Siedemdziesiąt dwa tysiące złotych. Tyle kosztuje cisza, która zapada między dwiema siostrami, kiedy jedna z nich przestaje odbierać telefon. Wiem, bo policzyłam.
Policzyłam każdą złotówkę, którą przelałam na konto Renaty tamtego czerwca, i każdy dzień milczenia, który nastąpił potem. Trzysta sześćdziesiąt osiem dni. I ani jednego "dzień dobry".
Ale zacznę od początku, bo ta historia nie zaczęła się od pieniędzy. Zaczęła się od obietnicy.
Renata zadzwoniła do mnie w maju zeszłego roku, w środę, tuż po ósmej rano. Pamiętam, bo właśnie zamykałam drzwi apteki na klucz - kończę nocną zmianę o siódmej trzydzieści, ale zawsze zostaję dłużej, żeby posprzątać magazyn.
Pracuję jako farmaceutka w Siedlcach od dwudziestu trzech lat, w tej samej aptece przy ulicy Piłsudskiego. Renata mieszka w Łukowie, czterdzieści minut drogi, i dzwoni do mnie może raz w miesiącu. Dlatego od razu wiedziałam, że chodzi o coś ważnego.
- Celinka, słuchaj, mam coś niesamowitego - powiedziała takim głosem, jakim mówiła w dzieciństwie, kiedy znajdowała kocięta w piwnicy. - Pamiętasz to jezioro pod Włodawą, gdzie tata nas woził? Jest działka na sprzedaż, trzy kilometry od brzegu, z dojazdem. Sześć arów.
Pamiętałam. Jasne, że pamiętałam. Tata woził nas tam co lato, starym Fiatem 126p, cztery godziny w jedną stronę. Mama pakowała pierogi w aluminiowej folii, a my z Renatą kłóciłyśmy się na tylnym siedzeniu o to, która będzie spała bliżej okna w namiocie.
Tata umarł osiem lat temu, mama trzy lata po nim. To jezioro było jednym z niewielu miejsc, gdzie nasza rodzina była po prostu szczęśliwa.
- Sto czterdzieści cztery tysiące - powiedziała Renata. - Pół na pół. Postawimy domek, będziemy jeździć z dziećmi, z wnukami. Jak kiedyś.
Mam sześćdziesiąt jeden lat, dwoje dorosłych dzieci, które dawno wyfrunęły z gniazda, i mieszkanie, które spłaciłam trzy lata temu. Odkładałam na nowy samochód - mój Opel ma już dwieście dwadzieścia tysięcy na liczniku i mechanik powiedział, że następny przegląd może być ostatni.
Ale kiedy Renata powiedziała "jak kiedyś", poczułam ścisk w gardle. Bo kto nie chciałby wrócić do miejsca, gdzie wszystko było jeszcze w porządku?
Przelałam siedemdziesiąt dwa tysiące w ciągu tygodnia. Renata powiedziała, że załatwi formalności, bo ma znajomego notariusza w Lublinie, i że szybciej będzie, jeśli akt będzie na jedno nazwisko. Że dopisze mnie później, jak się uporają z jakimiś kwestiami geodezyjnymi. Że to tylko kwestia czasu.
- Po co nam komplikować - mówiła. - To między siostrami, nie między obcymi.
I ja się zgodziłam. Bo to była Renata. Moja starsza siostra. Trzy lata starsza, od zawsze mądrzejsza, od zawsze bardziej zdecydowana. To ona organizowała pogrzeb taty, to ona załatwiała mamie miejsce w domu opieki, kiedy demencja postępowała tak szybko, że nie dałyśmy rady same. Renata zawsze wiedziała, co robić. Ja zawsze jej ufałam.
Przez pierwsze dwa miesiące wszystko wyglądało normalnie. Renata przysyłała zdjęcia działki - trawa, brzozy, kawałek nieba. Dzwoniła, planowałyśmy: tu będzie taras, tu grill, tu huśtawka dla wnuków. Piotr, jej mąż, miał zrobić ogrodzenie. Rozmawiałyśmy o kolorze dachówki.
Potem zaczęło się robić dziwnie. Najpierw Renata przestała wysyłać zdjęcia. Potem zaczęła skracać rozmowy. "Nie teraz, Celina, jestem zajęta." "Pogadamy w weekend." Weekend mijał bez telefonu.
We wrześniu pojechałam do niej do Łukowa. Piotr otworzył drzwi i powiedział, że Renaty nie ma, jest u koleżanki. Ale jej samochód stał pod blokiem. Widziałam go z parkingu.
- Piotr, chciałam porozmawiać o działce - powiedziałam. - O tym akcie notarialnym. Kiedy Renata mnie dopisze?
Piotr patrzył na mnie tak, jak się patrzy na osobę, która jeszcze nie wie. Z mieszanką zakłopotania i litości.
- To chyba z Renatą powinnaś - zaczął, ale w tym momencie otworzyły się drzwi do pokoju i stanęła w nich moja siostra. W dresie, z mokrymi włosami, wyraźnie po kąpieli. Nie u żadnej koleżanki.
- O co chodzi? - zapytała tak, jakbym przyszła sprzedawać odkurzacze.
- Renata, kiedy mnie dopiszesz do aktu? Minęły trzy miesiące, sprawy geodezyjne chyba...
- Celina. - Przerwała mi. Stanęła w drzwiach, ręce skrzyżowane na piersi. - Nie ufasz własnej siostrze?
To zdanie. Te cztery słowa. Wbiły się we mnie jak szpilki, bo zadziałały dokładnie tak, jak miały zadziałać - zamknęły mi usta. Bo jak odpowiesz na takie pytanie? Jeśli powiesz "nie", to jesteś tą złą. Jeśli powiesz "tak", to musisz odpuścić. Renata to wiedziała. Wykorzystała to jedyne, co między nami było bezcenne, żebym się cofnęła.
I cofnęłam się. Wróciłam do Siedlec, do swojej apteki, do swojego Opla z dwustu dwudziestu tysiącami na liczniku. I przez następne tygodnie tłumaczyłam sobie, że przesadzam. Że to siostra. Że się martwię o nic.
W październiku moja córka Ania - ta praktyczniejsza z moich dzieci - zapytała wprost:
- Mamo, masz jakiś papier na tę działkę? Potwierdzenie przelewu? Cokolwiek?
Miałam potwierdzenie przelewu bankowego. Tytuł: "Działka - moja połowa". Tyle. Żadnej umowy. Żadnego pokwitowania. Żadnego aktu. Bo to była Renata. Moja siostra.
Ania zabrała mnie do prawnika. Prawnik powiedział rzeczy, które wiedziałam, ale nie chciałam usłyszeć. Że potwierdzenie przelewu to nie jest dowód współwłasności. Że mogę próbować dochodzić zwrotu pieniędzy, ale to będzie długie i niepewne. Że powinnam porozmawiać z siostrą.
Próbowałam. Dzwoniłam w listopadzie, w grudniu, na święta. Wysłałam SMS-a w Wigilię: "Renatko, zadzwoń. Chcę po prostu porozmawiać." Na Boże Narodzenie po raz pierwszy od trzydziestu lat nie byłyśmy razem przy stole. Piotr podobno powiedział mojemu synowi na pogrzebie dalekiej ciotki w styczniu, że Renata jest na niego zła, bo "robi problemy". Że psuje rodzinę.
Ja psuję rodzinę. Ja, która dała siedemdziesiąt dwa tysiące złotych na wspólne marzenie i poprosiła tylko o swoje nazwisko na papierze.
Jest maj. Rok od tamtego telefonu. Siedzę na balkonie mojego mieszkania w Siedlcach z herbatą, która dawno wystygła, i patrzę na zdjęcie z wakacji nad jeziorem. Mam może osiem lat, Renata jedenaście. Tata trzyma nas obie na kolanach, mama robi zdjęcie. Śmiejemy się.
Nie wiem, co boli bardziej - te siedemdziesiąt dwa tysiące czy to, że Renata najwyraźniej uznała, iż nasze dzieciństwo, nasze wspomnienia, nasza wspólna historia jest warta mniej niż sześć arów ziemi pod Włodawą. Że łatwiej jej było wybrać działkę niż siostrę.
Ania mówi, żebym szła do sądu. Syn mówi, żebym odpuściła. A ja siedzę i myślę o tym, że najgorsze kłamstwo, jakie Renata mi powiedziała, nie dotyczyło działki. Najgorsze było to "nie ufasz własnej siostrze". Bo ufałam. Do ostatniego grosza.
Wczoraj dostałam SMS-a. Nieznany numer, ale treść wyraźna: "Renata stawia ogrodzenie na działce. Widziałam ekipę." Napisała sąsiadka mamy, Władzia, która wciąż jeździ pod Włodawę na grzyby.
Ogrodzenie. Za moje pieniądze. Na jej działce.
Umówiłam się do prawnika na poniedziałek. Tym razem nie po radę. Po pozew.
Bo są rzeczy, które siostrze można wybaczyć. Ale udawanie, że nie istniejesz, po tym jak wzięła twoje pieniądze - to nie jest jedna z nich. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];