Muzyka już grała, kiedy pchnęłam drzwi sali na pierwszym piętrze domu kultury - jakiś walc, łagodny, poukładany - a ja stałam w progu z torbą sportową w ręku i czułam się jak dziecko, które pomyliło sale lekcyjne.

Było ich może dwanaście osób. Kobiety w lekkich bluzkach, jeden pan w swetrze pod szyję, instruktorka w czarnej sukience do kolan, która klasnęła w dłonie i powiedziała: proszę, proszę, jeszcze jedna śmiałka. Uśmiechnęła się do mnie. Nogi miałam jak z betonu.

Mam na imię Renata, od trzech lat jestem na emeryturze. Wcześniej trzydzieści dwa lata przepracowałam jako położna w szpitalu w Radomiu.

Trzy dekady dyżurów, nocy, porodów - odebrałam na świat tyle dzieci, że gdyby zebrać je w jednym miejscu, wypełniłyby małą szkołę. Kiedy odchodziłam, koleżanki zrobiły mi tort z napisem „Renata, zasłużyłaś na odpoczynek". I rzeczywiście - pierwsze miesiące odpoczywałam. Potem zaczęłam się po prostu nudzić.

Mąż, Leszek, zmarł siedem lat temu. Zawał w warsztacie, na miejscu. Syn Michał mieszka w Gdańsku z rodziną, dzwoni w niedziele, przyjeżdża na święta. Córka Ola - w Radomiu, ale ma dwójkę małych dzieci i własne kłopoty.

Nie narzekam. Po prostu w pewnym momencie zaczęłam zauważać, że moje dni składają się z porannej kawy, spaceru do Biedronki, obiadu z jednego garnka i wieczornego serialu. I tak w kółko. Jak dyżur na oddziale - tyle że nikt nie przychodzi.

Na kurs tańca namówiła mnie Krysia, sąsiadka z drugiego piętra. Krysia chodzi na wszystko - na aqua aerobik, na ceramikę, na warsztaty rękodzielnicze. Typ kobiety, która w kolejce na pocztę zagada trzy osoby. Powiedziała mi w windzie: Renata, zapisz się ze mną, bo mi tancerza brakuje. Ja? Na tańce? W moim wieku? Krysia machnęła ręką. Wiek to wymówka dla leniwych.

Pierwsze zajęcia były koszmarem.

Instruktorka, Magda, tłumaczyła podstawowe kroki walca. Raz-dwa-trzy, raz-dwa-trzy. Proste? Może dla kogoś, kto ostatnio tańczył mniej niż trzydzieści lat temu. Moje wesele z Leszkiem - to był ostatni raz, kiedy ktoś prowadził mnie po parkiecie. Nogi plątały mi się jak sznurówki. Krysia oczywiście tańczyła jak ta lala - okazało się, że już półtora roku ćwiczy i "zaczyna od nowa" tylko dlatego, że zmieniła dom kultury.

Stałam pod ścianą i udawałam, że poprawiam buty. W głowie miałam jedną myśl: wyjdę po przerwie i powiem, że muszę do lekarza. Kto sprawdzi? Emerytka u lekarza - najbardziej wiarygodna wymówka na świecie. Ale Magda podeszła do mnie i powiedziała cicho: pierwsza lekcja jest najtrudniejsza, bo walczymy nie z krokami, tylko z własnym wstydem. Niech pani przyjdzie jeszcze raz.

Przyszłam. Sama nie wiem dlaczego. Może dlatego, że w domu czekał na mnie tylko serial i kot.

Na drugich zajęciach było więcej osób - pojawili się nowi, przyszło też kilku mężczyzn. Magda ustawiała pary. Krysia dopadła jakiegoś pana z wąsem i już kręcili obroty, a ja znowu stałam pod ścianą, mając nadzieję, że podłoga mnie wchłonie.

Wtedy podszedł do mnie mężczyzna. Wysoki, siwy, w niebieskiej koszuli zapiętej pod szyję. Miał spokojną twarz i oczy, które patrzyły prosto, bez pośpiechu.

- Zatańczymy? - zapytał.

Otworzyłam usta, żeby powiedzieć, że nie umiem, że to dopiero moja druga lekcja, że będę mu deptać po nogach. Ale on wyciągnął dłoń i dodał:

- Ja też nie umiem. Ale we dwoje nie umieć to już prawie taniec.

Zaśmiałam się. Pierwszy raz od dawna - taki śmiech, który wyrwał mi się sam, zaskoczył mnie bardziej niż jego.

Tańczyliśmy. Fatalnie. Wchodziłam mu na buty, on mylił kierunki, raz prawie wpadliśmy na parę obok. Magda pokrzykiwała raz-dwa-trzy, a ja liczyłam w głowie i jednocześnie czułam na plecach ciepło jego ręki, pewne i delikatne zarazem, i myślałam - kiedy ostatnio ktoś mnie tak dotknął?

Nie w pośpiechu, nie z konieczności, nie sanitariusz podający rękę, nie syn ściskający na pożegnanie na peronie. Po prostu - ręka drugiego człowieka na moich plecach, która mówi: jestem tu, prowadzę, nie puszczę.

Po zajęciach Krysia pognała na autobus, a ja stałam na korytarzu i zmieniałam buty. On też się przebierał, dwa krzesła dalej. Wiązał sznurówki powoli, metodycznie.

- Dziękuję za taniec - powiedziałam, żeby nie milczeć.

Podniósł głowę i popatrzył na mnie tymi spokojnymi oczami.

- Wie pani - powiedział - ja się zapisałem, bo moja żona zmarła dwa lata temu. Czterdzieści lat razem. I w domu jest tak cicho, że czasem włączam radio, żeby ktoś do mnie mówił. A tu przynajmniej jest muzyka. I jest pani.

Nie odpowiedziałam. Nie dlatego, że nie wiedziałam co powiedzieć. Wiedziałam dokładnie. Ale miałam ściśnięte gardło i bałam się, że jeśli otworzę usta, to zamiast słów wyjdzie ze mnie wszystko to, co trzymam w sobie od siedmiu lat.

Skinęłam tylko głową. On skinął swoją. I wyszliśmy osobno na parking - on w lewo, ja w prawo, jak dwa kroki walca w przeciwnych kierunkach.

Mam na imię Renata i mam sześćdziesiąt jeden lat. Chodzę na kurs tańca co czwartek. Ten mężczyzna - Bogdan - zawsze prosi mnie do pierwszego tańca. Nie rozmawiamy dużo. Nie wymienialiśmy się numerami telefonów. Nie umówiliśmy się na kawę.

Ale kiedy kładzie mi dłoń na plecach i Magda włącza muzykę, przez trzy minuty walca świat nie jest cichy. I to wystarczy. Na razie to wystarczy.

Krysia mówi, że powinnam go zaprosić na herbatę. Może kiedyś. Na razie uczę się czegoś, o czym zapomniałam dawno temu - że można pozwolić, żeby ktoś prowadził. Że nie muszę zawsze sama liczyć kroki.

Raz-dwa-trzy. Raz-dwa-trzy.

Jakoś to pójdzie. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];