Syn z synową mieli zatrzymać się u mnie "na miesiąc, góra dwa", bo szukają mieszkania. Minęło pół roku. 

Na lodówce wisiała karteczka. Żółta, z wyrwanym rogiem, przyczepiona magnesem z Krynicy, który przywiozłam sobie z sanatorium trzy lata temu. "Krysiu, nie kupuj mleka, Natalia pije tylko roślinne."

Stałam w kuchni o szóstej rano, w kapciach i szlafroku, i czytałam tę karteczkę po raz trzeci, jakby za którymś razem miała zmienić treść. Nie zmieniła.

To było moje mieszkanie. Dwa pokoje z kuchnią na trzecim piętrze bloku przy Ozimskiej w Opolu. Mieszkałam tu trzydzieści jeden lat - od ślubu z Edwardem, przez narodziny Artura, przez chorobę Edwarda, przez jego pogrzeb, przez ciszę, która po tym pogrzebie została.

Pracowałam w szkółce roślin na obrzeżach miasta, codziennie wstawałam o piątej, wsiadałam w autobus i jechała między sadzonki, rabaty i tuie. Lubiłam tę pracę. Lubiłam wracać do pustego, cichego mieszkania, gdzie nikt mnie o nic nie pytał i nikt nie zostawiał karteczek na lodówce.

Artur zadzwonił w październiku. Że z Natalią szukają czegoś swojego, bo wynajem zżera im połowę wypłaty. Że potrzebują paru tygodni, może miesiąca, góra dwóch, żeby się rozejrzeć, odłożyć na wkład własny, dostać kredyt. Że to przecież chwilowe. Powiedziałam: jasne, synku, przyjeżdżajcie. Bo co miałam powiedzieć? Że nie chcę własnego syna pod dachem?

Przyjechali z trzema walizkami, kartonem książek i kotem, o którym nikt wcześniej nie wspomniał. Kot nazywał się Mruczek i od pierwszego dnia sikał za kanapę w salonie. Natalia powiedziała, że to stres związany z przeprowadzką. Ja powiedziałam, że rozumiem. Nie rozumiałam.

Pierwszy miesiąc był do zniesienia. Artur chodził do pracy, Natalia szukała ofert w internecie, wieczorami jedliśmy razem kolację. Gotowałam, bo lubiłam gotować i bo Natalia, jak to delikatnie ujęła, "nie czuła się pewnie w kuchni". W porządku. Moja kuchnia, moje garnki, mogę ugotować synowi i synowej rosół.

Ale gdzieś po szóstym tygodniu coś zaczęło się przesuwać. Niepostrzeżenie, jak meble, które ktoś codziennie przesuwa o milimetr - nie zauważasz, aż pewnego dnia stoisz w drzwiach i nie poznajesz własnego pokoju.

Natalia zaczęła przestawiać rzeczy. Moje serwetki z kredensu zniknęły do kartonu. "Bo się kurzą, a ja mam alergię." Moje filiżanki z różyczkami, te po mamie, powędrowały na najwyższą półkę. Zamiast nich pojawiły się kubki - białe, bez wzorka, takie jak ze sklepu w internecie. W łazience moje mydło zastąpił dozownik z napisem, którego nie umiałam przeczytać.

Nie powiedziałam nic. Bo co powiedzieć? Że chcę z powrotem swoje serwetki? Że czuję się, jakby ktoś wymazywał moje ślady?

W styczniu Artur przyszedł wieczorem i powiedział, że kredyt nie wypalił. Że bank chce większy wkład własny. Że muszą jeszcze trochę poczekać. "Trochę" - powiedziałam. "Ile to trochę?" Artur wzruszył ramionami. "Mamo, nie wiem. Może do lata?"

Chciałam zapytać: a kto płaci za światło, za wodę, za gaz? Bo od momentu, kiedy się wprowadzili, ani Artur, ani Natalia nie położyli na stole ani złotówki na rachunki. Lodówka, którą ja zapełniałam w piątki po pracy, pustoszała do wtorku.

Natalia pracowała zdalnie, co oznaczało, że przez cały dzień siedziała w moim salonie z laptopem, a ja nie mogłam usiąść na własnej kanapie, bo Mruczek spał na poduszce, a obok leżały rozłożone dokumenty.

Wieczorami włączałam telewizor w sypialni - cicho, na ledwo słyszalnym poziomie. Mimo to Natalia zapukała pewnego wieczoru i powiedziała z uśmiechem: "Krysiu, przepraszam, ale ten telewizor nam przeszkadza, ściana jest cienka." Wyłączyłam. Leżałam w ciemności i słuchałam, jak za ścianą oni oglądają serial na laptopie. Głośno.

Zaczęłam wychodzić z domu, żeby mieć spokój. Chodziłam na długie spacery po parku koło amfiteatru, nawet w lutym, nawet kiedy lało. Koleżanka z pracy, Basia, zapytała mnie kiedyś, czemu mam podkrążone oczy. Powiedziałam jej. Basia popatrzyła na mnie i powiedziała: "Krystyna, to jest twoje mieszkanie. Oni są gośćmi. Goście albo się zachowują, albo wychodzą."

Wiedziałam, że Basia ma rację. Ale to był mój syn. Jedyny syn, jedyne dziecko. Gdybym postawiła sprawę ostro, Artur by mnie znienawidził. Albo gorzej - przestałby dzwonić. A ja pamiętałam lata po śmierci Edwarda, kiedy telefon milczał tygodniami i jedynym głosem w mieszkaniu był mój własny.

Wszystko pękło w marcu, przy kolacji. Natalia powiedziała, że powinnam rozważyć remont łazienki, bo wanna jest stara i nieestetyczna. "Można by postawić kabinę prysznicową" - powiedziała, jedząc moje pierogi. "Byłoby nowocześniej."

Odłożyłam widelec. Poczułam, jak coś we mnie trzeszczy - cicho, jak lód na kałuży, po którym ktoś właśnie stanął.

"Natalia" - powiedziałam spokojnie. "Czy ty planujesz tu zamieszkać na stałe?"

Cisza. Artur patrzył w talerz. Natalia otworzyła usta, zamknęła, otworzyła ponownie.

"No bo wiesz, mamo" - odezwał się w końcu Artur. "My myśleliśmy... że może tak będzie łatwiej. Dla wszystkich. Ty byś nie była sama, my byśmy nie płacili wynajmu..."

"Czyli ja mam do końca życia gotować wam pierogi i przepraszać, że włączam telewizor?" - zapytałam i sama się zdziwiłam, jak spokojnie to zabrzmiało.

Artur podniósł głowę. "Mamo, to nie tak..."

"Synku, to jest dokładnie tak." Wstałam od stołu. "Daję wam dwa miesiące. Do końca maja. I od przyszłego tygodnia - połowa rachunków na stole."

Nie krzyczałam. Nie płakałam. Powiedziałam to tym samym tonem, jakim w szkółce mówiłam praktykantom, żeby nie zalewali sadzonek. Potem poszłam do sypialni, zamknęłam drzwi i włączyłam telewizor. Na pełny regulator.

Artur przyszedł następnego ranka. Stał w drzwiach kuchni z twarzą chłopca, który rozbił piłką szybę. "Przepraszam, mamo" - powiedział.

Nie odpowiedziałam od razu. Nalewałam sobie herbatę. Ciszę wypełniał szum czajnika i tykanie zegara ściennego - tego samego, który wisiał tu, kiedy Artur miał pięć lat i prosił mnie, żebym przeczytała mu bajkę.

"Przepraszanie to za mało" - powiedziałam w końcu. "Musicie zacząć szukać naprawdę. Nie na laptopie w moim salonie między serialami. Naprawdę."

Skinął głową. Nie wiem, czy zrozumiał. Nie wiem, czy cokolwiek się zmieni. Wiem tylko, że tego wieczoru usiadłam na swojej kanapie - na środku, nie na brzegu - i nikt mnie nie przeprosił, że przeszkadzam.

Karteczkę z lodówki zdjęłam. Magnes z Krynicy został. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];