Po smierci mamy brat zaproponowal, zebysmy podzielili sie jej rzeczami "po sprawiedliwosci". Przyjechal z przyczepka i zabral meble, telewizor, a nawet zamrazarke z piwnicy. Mnie zostal karton ze starymi listami i jej ksiazka kucharska.

Wieczorem, przegladajac te listy, znalazlam miedzy stronami ksiazki cztery zalakowane koperty z naszymi imionami i data sprzed dziesieciu lat.

- Krystyna, ja to wszystko biorę, bo mam gdzie postawić - powiedział Andrzej, stojąc przy otwartej przyczepce. - Ty mieszkasz w kawalerce, i tak byś nie zmieściła.

Nie odpowiedziałam. Patrzyłam, jak ładuje meblościankę mamy - tę samą, przy której odrabiałam lekcje, przy której mama kroiła jabłka na szarlotkę, przy której tata czytał gazetę wieczorami. Andrzej owijał ją kocem, żeby nie porysować. Swoją przyczepkę, nie meblościankę.

Mama umarła w marcu, trzy tygodnie po swoich osiemdziesiątych urodzinach. Zdążyłyśmy jeszcze razem upiec sernik na tę okazję - ja ucierałam twaróg, ona stała obok i powtarzała, że za dużo cukru daję. Miała rację. Zawsze miała rację w kwestii sernika.

Przez trzydzieści lat pracowałam w aptece na Starym Rynku w Płocku, wydawałam leki, liczyłam krople, uśmiechałam się do pacjentów. Andrzej wyjechał do Wrocławia zaraz po studiach, zrobił karierę w jakiejś firmie budowlanej, kupił dom z ogrodem, dwa samochody. Przyjeżdżał do mamy na święta. Czasem na Dzień Matki, jeśli nie miał delegacji.

To ja dzwoniłam do mamy codziennie. To ja w soboty woziłam jej zakupy na czwarte piętro bez windy. To ja siedziałam z nią na izbie przyjęć, kiedy złamała nadgarstek na oblodzonym chodniku. Andrzej wtedy napisał SMS-a: "Trzymaj się, mamuś."

Przyjechał trzy dni po pogrzebie. Z przyczepką.

- Nie będziemy się przecież kłócić o rzeczy mamy - powiedział tonem, jakby recytował coś przygotowanego w głowie na drogę z Wrocławia. - Podzielimy się po sprawiedliwości. Co chcesz?

Stałam w mieszkaniu mamy i patrzyłam na ściany, na których zostały jasne prostokąty po zdjęciach - bo zdjęcia Andrzej już zdjął i zapakował do pudła. Na podłodze leżał ślad po dywanie. W kuchni brakowało kuchenki - "bo moja żona potrzebuje do letniskowego".

- Weź, co chcesz - powtórzył.

Wzięłam karton. W środku były stare listy mamy do taty z czasów, kiedy tata pracował na budowie w Gdańsku. Zeszyt z przepisami babci. I książka kucharska mamy - ta gruba, w płóciennej okładce, z zakładkami z gazety.

Andrzej spojrzał na karton i chyba odetchnął z ulgą, że nie chcę telewizora.

Wieczorem siedziałam w swojej kawalerce na Podolszycach i piłam herbatę z cytryną, tak jak mama - zawsze z cytryną, nigdy z cukrem. Otworzyłam książkę kucharską. Między przepisem na bigos a zupą grzybową wypadły cztery koperty.

Białe, z grubego papieru. Każda zalakowana czerwonym woskiem. Takim, jaki mama kupowała w sklepie papierniczym na rogu - pamiętałam, bo jako dziecko uwielbiałam patrzeć, jak go topi nad świeczką.

Na każdej kopercie inne imię, napisane starannym pismem mamy. "Krystyna". "Andrzej". "Dla Oli" - to wnuczka Andrzeja. "Dla tego, kto znajdzie".

Data: marzec 2016. Dziesięć lat temu.

Ręce mi się trzęsły. Odłożyłam swoją kopertę i wzięłam tę z napisem "Dla tego, kto znajdzie". Złamałam lak.

W środku był jeden arkusz, zapisany drobnym pismem. Mama pisała, że wie, jak to będzie po jej śmierci. Że Andrzej przyjdzie po rzeczy, bo "Andrzej zawsze idzie po rzeczy, tak jak jego ojciec szedł po swoje". Że Krystyna weźmie to, co zostanie, bo "Krystyna nigdy nie umie walczyć o siebie i to jest moja wina, bo jej tego nie nauczyłam".

Czytałam to zdanie trzy razy. "Moja wina, bo jej tego nie nauczyłam."

Mama wiedziała. Wiedziała od dziesięciu lat, jak to będzie wyglądać, i nic z tym nie zrobiła. A może właśnie zrobiła - te koperty.

Otworzyłam swoją. W środku był list - dwie strony. Mama pisała, że przeprasza. Że zawsze stawiała Andrzeja na pierwszym miejscu, bo był chłopcem, bo był pierwszy, bo tata tak chciał. Że widzi, jak ja się staram, i że to niesprawiedliwe, że nigdy mi tego nie powiedziała na głos. "Bo ja też nie umiem, Krystyniu. To chyba po mnie masz."

Na dole kartki był numer konta. I zdanie: "Odkładałam po sto złotych miesięcznie od twojej trzydziestki. To nie jest dużo, ale to jest tylko dla ciebie. Andrzej dostał dom po ojcu - ty dostaniesz to."

Nie umiałam oddychać. Zadzwoniłam do banku następnego dnia. Konto istniało. Mama odkładała pieniądze regularnie, co miesiąc, przez dwadzieścia pięć lat. Kwota nie była wielka w skali świata, ale w skali mojej kawalerki na Podolszycach - wystarczyła na wkład własny do mieszkania z prawdziwą sypialnią.

Przez tydzień nosiłam kopertę Andrzeja w torebce. Nie wiedziałam, czy mu ją dać. Co mama mogła napisać do niego? Przeprosiny? Wyrzuty? A może to samo - że go kocha, ale inaczej?

Zadzwoniłam w sobotę wieczorem.

- Andrzej, znalazłam coś w rzeczach mamy. Koperty. Jedna jest do ciebie.

Cisza.

- Jakie koperty?

- Zalakowane. Sprzed dziesięciu lat. Mama je schowała w książce kucharskiej.

Kolejna cisza, dłuższa.

- W tej książce, którą ty wzięłaś?

- Tak. W tej, której ty nie chciałeś.

Nie powiedziałam tego złośliwie. Ale on i tak to usłyszał.

- Przyjadę w przyszłym tygodniu - powiedział cicho.

Nie przyjechał w przyszłym tygodniu. Ani w następnym. Zadzwonił po miesiącu, w niedzielę rano, kiedy smarowałam chleb masłem i słuchałam radia.

- Krystyna, co jest w tej mojej kopercie?

- Nie wiem. Nie otworzyłam.

- Ale w twojej co było?

Nie odpowiedziałam od razu. Myślałam o mamie, jak siedzi przy stole i pisze te listy, każdy do kogo innego, każdy z innym ciężarem. Jak topi lak nad świeczką, przyciska pieczątką - tą mosiężną, z inicjałami babci. Jak chowa koperty między przepisami, bo wie, że przepisy trafią do tego, kto naprawdę je czyta.

- Mama przepraszała - powiedziałam w końcu.

- Za co?

- Przyjdź i przeczytaj swoją.

Koperta Andrzeja leży na mojej półce, obok serwetek szydełkowych, które zabrałam z mieszkania mamy, bo Andrzej powiedział, że "po co mu stare serwetki". Koperta Oli też tam leży - dam jej, jak skończy osiemnaście lat.

Czasem wieczorem patrzę na te koperty i myślę, że mama była mądrzejsza, niż ktokolwiek z nas podejrzewał. Wiedziała, że Andrzej weźmie meble. Wiedziała, że ja wezmę karton. I wiedziała, że to, co naprawdę ważne, zmieści się w kopercie.

Andrzej wciąż nie przyjechał. Ale dzwoni częściej. Nie mówi o kopercie, ja też nie. Rozmawiamy o pogodzie, o cenach w sklepach, o tym, że na cmentarzu trzeba będzie posadzić nowe bratki przed pierwszym listopada.

Może kiedyś przyjedzie. Może otworzy swoją kopertę i dowie się, co mama chciała mu powiedzieć. A może już się domyśla i dlatego nie jedzie.

Nie wiem, co jest gorsze - nie wiedzieć czy domyślać się. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];