Córka zadzwoniła z propozycją: sprzedajmy mieszkanie po babci, podzielimy się po połowie. Zgodziłam się.

Tydzień później dowiedziałam się, że już umówiła się z notariuszem - a kwota, którą podała, była o prawie dwieście tysięcy niższa od rynkowej.

Na blacie w kuchni leżała kartka z logo kancelarii notarialnej, a obok - długopis z napisem "Kancelaria Notarialna, Kraków". Magda zostawiła to u mnie poprzedniego dnia, kiedy wpadła na herbatę. Powiedziała, że to "takie materiały informacyjne".

Dopiero kiedy wzięłam kartkę do ręki i przeczytałam to, co było wydrukowane drobnym drukiem, poczułam, jak robi mi się zimno od stóp.

Pięćset dwadzieścia tysięcy złotych. Tyle miało kosztować mieszkanie mojej mamy na Prądniku. Dwa pokoje z kuchnią, czterdzieści sześć metrów, trzecie piętro w bloku z lat siedemdziesiątych. Magda już wpisała tę kwotę w dokumenty - i umówiła wizytę u notariusza na za dziesięć dni.

Mam na imię Zofia, mam pięćdziesiąt osiem lat i od ponad dwudziestu pracuję na zmiany w fabryce opakowań pod Krakowem. Mama - Stefania - odeszła pół roku temu, po długiej chorobie. Mieszkanie zostało nam, mnie i Magdzie, po połowie. Tak stanowił testament. Tak się umawiałyśmy. Tylko że nikt nie mówił o pięciuset dwudziestu tysiącach.

Bo rynkowa wartość tego mieszkania to było co najmniej siedemset tysięcy. Może nawet więcej, bo Prądnik się zmienił, tramwaj blisko, sklepy, przychodnia. Sąsiadka z parteru sprzedała podobne za siedemset trzydzieści w zeszłym roku, po remoncie. A Magda chciała sprzedać za pięćset dwadzieścia.

Zadzwoniłam do niej tego samego wieczoru. Byłam spokojna - a przynajmniej tak mi się wydawało.

"Magda, skąd ta kwota? Pięćset dwadzieścia?"

Cisza. Potem westchnienie - takie, jakim Magda od dziecka sygnalizowała, że zaraz powie coś, czego nie chcę usłyszeć.

"Mamo, to jest realna cena za mieszkanie w takim stanie. Tam trzeba wymienić okna, łazienkę rozbić do cegły, kuchnia się nadaje do remontu generalnego. Nikt ci za to nie da siedmiuset tysięcy."

"A sąsiadka z parteru?"

"Sąsiadka miała po remoncie. Mamo, ja rozmawiałam z agentem nieruchomości. On wycenił."

Agent nieruchomości. Magda nie powiedziała, który agent ani z jakiego biura. Nie pokazała mi żadnej wyceny na papierze. Ale już umówiła notariusza.

Nie spałam tej nocy. Leżałam w ciemności i myślałam o mamie, o tym, jak przez ostatnie trzy lata choroby codziennie do niej jeździłam po pracy. Trzy przystanki tramwajem, potem pieszo pod górkę.

Gotowałam jej, prałam pościel, woziłam na wizyty. Magda przyjeżdżała raz w miesiącu, czasem rzadziej. Mieszka w Warszawie od piętnastu lat, pracuje w korporacji, ma swoje życie - nie mam jej tego za złe. Ale to ja byłam przy mamie do końca. To ja trzymałam ją za rękę, kiedy odchodziła.

I teraz Magda chce sprzedać to mieszkanie za kwotę, która jest o prawie dwieście tysięcy niższa od rynkowej. Dwieście tysięcy. Moja połowa to sto tysięcy mniej. Więcej niż moja roczna pensja.

Przez następne dni próbowałam rozmawiać. Magda odbierała telefony, ale każda rozmowa kończyła się tak samo. Że ona wie lepiej. Że rynek teraz stoi. Że trzeba sprzedać szybko, bo mieszkanie traci na wartości, bo czynsz trzeba płacić, bo wspólnota naliczy zaległości.

"Magda, ja chcę zamówić niezależną wycenę rzeczoznawcy."

"Mamo, to kosztuje. Po co wyrzucać pieniądze?"

"Żeby wiedzieć, ile naprawdę jest warte."

"Ja ci mówię, ile jest warte. Rozmawiałam z ludźmi, którzy się na tym znają."

"Z jakimi ludźmi?"

Znowu to westchnienie.

Zamówiłam rzeczoznawcę sama. Pan przyszedł, zmierzył, obejrzał, sfotografował. Po tygodniu dostałam operat - siedemset tysięcy złotych. Nawet w obecnym stanie, bez remontu. Lokalizacja robiła swoje.

Zadzwoniłam do Magdy z tym operatem. Przeczytałam jej kwotę. Myślałam, że przeprosi. Że powie - mamo, miałaś rację, pomyliłam się, ten agent coś pokręcił.

Magda powiedziała coś innego.

"No dobrze, ale ja mam kupca na pięćset dwadzieścia. Gotówka, bez kredytu, szybka transakcja. Jeśli zaczniemy szukać kogoś na siedemset, to będziemy czekać pół roku albo dłużej."

"Kim jest ten kupiec?"

Pauza. Dłuższa niż zwykle.

"Znajomy."

Znajomy. To słowo zawisło między nami jak dym papierosowy w zamkniętym pokoju. Znajomy, który chce kupić mieszkanie za prawie dwieście tysięcy poniżej wyceny. Za gotówkę. Szybko. I Magda już umówiła notariusza.

Nie jestem głupia. Przez dwadzieścia pięć lat na fabryce nauczyłam się jednego - kiedy ktoś bardzo się spieszy i nie chce pokazać papierów, to nie chodzi o wygodę. Chodzi o to, żeby druga strona nie zdążyła policzyć.

"Magda, czy ten znajomy da ci coś ekstra? Poza tą połową?"

"Mamo, co ty insynuujesz?"

"Nie insynuuję. Pytam."

Rozłączyła się.

Następnego dnia zadzwonił do mnie mój siostrzeniec Bartek - syn mojej siostry Krysi, prawnik. Powiedział, że Magda dzwoniła do niego tydzień wcześniej, pytała o procedurę sprzedaży mieszkania spadkowego.

Bartek wytłumaczył jej wszystko, a na końcu wspomniał, że obie spadkobierczynie muszą wyrazić zgodę i że warto zrobić wycenę. Magda odpowiedziała, że "mama się zgadza" i że "wycena jest niepotrzebna, bo mamy kupca".

Bartek dodał jeszcze jedno. Że pytał Magdę, kim jest kupiec. I Magda powiedziała mu imię. To był Damian - partner Magdy od dwóch lat. Ten sam Damian, który prowadzi firmę remontową i kupuje mieszkania do odświeżenia.

Zamknęłam oczy. Było mi niedobrze. Nie dlatego, że córka chciała zarobić na mnie - to bolało, ale to jeszcze mogłam zrozumieć. Bolało coś innego. Że Magda przez cały ten czas patrzyła mi w oczy i mówiła "agent wycenił", "rynek stoi", "szybka transakcja".

Że zbudowała cały scenariusz. Że traktowała mnie jak kogoś, kogo można łatwo przechytrzyć, bo pracuje na zmiany i nie zna się na nieruchomościach.

Napisałam do niej SMS. Krótki. "Wiem o Damianie. Wiem, że to on jest kupcem. Mieszkania nie sprzedaję na tych warunkach. Jeśli chcesz rozmawiać - przyjedź i porozmawiajmy uczciwie."

Magda odpisała po trzech godzinach. "Mamo, to nie jest tak, jak myślisz."

Nie odpisałam. Bo to było dokładnie tak, jak myślałam.

Minęły dwa tygodnie. Magda nie zadzwoniła. Ja też nie. Chodziłam do pracy, wracałam, siadałam w kuchni. Czasem patrzyłam na tę kartkę z kancelarii, którą wciąż trzymałam na lodówce pod magnesem z Zakopanego.

Nie wiem dlaczego jej nie wyrzuciłam. Może dlatego, że była dowodem - nie na przestępstwo, ale na coś gorszego. Na to, że moja córka myślała, że jestem za głupia, żeby policzyć.

W końcu Magda przyjechała. Sobota, popołudnie. Stanęła w drzwiach z torbą z Biedronki, w której było ciasto drożdżowe - takie, jakie robiła mama.

"Mogę wejść?"

Wpuściłam ją. Zrobiłam herbatę. Siedziałyśmy przy stole w kuchni, tym samym stole, przy którym mama karmiła nas rosołem i powtarzała, że siostry to siostry, ale pieniądze to pieniądze i żeby nigdy ich nie mieszać.

Magda powiedziała, że Damian rzeczywiście chciał kupić to mieszkanie. Że miał plan - wyremontować i sprzedać za dziewięćset tysięcy. Że Magda miała dostać dwadzieścia procent od zysku, poza swoją połową. Że nie chciała mnie oszukać - chciała "po prostu zarobić na tym dodatkowe pieniądze, bo w Warszawie jest drogo".

Patrzyłam na nią i widziałam dorosłą kobietę, którą wychowałam. Córkę, którą przez osiemnaście lat kąpałam, karmiłam, woziłam na angielski i na pływalnię. I ta kobieta siedziała teraz naprzeciwko mnie i tłumaczyła, że nie chciała mnie oszukać. Tylko pozbawić dziewięćdziesięciu tysięcy złotych.

"Magda" - powiedziałam - "mieszkanie sprzedamy. Przez biuro nieruchomości, po wycenie rzeczoznawcy, za rynkową cenę. Podzielimy się po połowie, jak w testamencie mamy."

"A Damian?"

"Damian może kupić inne mieszkanie do remontu."

Magda zagryzła wargę. Przez chwilę myślałam, że wstanie i wyjdzie. Ale nie wstała. Pokiwała głową.

Zjadłyśmy to ciasto drożdżowe w ciszy. Smakowało dokładnie tak jak mamino - Magda musiała użyć tego samego przepisu. I właśnie to bolało najbardziej. Że potrafiła odtworzyć ciasto co do grama, ale nie potrafiła być ze mną uczciwa co do złotówki.

Mieszkanie wystawiliśmy na sprzedaż miesiąc później. Sprzedało się w trzy tygodnie. Za siedemset dwadzieścia tysięcy. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];