Syn nie odzywał się pół roku. Zadzwoniłam w jego urodziny - odebrała synowa i powiedziała: "Proszę nie dzwonić. Krzysztof zmienił numer właśnie po to, żeby pani go nie miała."
Może gdybym wtedy, w tamtą sobotę w marcu, nie weszła do ich mieszkania bez pukania, wszystko potoczyłoby się inaczej. A może nie. Może Krzysztof i tak by w końcu zmienił numer, a ja i tak siedziałabym teraz w kuchni z telefonem w ręku, słuchając ciszy po rozłączeniu.
Ale zacznę od początku - albo przynajmniej od tego momentu, kiedy jeszcze mogłam coś zmienić.
Klucze do mieszkania Krzysztofa miałam od samego początku, od kiedy się wprowadził. Oddał mi komplet przy odbiorze, tak naturalnie, jak się podaje mamie kubek herbaty. Trzecie piętro na Psim Polu, trzy pokoje z aneksem kuchennym, pięć minut autobusem od mojego bloku na Kozanowie.
Byłam tam co drugi dzień. Przynosiłam rosół w słoikach, zbierałam brudne skarpetki spod kanapy, wycierałam kurz z telewizora. Krzysztof miał trzydzieści lat, ale dla mnie wciąż był tym chłopcem, który nie potrafił sam wyprasować koszuli.
Pracowałam wtedy w wydziale geodezji na Sukiennicach - dwadzieścia dwa lata za tym samym biurkiem, między segregatorami i mapami. Rutyna, ale stabilna. Po śmierci Leszka, męża, osiem lat temu, Krzysztof został jedynym człowiekiem, dla którego ten rosół miał sens. Gotowałam go w niedzielę, jak moja matka, jak jej matka. Trzy godziny na wolnym ogniu. To nie był tylko rosół - to była rozmowa, obecność, dowód, że ktoś na kogoś czeka.
A potem pojawiła się Renata.
Nie powiem, że mi się nie spodobała. Ładna, spokojna, pracowała w aptece na Grabiszyńskiej. Na pierwszym obiedzie przyniosła sernik - dobry, wilgotny, bez rodzynek, jak lubię. Ale już wtedy, przy tym serniku, zobaczyłam coś w jej oczach, kiedy wchodziłam do kuchni sprawdzić, czy Krzysztof nie zapomniał wstawić wody na herbatę. Jakieś lekkie ściągnięcie brwi. Delikatne, ale wyraźne.
- Mamo, Renata sama zaparzyla - powiedział wtedy Krzysztof tonem, jakiego wcześniej nie słyszałam. Spokojnym, ale stanowczym.
Nie zwróciłam na to uwagi. Powinnam była.
Wzięli ślub rok później, cywilny, w małym gronie. Chciałam pomóc z organizacją, ale Renata powiedziała, że wszystko jest dopięte. Nie pokłóciłam się. Ugryzłam się w język, czego ona oczywiście nie mogła wiedzieć. Na weselu siedziałam przy głównym stole i uśmiechałam się tak szeroko, że potem bolały mnie policzki.
Po ślubie wszystko zaczęło się zmieniać. Nie nagle - powoli, jak rdza.
Najpierw Krzysztof przestał odbierać w piątki. Potem przesunął niedzielne obiady na co dwa tygodnie. Potem na raz w miesiącu. Potem - przepraszam mamo, jakoś się nie składa. Kiedy przychodziłam z rosołem bez zapowiedzi, on stał w drzwiach z miną, jakbym przyłapała go na czymś. Renata wychodziła do drugiego pokoju.
- Mamo, mogłabyś dzwonić przed przyjściem? - poprosił raz.
- Przecież jestem twoją matką, nie gościem - odpowiedziałam.
To zdanie powtórzyłam potem pewnie dwadzieścia razy, za każdym razem z większą pewnością, że mam rację. Bo co, matka musi umawiać się na wizytę u własnego dziecka? Sąsiadka Krysia potwierdzała. Moja siostra Jadwiga potwierdzała. Koleżanki z pracy kiwały głowami. Wszyscy wiedzieli, że to ta Renata go nastawia.
Tamtego dnia w marcu weszłam bez dzwonienia, bo miałam zapas klucz, a Krzysztof nie odpowiadał na telefon od dwóch dni. Martwiłam się. Otworzyłam drzwi i zastałam ich w salonie, na kanapie, pod kocem, z filmem na laptopie. Zwykła sobota. Ale Renata zerwała się jak oparzona, a Krzysztof - mój spokojny, cierpliwy Krzysztof - wstał i powiedział głosem, którego nie rozpoznawałam:
- Mamo. Oddaj klucze.
Nie oddałam. Powiedziałam, że przesadza, że to na pewno jej pomysł, że powinien pamiętać, kto go wychował. Renata wyszła do sypialni i zamknęła drzwi. Krzysztof stał z wyciągniętą ręką. Patrzyliśmy na siebie może minutę.
Rzuciłam klucze na stolik i wyszłam.
Od tamtego dnia Krzysztof dzwonił coraz rzadziej. W czerwcu - dwa razy. W lipcu - raz, krótko, sucho. W sierpniu - cisza. Pisałam wiadomości, które zostawały bez odpowiedzi. Dzwoniłam wieczorami - automat zgłoszeniowy. Pojechałam pod blok - okna ciemne. Może wyjechali. Może nie chcieli otworzyć. To drugie bolało bardziej.
We wrześniu, w dniu jego trzydziestych trzecich urodzin, wybrałam numer. Sygnał. Ktoś odebrał. Przez sekundę poczułam taką ulgę, że nogi się pode mną ugięły.
- Krzysztof?
- Nie. Tu Renata. - Pauza. - Proszę nie dzwonić, Krzysztof zmienił numer właśnie po to, żeby pani go nie miała.
I się rozłączyła.
Siedziałam na krześle w kuchni chyba godzinę. Herbata ostygła, potem była zimna, potem poszła do zlewu. Myślałam o rosole, o kluczach, o tym zdaniu - żeby pani go nie miała - i czekałam, aż przyjdzie złość na tę kobietę, która zabrała mi syna. Ale złość nie przyszła.
Przyszło coś gorszego - pamięć.
Przypomniałam sobie SMS-a, którego Krzysztof wysłał dwa lata temu: "Mamo, proszę, nie przychodź bez uprzedzenia. To ważne dla mnie. Proszę." A ja odpowiedziałam: "Nie marudź, rosół stygnie." Przypomniałam sobie Wigilię, kiedy powiedziałam przy stole, że Renata za dużo soli daje do bigosu. I tę ciszę, która potem była. I wzrok Krzysztofa - nie zły. Zmęczony.
Zadzwoniłam do Jadwigi i zaczęłam mówić o Renacie, o tym jak mną manipuluje, jak mnie odcięła. Jadwiga słuchała, a potem powiedziała cicho:
- Marzena. A może on sam tak chciał?
Powiesiłam słuchawkę.
Ale to zdanie zostało. Wracało rano, przy kawie. Wracało w autobusie, w pracy, przy zamykaniu okien na noc. Może on sam tak chciał. Może Renata tylko powiedziała to, czego Krzysztof nie potrafił mi powiedzieć, bo wiedział, że odpowiem - nie marudź, rosół stygnie.
Kupiłam kartkę urodzinową w papierniczym na rogu. Zwykłą, z kwiatami. Pisałam list trzy wieczory. Wyrzucałam, zaczynałam od nowa. Nie chciałam przepraszać, bo jeszcze nie wiedziałam, za co dokładnie - za rosół? Za klucze? Za to, że go kochałam tak, jak umiałam? Ale nie chciałam też oskarżać. W końcu napisałam tylko:
"Krzysiu. Nie wiem, czy to przeczytasz. Chcę, żebyś wiedział, że próbuję zrozumieć. Że nie jest mi łatwo, ale próbuję. Mama."
Zaadresowałam na stary adres na Psim Polu. Nie wiem, czy jeszcze tam mieszka. Nie wiem, czy list dotrze. Wrzuciłam kopertę do skrzynki i stałam przy niej jeszcze chwilę, z palcami na metalowej krawędzi, jakby można było cofnąć rękę i zabrać to wszystko z powrotem.
Nie zabrałam.
Rosół gotuje teraz raz na dwa tygodnie. Dla siebie. Jest tak samo dobry - i zupełnie inny. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];