Syn poprosił, żebym podpisała jakieś papiery u notariusza. "Formalność, mamo, nic ważnego". Notariusz spojrzał na mnie i zapytał, czy na pewno rozumiem, co podpisuję. Dopiero wtedy przeczytałam.

Okulary do czytania noszę w torebce od lat - w takim starym, wyświechtanym etui, które jeszcze Henryk mi kupił na bazarze w Ciechocinku.

Tamtego dnia, u notariusza, wyciągnęłam je dopiero, kiedy pan mecenas przesunął w moją stronę gruby plik kartek i zapytał spokojnym głosem: "Czy pani Celina zapoznała się z treścią aktu?". Nie zapoznałam się. Grzegorz powiedział, że to formalność.

Mój syn ma trzydzieści osiem lat i od zawsze miał talent do tego, żeby komplikowane rzeczy przedstawiać jako proste. Kiedy w trzeciej klasie rozbił piłką okno u sąsiada, powiedział: "Mamo, szyba sama pękła, ja tylko stałem obok".

Kiedy po maturze nie zdał na studia, stwierdził, że i tak planował rok przerwy. Kiedy brał kredyt na ten swój sklep z częściami samochodowymi, mówił: "Spokojnie, to się samo spłaci". Ja mu wierzyłam. Matki tak mają.

Pracowałam na poczcie we Włocławku trzydzieści jeden lat. Sortowałam przesyłki, sprzedawałam znaczki, przyjmowałam przekazy. Praca ciężka, ale uczciwa. Henryk jeździł TIR-em, to go często nie było, więc Grześka w dużej mierze wychowywałam sama.

Robiłam obiady, chodziłam na wywiadówki, pilnowałam lekcji. Kiedy Henryk zmarł pięć lat temu - wylew, nagle, w kabinie na parkingu gdzieś pod Dreznem - zostałam w naszym trzypokojowym mieszkaniu na Zazamczu sama.

Mieszkanie dostaliśmy z przydziału w osiemdziesiątym czwartym roku. Potem wykupiliśmy je na własność za grosze, jak wszyscy w bloku. Trzy pokoje, kuchnia, balkon z widokiem na parking i topole. Nic nadzwyczajnego, ale moje. Moje i Henryka, a teraz już tylko moje.

Grzegorz zadzwonił w niedzielę, trzy tygodnie temu. Gadaliśmy o Zuzi - jego córka, moja wnuczka, ósmy roczek, oczko w głowie. Potem Grzesiek tak mimochodem powiedział, że trzeba by pojechać do notariusza. Że chodzi o jakieś papiery związane z mieszkaniem, porządkowanie dokumentów, żeby potem nie było problemów ze spadkiem. "Tata nie zostawił testamentu i pamiętasz, ile było biegania. Żeby nam się to nie powtórzyło".

Brzmiało rozsądnie. Henryk rzeczywiście nie zostawił testamentu i po jego śmierci musieliśmy przeprowadzać postępowanie spadkowe - sąd, dokumenty, czekanie. Pomyślałam, że Grzesiek po prostu chce to załatwić zawczasu. Mądry chłopak. Dba o matkę.

Termin u notariusza wypadł w czwartek, o jedenastej. Grzegorz przyjechał po mnie swoim busem, tym od sklepu. W kancelarii było czysto, pachniało kawą i tonerem. Pani za biurkiem poprosiła o dowody osobiste. Grzesiek podał swój od razu, ja musiałam szukać w torebce.

Notariusz był mężczyzną po pięćdziesiątce, spokojnym, w okularach. Zaczął czytać akt na głos, ale ja nie słuchałam. Patrzyłam na Grzegorza - siedział wyprostowany, ręce na kolanach, taki poważny. Pomyślałam, że wygląda jak ojciec. Ten sam kształt szczęki, te same brwi.

I wtedy usłyszałam słowo "darowizna".

Nie "porządkowanie dokumentów". Nie "spadek". Darowizna.

Notariusz odłożył kartki i spojrzał na mnie znad okularów. "Pani Celino, chcę się upewnić - czy rozumie pani, że na mocy tego aktu przenosi pani prawo własności lokalu mieszkalnego na swojego syna, Grzegorza? Bez zastrzeżenia prawa dożywotniego zamieszkania. Czy ktoś pani to wyjaśnił?"

Cisza. Taka gęsta, że słychać było szum klimatyzacji i telefon dzwoniący gdzieś za ścianą.

Założyłam okulary. Wzięłam do ręki pierwszą stronę aktu. Przeczytałam nagłówek. Przeczytałam paragraf pierwszy, drugi, trzeci. Moje ręce - te same ręce, które trzydzieści lat sortowały listy i paczki - drżały tak, że litery skakały mi przed oczami.

Akt notarialny darowizny. Darczyńca: Celina Nowicka. Obdarowany: Grzegorz Nowicki. Przedmiot darowizny: lokal mieszkalny numer czternaście przy ulicy Cichej, numer osiem.

Moje mieszkanie. Całe moje mieszkanie. Bez żadnej służebności, bez dożywocia. Czysta, goła darowizna - dzisiaj podpisuję, jutro mieszkanie jest Grzegorza, a ja jestem w nim gościem.

Odłożyłam kartki na biurko.

- Grześku - powiedziałam. - Co to jest?

Zaczął mówić szybko. Że to dla bezpieczeństwa. Że i tak kiedyś odziedziczy. Że po co czekać, po co płacić potem podatki, adwokatów, sądy. Że Patrycja - jego żona - rozmawiała z jakąś koleżanką, która jest prawniczką, i ta koleżanka powiedziała, że lepiej załatwić to za życia.

- A gdzie w tym jest napisane, że mogę tu mieszkać? - zapytałam.

- No mamo, przecież ja cię nie wyrzucę.

- Ale tu tego nie ma. Na papierze.

Notariusz milczał. Patrzył to na mnie, to na Grzegorza. Widziałam, że to nie jest dla niego pierwsza taka scena w tym gabinecie.

Grzesiek zaczerwienił się. Widziałam, że się denerwuje. Że nie spodziewał się, że będę czytać. Że liczył na to, że mamusia podpisze, uściśnie rękę notariuszowi i pójdziemy na obiad.

- Mamo, nie rób scen - powiedział cicho.

Wstałam. Założyłam kurtkę. Schowałam okulary do etui - tego wyświechtanego, z Ciechocinka.

- Przepraszam pana - powiedziałam do notariusza. - Nie będę dzisiaj nic podpisywać.

Na parkingu Grzesiek dogonił mnie przy busie. Stał z kluczykami w ręku i patrzył na mnie tak, jak patrzył w dzieciństwie, kiedy nie dostał tego, co chciał.

- Mamo, przesadzasz.

- Synku - powiedziałam - czy ty masz kłopoty? Z pieniędzmi, z kredytem, ze sklepem?

Nie odpowiedział. Wsiadł do busa, zatrzasnął drzwi. Jechaliśmy do domu w milczeniu, dwadzieścia minut przez Włocławek, a między nami było jak ściana.

Przez tydzień nie dzwonił. Ja do niego też nie. Zadzwoniła Patrycja - uprzejmym głosem, jakby nigdy nic, zaprosiła mnie na obiad w niedzielę. Odmówiłam. Powiedziałam, że źle się czuję.

Potem zadzwoniła moja siostra, Jadwiga, z Torunia. Okazało się, że Grzesiek dzwonił do niej i żalił się, że matka "robi problemy". Jadwiga, starsza ode mnie o cztery lata i twardsza o całe życie, powiedziała mu najwyraźniej coś takiego, że Grzesiek trzasnął słuchawką.

- Celinka - powiedziała mi siostra przez telefon - on chyba ma problemy finansowe. Poczytaj w internecie, ile teraz ludzie oddają za lokale. Twoje mieszkanie to ze trzysta tysięcy, jak nie więcej. Dla kogoś z długami to gotówka.

Nie spałam tej nocy. Leżałam w sypialni - tej samej, w której spaliśmy z Henrykiem trzydzieści lat - i patrzyłam w sufit. Nade mną sąsiadka chodziła po kuchni, jak co noc. Za oknem topole szumiały na wietrze.

Myślałam o tym, jak Grzesiek w szpitalu, tuż po urodzeniu, miał taką małą pomarszczoną twarz i ściskał mój palec. Jak nosił mu się plecak do szkoły, za duży, zjechany na jedno ramię. Jak na pogrzebie ojca stał obok mnie i trzymał mnie za łokieć, żebym nie upadła.

I jak trzy tygodnie temu chciał, żebym podpisała papier, którego nawet nie miałam przeczytać.

Grzegorz zadzwonił po dwóch tygodniach. Głos miał inny - cichszy, bardziej zmęczony. Powiedział, że sklep idzie źle. Że ma zaległości w ZUS-ie. Że Patrycja nalega, bo jej koleżanka powiedziała, że "najlepiej przepisać, zanim komornik zajmie". Że on nie chciał mnie oszukać, tylko nie wiedział, jak powiedzieć.

Słuchałam go i jednocześnie robiłam herbatę - wsypywałam cukier, mieszałam łyżeczką, patrzyłam na odbicie żyrandola w szklance.

- Grześku - powiedziałam w końcu - rozumiem, że masz kłopoty. Ale ty chciałeś wziąć dach nad moją głową. Nie pytając mnie, nie tłumacząc, nie dając mi nawet prawa do mieszkania w moim własnym domu. Rozumiesz to?

Milczał.

- Przyjdź w sobotę - powiedziałam. - Bez Patrycji. Porozmawiamy.

Sobota jeszcze nie nadeszła. Nie wiem, co mu powiem. Wiem, że go kocham. Wiem, że nie podpiszę. I wiem, że etui na okulary z Ciechocinka leży teraz na komodzie w przedpokoju, na wierzchu, żebym zawsze miała je pod ręką. Bo nigdy nie wiadomo, co ktoś ci podsunie do podpisania. Nawet jeśli ten ktoś to twoje własne dziecko. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];