Zgodziłam się wziąć kredyt na pralkę i zmywarkę dla córki. Córka miała spłacać raty. Po pięciu miesiącach przestała. Zadzwoniłam.

"Mamo, zmywarka się zepsuła, więc nie widzę powodu, żebym za nią płaciła" - usłyszałam w słuchawce i przez moment myślałam, że się przesłyszałam. Ale Patrycja powtórzyła to spokojnie, jakby tłumaczyła coś oczywistego dziecku.

A potem dodała: "Zresztą pralkę też mogłaś kupić lepszą, bo wibruje na wirowaniu." Rozłączyła się, a ja zostałam z telefonem w ręce i ratą kredytu, która za trzy dni miała zejść z mojego konta.

To był listopad. Szósty miesiąc kredytu. Piąta rata, którą miałam zapłacić ja, choć umowa między nami była prosta jak drut - ja biorę kredyt, bo Patrycja nie ma zdolności, ona spłaca co miesiąc. Proste? Proste. Do momentu, gdy przestało być.

Muszę cofnąć się o rok, żeby to miało sens. Pracuję jako szefowa zmiany w dużym supermarkecie w Lublinie - dwadzieścia dwa lata stażu, poranki albo popołudnia, weekendy naprzemiennie.

Zarabiam nie tak dużo, ale na siebie starcza. Mieszkam sama od czasu, gdy Patrycja się wyprowadziła, a Wiesław - mój były mąż - odszedł jeszcze wcześniej, do kobiety z sąsiedniego osiedla. To było dwanaście lat temu. Patrycja miała wtedy dwadzieścia, ja czterdzieści sześć. Jakoś się pozbierałam.

Patrycja wynajmuje mieszkanie na Czubach z chłopakiem, Adrianem. Pracuje na pół etatu w salonie fryzjerskim, Adrian coś robi w transporcie, ale nigdy dokładnie nie wiem co. Zmieniał pracę trzy razy w ciągu roku. Kiedy Patrycja zadzwoniła w marcu i powiedziała, że potrzebuje pralkę i zmywarkę do nowego mieszkania, nie wahałam się długo. Córka prosi o pomoc - matka pomaga. Taki porządek.

Problem zaczął się od razu, tylko ja nie chciałam go widzieć. W sklepie z AGD Patrycja wybrała zmywarkę za dwa tysiące czterysta i pralkę za trzy tysiące. Razem ponad pięć tysięcy. Kiedy zapytałam, czy nie mogłaby wziąć coś tańszego, skrzywiła się.

"Mamo, jeśli już bierzesz kredyt, to nie na jakiś szrot. Wezmę porządne rzeczy i będą służyć latami."

Sformułowanie "jeśli już bierzesz kredyt" powinno było mnie zaalarmować. Nie "jeśli już bierzemy". Bierzesz. Ja biorę. Ona - korzysta.

Pierwsze cztery raty przyszły na czas. Patrycja przelewała mi pieniądze dzień przed terminem, czasem dwa dni. Pisała na komunikatorze: "Przelew poszedł, mamo." I buźkę. Byłam spokojna. Byłam głupia.

Piąta rata nie przyszła. Czekałam do ostatniego dnia, potem zadzwoniłam. Patrycja nie odebrała. Napisałam. Odpowiedziała po trzech godzinach: "Jutro prześlę, zapomniałam." Jutro minęło, przelew nie przyszedł.

Zapłaciłam z własnych pieniędzy, bo nie chciałam opóźnienia w banku. Kolejny miesiąc - to samo. "Adrian nie dostał wypłaty na czas." Potem: "Mieliśmy dodatkowe wydatki." A potem ta rozmowa o zmywarce, która rzekomo się zepsuła.

Pojechałam do Patrycji. Trzydzieści minut autobusem na Czuby, potem jeszcze piętnaście piechotą. Otworzyła w dresie, włosy w bałaganie. Mieszkanie wyglądało jak po przejściu frontu - buty Adriana pod ścianą, kubki na parapecie, telewizor puszczał jakiś serial. Zmywarka stała w kuchni. Podeszłam, otworzyłam, obejrzałam. Żadnych śladów awarii. Włączyłam program testowy.

"Co ty robisz?" - Patrycja stanęła w drzwiach kuchni z rękami skrzyżowanymi na piersi.

"Sprawdzam, czy naprawdę nie działa."

"Przecież ci mówię, że nie działa! Nie myje porządnie, zostawia smugi."

Zmywarka skończyła cykl. Naczynia wyglądały czysto. Patrycja wzruszyła ramionami.

"No to teraz działa. Ale wcześniej nie działała."

Usiadłam przy jej kuchennym stole, na którym leżała pusta paczka po chipsach i długopis bez zatyczki. Patrzyłam na córkę i próbowałam zrozumieć, kiedy to się zaczęło - to odcinanie się od odpowiedzialności, to traktowanie mnie jak bankomatu z obowiązkiem cierpliwości.

"Patrycja, kredyt jest na mnie. Jeśli nie będę płacić, bank wpisze mnie do BIK-u. Rozumiesz, co to znaczy?"

"No to płać, mamo. Przecież zarabiasz."

Zarabiam. Owszem. Ale zarabiam na siebie. Na rachunki za mieszkanie, na jedzenie, na leki - bo w tym roku zaczęłam brać tabletki na ciśnienie. Rata kredytu to kwota, która co miesiąc robi dziurę w moim budżecie. Nie jest to suma, którą mogę tak po prostu wchłonąć.

Wróciłam do domu i przez dwa dni nie dzwoniłam. Trzeciego dnia zadzwonił Wiesław. Były mąż, którego nie widuję, ale który najwyraźniej jest na bieżąco z życiem Patrycji lepiej niż ja.

"Renata, słuchaj. Patrycja brała jakieś chwilówki. Adrian też. Mają jakieś długi."

"Skąd wiesz?"

"Napisała do mnie, czy pożyczę im na spłatę jednej. Dwa tysiące."

"I co?"

"Nie pożyczyłem."

Milczałam chwilę. Wiesław dodał cicho: "Uważaj na siebie."

To było chyba najcieplejsze zdanie, jakie powiedział do mnie od dwunastu lat. I jedno z najbardziej niepokojących.

Zrobiłam to, czego nigdy w życiu bym nie zrobiła - umówiłam się na wizytę w banku. Zapytałam wprost: co mogę zrobić? Pani w okienku wyjaśniła spokojnie, że kredyt jest na mnie. Mogę go spłacić wcześniej, mogę płacić regularnie, mogę zmienić harmonogram. Ale nie mogę przenieść go na inną osobę bez jej zgody i zdolności kredytowej. Patrycja zdolności nie ma. I chyba nie ma też zamiaru jej mieć.

Wyszłam z banku i usiadłam na ławce przed wejściem. Kasztany na parkingu gubiły liście. Myślałam o tym, jak trzydzieści dwa lata temu trzymałam Patrycję na rękach w szpitalu i obiecywałam sobie, że ta dziewczynka nigdy nie będzie musiała się o nic martwić. I pomyślałam, że może właśnie to był mój błąd.

Zadzwoniłam do niej wieczorem. Powiedziałam jedno zdanie, które ćwiczyłam w głowie przez całą drogę powrotną autobusem.

"Patrycja, od następnego miesiąca będę płacić raty, bo muszę. Ale zapisuję każdą kwotę. I nie zamierzam zapomnieć."

Cisza. Potem: "Mamo, no nie rób dramy."

"To nie drama. To pięć tysięcy czterysta, które jestem ci winna bankowi."

Odłożyła słuchawkę. Nie zadzwoniła następnego dnia, ani kolejnego. Rata zeszła z mojego konta jak zwykle.

Teraz jest kwiecień. Zostało dwanaście rat. Mnożę kwotę razy dwanaście i robi mi się słabo. Patrycja nie przelała ani złotówki od tamtej rozmowy. Nie zadzwoniła z życzeniami na moje urodziny, nie napisała na Wielkanoc. Adrian podobno zmienił pracę znowu.

Sąsiadka Krysia mówi, że powinnam odpuścić, bo "to przecież córka". Koleżanka z pracy, Jadwiga, mówi, że powinnam iść do prawnika. A ja patrzę na wyciąg z konta i myślę, że w gruncie rzeczy ta pralka i zmywarka nauczyły mnie więcej o własnej córce niż trzydzieści dwa lata wspólnego życia.

Tylko nie wiem, co z tą wiedzą teraz zrobić. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];