Mąż zaczął chodzić na basen po dwudziestu latach na kanapie. Schudł, kupił nowe bokserki, zaczął używać nici dentystycznej.
Byłam dumna - mówiłam koleżankom, że wreszcie dba o siebie. Na basenie nie bywa - sprawdziłam. Recepcjonistka powiedziała, że ostatni raz widziała go w grudniu, a mamy kwiecień.
Sąsiadki mi zazdrościły. Ja im to mówię wprost - zazdrościły mi Leszka. Bo ich mężowie po pięćdziesiątce dalej rośli w pas, narzekali na kolana i jedyną formę ruchu mieli z kanapy do lodówki. A mój Leszek pewnego wrześniowego wieczoru wrócił z pracy, stanął w przedpokoju i powiedział:
- Renata, zapisałem się na basen.
Stałam z obieraczką w ręku, marchewka mi się prawie wyślizgnęła. Dwadzieścia lat małżeństwa, dwadzieścia lat spokojnej rutyny w naszym trzypokojowym mieszkaniu na Fordonie w Bydgoszczy, i nagle - basen. Pomyślałam, że się ze mną droczy.
Ale nie doczekałam się puenty. Następnego dnia Leszek rzeczywiście pojechał po pracy na Astorię, wrócił z mokrymi włosami i głodem wilka. Zjadł podwójną porcję leczo i poszedł spać o dwudziestej pierwszej z uśmiechem, jakiego nie widziałam od lat.
Pierwszego miesiąca traktowałam to z czułą ironią. Drugiego - z podziwem. Trzeciego - z dumą, której nie potrafiłam ukryć. Na spotkaniu u Jadwigi, kiedy przy szarlotce gadałyśmy o mężach, powiedziałam:
- Leszek schudł osiem kilo. Ćwiczy trzy razy w tygodniu. Kupił sobie nowe bokserki, takie sportowe.
Jadwiga patrzyła na mnie tak, jakbym powiedziała, że wygrałam na loterii. Bo w naszym wieku, w naszym świecie - gdzie emerytura ledwo starcza na rachunki, a radość to promocja na masło w Biedronce - mąż, który nagle zaczyna o siebie dbać, to jest wydarzenie.
Leszek rzeczywiście się zmieniał. Nie tylko schudł. Zaczął inaczej stać - prościej, jakby odzyskał te centymetry, które lata pracy w biurze mu zabrały. Bo Leszek pracował jako urzędnik w wydziale geodezji, całe życie nad papierami, z plecami skulonymi nad biurkiem.
A teraz prostował się, rozluźniał ramiona. Zaczął używać nici dentystycznej, czego nigdy wcześniej nie robił, mimo moich lat namawiania. Kupił wodę kolońską - nie drogą, taką z Rossmanna, ale pachnącą inaczej niż jego stare wody po goleniu, których butelki kurzyły się na półce w łazience od lat.
Ja mam na imię Renata, skończyłam w styczniu pięćdziesiąt cztery lata i od dwudziestu sześciu pracuję jako księgowa w firmie produkującej meble. Codziennie liczę faktury, sprawdzam salda, szukam groszowych różnic między kolumnami. Może dlatego powinnam była zauważyć wcześniej, że coś się nie zgadza.
Pierwsza drobna rzecz - włosy. Leszek wracał z basenu z mokrymi włosami, ale jego skóra nigdy nie pachniała chlorem. Pamiętam, jak córka Weronika chodziła na basen w liceum - jej włosy były szorstkie, suche, a od ciała biło tym specyficznym zapachem. Leszek pachniał szamponem. Tylko szamponem. Pomyślałam, że pewnie bierze długi prysznic po wyjściu z wody, i poszłam dalej kroić cebulę na obiad.
Druga rzecz - torba. Leszek nosił dużą sportową torbę, granatową, kupioną specjalnie. Kiedyś w sobotę zaglądnęłam do niej, żeby wrzucić świeży ręcznik, bo akurat robiłam pranie. W torbie był ręcznik. Suchy. Kąpielówki leżały na dnie, złożone, jakby nikt ich nie dotykał. Ale powiedziałam sobie, że pewnie ma drugie, tam na miejscu. Ludzie tak robią, prawda? Zostawiają rzeczy w szatni?
Nie wiem, kiedy dokładnie przestałam wierzyć w basen, a zaczęłam tylko udawać, że wierzę. To nie było jedno zdarzenie. Raczej seria malutkich ukłuć, które osobno nic nie znaczyły, a razem układały się w obraz, na który nie chciałam patrzeć.
W marcu Leszek zaczął wyłączać telefon na czas swoich wyjść. Wcześniej zostawiał go na stole, teraz zabierał, a kiedy wracał i ja pytałam, kto dzwonił, mówił:
- Nikt, Renata. Kto ma dzwonić?
I to "kto ma dzwonić" brzmiało inaczej niż kiedyś. Kiedyś to było pytanie. Teraz to była ściana.
W pierwszy weekend kwietnia sprzątałam łazienkę. Przesunęłam kosmetyki Leszka, żeby wytrzeć półkę, i znalazłam pod jego nową wodą kolońską paragon. Nie z Astorii. Paragon z kawiarni na Długiej. Dwie kawy, sernik, łączna kwota. Data - czwartek, godzina siedemnasta czterdzieści. Czwartek to był dzień basenu.
Przez dwa dni chodziłam z tym paragonem w kieszeni fartucha kuchennego. Dotykałam go przy zmywaniu, przy gotowaniu, przy składaniu prania. Taki mały, śliski papierek, który mówił więcej niż Leszek powiedział mi przez ostatnie pół roku.
W środę po pracy pojechałam na Astorię. Nie planowałam tego - miałam jechać prosto do domu, ale na światłach skręciłam w lewo zamiast w prawo, jakby kierownica sama zdecydowała. Na recepcji siedziała młoda dziewczyna, może dwudziestopięcioletnia, z kucykiem i kolczykiem w nosie.
- Dzień dobry. Chciałam zapytać o karnet mojego męża. Leszek Tomczak.
Dziewczyna wystukała coś w komputerze.
- Tomczak... Tak, mamy. Ale karnet jest nieaktywny od stycznia. Ostatnia wizyta - czternasty grudnia.
Czternasty grudnia. A mieliśmy kwiecień. Cztery miesiące, dwanaście czwartków, dwanaście wtorków, dwanaście sobót - bo Leszek chodził trzy razy w tygodniu. Trzydzieści sześć wyjść z domu z granatową torbą, z suchym ręcznikiem w środku, z kąpielówkami, których nikt nie zakładał.
- Dziękuję - powiedziałam.
Wróciłam do samochodu i siedziałam za kierownicą z wyłączonym silnikiem. Przez szybę widziałam kwitnące forsycje na trawniku przed basenem. Myślałam o tym, że Leszek mnie okłamuje, ale nie płakałam. Miałam dziwne wrażenie, jakbym to wiedziała od dawna, a recepcjonistka tylko przeczytała na głos coś, co ja już dawno przeczytałam między wierszami.
Tej nocy leżałam obok niego i słuchałam, jak oddycha. Miarowo, spokojnie, jak człowiek z czystym sumieniem. A ja myślałam o tym, co powinnam teraz zrobić. Krzyczeć? Płakać? Spakować mu walizkę?
Wyobrażałam sobie, jak rano mówię: "Leszek, byłam na Astorii. Wiem, że nie chodzisz na basen od grudnia." I wyobrażałam sobie jego twarz. I wiedziałam - bo dwadzieścia cztery lata z kimś to jednak coś znaczy - że on by się nie zdenerwował, nie kłamałby dalej.
On by się po prostu skulił. Tak jak kiedyś się skulał nad tym biurkiem w geodezji. Bo Leszek nie jest złym człowiekiem. Leszek jest człowiekiem, który przez dwadzieścia lat siedział na kanapie, a potem coś w nim pękło, i zamiast powiedzieć mi co, zaczął udawać basen.
Nie wiem jeszcze, kim jest ta kawa na Długiej. Może to kobieta. Może stary kolega. Może Leszek siedzi tam sam, bo potrzebuje godziny bez mnie, bez naszego mieszkania, bez telewizora, który gra od rana do nocy. Nie wiem, i ta niewiedza jest gorsza niż pewność.
Rano zrobiłam śniadanie jak co dzień. Jajka, chleb, herbata z cytryną. Leszek siedział naprzeciwko mnie, jadł, czytał nagłówki w telefonie. W pewnym momencie podniósł głowę i powiedział:
- Ładna pogoda. Może w sobotę pojedziemy gdzieś na spacer?
Patrzyłam na niego - na ten wyprostowany kręgosłup, na schudłą twarz, na ręce, które od pół roku pachniały innym mydłem - i pomyślałam, że jest mi żal. Nie siebie. Jego. Bo cokolwiek on robi w te czwartki, wtorki i soboty, to jest coś, z czym nie potrafił do mnie przyjść. A to znaczy, że gdzieś po drodze, w tych dwudziestu czterech latach, straciliśmy coś, czego oboje nie zauważyliśmy.
- Może - odpowiedziałam. - Może pojedziemy.
Ten paragon nadal leży w kieszeni mojego fartucha. Codziennie go dotykam. I codziennie decyduję, że jeszcze nie dziś.
var adsinserter = adsinserter || {};
adsinserter.tags = ['fulladsnew'];