała.
Ale odebrałam.
Maja zadzwoniła o trzeciej, kiedy akurat wracałam z przychodni na Ursynowie. Stałam na przystanku, autobus 504 się spóźniał, a ja grzebałam w torebce szukając biletu, kiedy zobaczyłam jej imię na wyświetlaczu. Uśmiechnęłam się. Maja dzwoniła coraz rzadziej - dwadzieścia jeden lat, drugi rok studiów, swoje życie, swoje sprawy. Każdy telefon od niej to był mały prezent.
Tylko że tym razem w słuchawce usłyszałam szloch.
- Babciu, ja nie wiem, co mam robić - mówiła urywanie, łykając powietrze między słowami. - Pani od mieszkania powiedziała, że jak nie zapłacę do jutra, to zmienia zamki. Babciu, ja nie mam gdzie iść.
Serce mi stanęło. Dosłownie poczułam, jak coś ściska mnie w klatce piersiowej, i przytrzymałam się słupka na przystanku.
- Majeczko, spokojnie. Ile potrzebujesz?
- Cztery tysiące osiemset. Za dwa miesiące. Babciu, ja wiem, że to dużo, ja przepraszam, ale mama mi nie pomoże, bo się pokłóciłyśmy, i tata... wiesz, jak jest z tatą.
Wiedziałam. Ojciec Mai wyjechał do Irlandii, kiedy dziewczynka miała sześć lat. Najpierw dzwonił co tydzień, potem co miesiąc, potem przestał. Agnieszka, moja córka, wychowała ją sama. A ja pomagałam, jak mogłam - z każdej emerytury odkładałam, ile się dało, żeby Maja miała na książki, na wyjazdy, na start w dorosłe życie.
Trzydzieści sześć lat w okienku na poczcie przy Puławskiej nauczyło mnie jednego - ludzie w panice nie kłamią. A Maja brzmiała jak ktoś, kto naprawdę tonie.
- Prześlę ci. Daj mi godzinę - powiedziałam, choć ręce mi drżały nie od zimna, tylko od strachu, że to moje jedyne pieniądze na czarną godzinę.
Wróciłam do domu, włączyłam komputer. Hasło do banku wpisałam trzy razy, bo palce nie trafiały w klawisze. Na koncie oszczędnościowym świeciła kwota, którą odkładałam przez ostatnie trzy lata. Pięć tysięcy dwieście złotych. Na pogrzeb, jak żartowałam do sąsiadki Teresy. Na wszelki wypadek, jak mówiłam poważniej.
Przelałam cztery tysiące osiemset.
Potwierdzenie przyszło SMS-em. Odetchnęłam. Maja napisała: "Babciu, uratowałaś mi życie, kocham Cię!!!" - z trzema wykrzyknikami i serduszkiem. Uśmiechnęłam się, zrobiłam sobie herbatę z cytryną i usiadłam przed telewizorem. Pomogłam. Jestem potrzebna. To uczucie - że ktoś na ciebie liczy, że możesz coś zmienić - jest warte więcej niż pieniądze na koncie.
Przynajmniej tak sobie wtedy tłumaczyłam.
O dwudziestej pierwszej, kiedy oglądałam serial i prawie zasypiałam na kanapie, telefon zawibrował. Wiadomość od Agnieszki.
"Mamo, dzwoniłaś do Mai? Bo ona wrzuciła na Instagram nowego iPhone'a. Chwali się koleżankom. Pisałam do niej, czy zapłaciła za mieszkanie, bo mi mówiła, że ma zaległości. Okazało się, że właścicielka potwierdziła - czynsz opłacony do końca semestru. Nie ma żadnych długów. Mamo, powiedz mi, że jej nie przelałaś pieniędzy."
Przeczytałam tę wiadomość cztery razy. Herbata stygła na stoliku. Serial leciał dalej, ktoś się śmiał za ekranem, a ja siedziałam nieruchomo z telefonem w dłoni i czułam, jak coś we mnie pęka. Nie złość. Jeszcze nie. Najpierw przyszedł wstyd - taki głęboki, fizyczny, od żołądka do gardła. Że dałam się oszukać. Że jestem głupią starą kobietą, którą można wziąć na łzy.
Napisałam do Mai. Krótko. "Majeczko, czy ty masz zaległości w czynszu?"
Odpowiedź przyszła po dwudziestu minutach. Dwudziestu minutach, podczas których pewnie kombinowała, co powiedzieć.
"Babciu, to nie tak, ja mogę wyjaśnić. Miałam zaległości, ale zapłaciłam w zeszłym tygodniu z zaliczki za korepetycje. A telefon kupiłam na raty. Babciu, ja te pieniądze oddam."
Kłamstwo owinięte w pół-prawdę. Rozpoznałam ten mechanizm, bo trzydzieści sześć lat na poczcie to także trzydzieści sześć lat słuchania wymówek przy okienku - czemu ktoś nie odebrał awizo, czemu nie zapłacił rachunku, czemu przesyłka zaginęła. Ludzie kłamią w charakterystyczny sposób - za dużo szczegółów, za szybko podane.
Nie odpisałam.
Agnieszka zadzwoniła następnego ranka. Był piątek, padał deszcz, a ja nie spałam całą noc.
- Mamo, ile jej dałaś?
- Prawie pięć tysięcy.
Cisza. Potem westchnienie, w którym usłyszałam złość, zmęczenie i coś jeszcze - może smutek, a może poczucie winy, że to jej córka zrobiła coś takiego.
- Mamo, czemu nie zadzwoniłaś najpierw do mnie?
- Bo Maja powiedziała, że się pokłóciłyście. Nie chciałam mieszać.
- Nie pokłóciłyśmy się. Powiedziałam jej, żeby nie wydawała stypendium na głupoty. To Maja nazywa kłótnią.
Milczałam. Za oknem bloku na Ursynowie padało, na balkonie stała doniczka z pelargonią, którą wnuczka podarowała mi na Dzień Babci dwa lata temu. Pamiętam, jak wtedy powiedziała - babciu, jak się będziesz czuła samotna, to pogadaj z kwiatkiem, i się roześmiała.
- Porozmawiam z nią - powiedziała Agnieszka. - Odda ci te pieniądze.
- Nie chodzi o pieniądze - powiedziałam cicho. I naprawdę w tamtym momencie nie chodziło. Chodziło o to, że moja wnuczka, którą uczyłam czytać, której robiłam naleśniki każdą sobotę przez całe jej dzieciństwo, której kupowałam pierwsze książki i odprowadzałam do szkoły - ta sama dziewczynka użyła mojej miłości jak karty kredytowej.
Przez następne dni układałam to sobie w głowie. Szukałam wymówek dla Mai - że jest młoda, że nie rozumie wartości pieniędzy, że wychowała się w świecie, gdzie wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Szukałam winy w sobie - że za bardzo ją rozpieszczałam, że zawsze dawałam, nigdy nie odmawiałam, że nauczyłam ją, że babcia to bankomat z bezwarunkową miłością.
Maja zadzwoniła w niedzielę. Tym razem nie płakała. Mówiła cicho, szybko, jakby chciała mieć to już za sobą.
- Babciu, przepraszam. Oddam ci pieniądze z następnego stypendium.
- Dobrze - powiedziałam. - Ale Maja, ja chcę, żebyś wiedziała jedno. Gdybyś zadzwoniła i powiedziała - babciu, chcę nowy telefon, nie mam kasy - tobym się zastanowiła. Może bym dała, może nie. Ale nie okłamałabyś mnie. A tak to ja przez całą noc nie spałam, bo myślałam, że moja wnuczka śpi na ulicy.
Milczała.
- I jeszcze jedno - dodałam. - Następnym razem, jak będziesz czegoś naprawdę potrzebować, jak będzie ci naprawdę źle - ja mogę ci nie uwierzyć. I to jest najgorsze, co się dzisiaj stało.
Rozłączyłam się. Usiadłam w kuchni. Pelargonia na balkonie wyglądała na spragnioną.
Wstałam i ją podlałam.
var adsinserter = adsinserter || {};
adsinserter.tags = ['fulladsnew'];