Kiedy po sześćdziesiątce kupiłam używany rower, córka pukała się w czoło. W sobotę przejechałam czterdzieści kilometrów nad jezioro z grupą takich "starych wariatek" jak ja. Wczoraj córka zadzwoniła - zapytać, czy w niedzielę może jechać z nami.
Gdyby mi ktoś rok temu powiedział, że będę wstawać o szóstej w sobotę, żeby jechać rowerem nad jezioro z kobietami, które razem mają ponad trzysta lat - roześmiałabym się i wróciła do swoich krzyżówek. Ale rok temu byłam innym człowiekiem. Rok temu chodziłam tą samą trasą co dzień: dom, sklep, cmentarz, dom. I myślałam, że tak już będzie.
Tadeusz odszedł trzy lata wcześniej. Rak trzustki, cztery miesiące od diagnozy do końca. Trzydzieści osiem lat razem i nagle - cisza. Taka cisza, od której bolą uszy. Przez pierwszy rok córka Magda przyjeżdżała co drugi dzień. Gotowała obiady, wynosiła śmieci, zawoziła mnie na zakupy. W drugim roku przyjeżdżała raz w tygodniu. W trzecim - dzwoniła.
Nie mam jej tego za złe. Ma swoje życie, dwoje dzieci, pracę w urzędzie miasta tutaj w Olsztynie, męża, który wraca z pracy zmęczony. Nie może niańczyć matki do końca świata. Rozumiałam to. Ale zrozumienie nie chroni przed tym, że o czwartej po południu człowiek siada na kanapie i nie ma po co wstać.
Przez czterdzieści lat szyłam. Najpierw w zakładzie krawieckim przy Kościuszki, potem u siebie - przeróbki, sukienki komunijne, garsonki dla pań z sąsiedztwa. Maszyna Singer stała w pokoju, który Tadeusz nazywał "ministerstwem igieł". Po jego śmierci przestałam brać zlecenia. Ręce niby sprawne, ale nie miałam do tego serca. Maszyna stała przykryta ceratą jak jeszcze jeden mebel w mieszkaniu, w którym jest za dużo mebli i za mało ludzi.
Rower zobaczyłam w maju, na tablicy ogłoszeń w Żabce. Kartka napisana długopisem, krzywo: "Sprzedam rower damski, mało używany, 250 zł". I numer telefonu. Stałam z mlekiem w jednej ręce i bułkami w drugiej i patrzyłam na tę kartkę jak na coś, co nie powinno mnie obchodzić. Ale zapisałam numer.
Przez trzy dni telefon leżał na stole z tym numerem na karteczce obok. Trzy razy podnosiłam słuchawkę. Za pierwszym razem odłożyłam po dwóch sygnałach. Za drugim ktoś odebrał, ale się rozłączyłam. Za trzecim - pan Władek z drugiego końca miasta powiedział, że rower jest, że mogę przyjechać obejrzeć, i że żona go kupiła dwa lata temu, przejechała raz do parku i stwierdziła, że woli spacery.
Pojechałam autobusem. Rower był niebieski, z koszykiem z przodu i siodełkiem, które wyglądało jak kawałek chmury - takie szerokie i miękkie. Pan Władek pokazał mi, jak zmieniać biegi. Dałam mu dwieście pięćdziesiąt złotych, a on pomógł mi wynieść rower na klatkę schodową, bo nie mieścił się w autobusie i musiał po mnie przyjechać wnuk z samochodem.
Magda dowiedziała się następnego dnia.
- Mamo, ty chyba żartujesz - powiedziała, stojąc w progu mojego mieszkania i patrząc na rower oparty o ścianę w przedpokoju. - Masz sześćdziesiąt dwa lata.
- Wiem, ile mam lat. Byłam przy tym - odpowiedziałam, nalewając jej herbatę.
- Ale po co ci rower? Gdzie ty będziesz jeździć? Przecież się przewrócisz. Złamiesz biodro i co wtedy?
- Wtedy zadzwonię po karetkę. Umiem dzwonić po karetkę.
Pukała się w czoło. Dosłownie - pokazała palcem na swoją skroń i pokręciła głową. Jakbym jej powiedziała, że wybieram się na spadochron, a nie na rower.
Pierwsze dwa tygodnie jeździłam po osiedlu. Wolno, trzymając się prawej strony, z bijącym sercem na każdym zakręcie. Mięśnie nóg bolały tak, że wieczorem nie mogłam wejść po schodach. Ale rano wstawałam i znowu jechałam. Dookoła bloku, potem do parku, potem nad Łynę. Każdy dzień kawałek dalej.
Na ławce nad rzeką spotkałam Halinę. Siedziała z rowerem opartym o drzewo i piła wodę z butelki. Była ode mnie starsza - jak się okazało, miała sześćdziesiąt siedem lat. Spytała, czy jadę daleko. Powiedziałam, że to zależy, jak daleko wytrzymają mi kolana.
Halina się roześmiała. Takim śmiechem, jaki mają ludzie, którym jest dobrze z samymi sobą.
- Jeździmy w soboty - powiedziała. - Ja, Krysia, Bożena, czasem Ewa. Trasy po dwadzieścia, trzydzieści kilometrów. Żadnych wyścigów. Jak ktoś chce stanąć - stajemy. Jak ktoś chce loda - kupujemy loda.
Następną sobotę jechałam z nimi. Cztery kobiety po sześćdziesiątce, na rowerach w różnym stanie, w kurtkach od deszczu i z plecakami pełnymi kanapek. Krysia miała dzwonek w kształcie kota. Bożena miała na ramie naklejkę "jadę wolno, ale jadę".
Ewa miała rower trekingowy - najdroższy z nas wszystkich - i opowiadała, że kupiła go po rozwodzie, za pieniądze, które mąż zostawił w szufladzie na "wspólne wakacje", na które nigdy nie pojechali.
Jechałyśmy ścieżką rowerową wzdłuż Łyny, potem polnymi drogami, potem przez las. Zatrzymywałyśmy się co pół godziny. Piłyśmy wodę. Jadłyśmy jabłka. Halina opowiadała o wnuku, który gra w szachy i wygrywa turnieje. Krysia narzekała na ciśnienie. Bożena milczała, bo Bożena generalnie milczy i słucha, a potem pod koniec trasy powie jedno zdanie, które trafia w sedno.
Tamtego pierwszego dnia przejechałyśmy dwadzieścia dwa kilometry. Nie czterdzieści. Dwadzieścia dwa - i byłam z siebie dumna jak z matury.
Magda nic nie wiedziała. Nie powiedziałam jej, bo nie chciałam słuchać kolejnego wykładu o biodrach. W tygodniu jeździłam sama, w soboty z dziewczynami. Tak to nazywałyśmy - "dziewczyny" - i żadna się nie śmiała, choć najmłodsza miała sześćdziesiąt, a najstarsza prawie siedemdziesiąt.
Z tygodnia na tydzień trasy były dłuższe. Dwadzieścia pięć kilometrów. Trzydzieści. Trzydzieści pięć. Kupowałyśmy sobie lody na stacjach benzynowych i rozmawiałyśmy o rzeczach, o których nie rozmawiałam z nikim od lat.
O tym, jak wygląda samotność o czwartej po południu. O tym, że wnuki rosną i przyjeżdżają coraz rzadziej. O tym, że ciało słabnie, ale nie musi słabnąć tak szybko, jak nam się wydawało. Ewa powiedziała kiedyś: "ja się na tym rowerze znowu czuję, jakbym dokądś jechała, a nie czekała".
W zeszłą sobotę przejechałyśmy czterdzieści kilometrów. Do jeziora Ukiel, bo Halina powiedziała, że tam jest plaża, gdzie nikt nie patrzy, czy masz cellulit, bo wszyscy mają. Zabrałyśmy kanapki z serem i pomidorem, termos z herbatą i koc. Siedziałyśmy na brzegu z bosymi stopami w wodzie i Bożena powiedziała to swoje jedno zdanie: "Nikomu z nas nie jest lepiej niż tu, teraz".
I miała rację. Nie było mi tak dobrze od lat.
Wróciłam do domu zmęczona, opalona, z trawą we włosach i z mięśniami, które krzyczały. Włożyłam rower do przedpokoju i usiadłam w kuchni. I wtedy zobaczyłam, że na stole leży kubek po kawie, którego nie zostawiałam. I kartka od Magdy: "Byłam, nie było cię. Dzwoniłam, nie odbierałaś. Gdzie jesteś? Martwię się."
Oddzwoniłam. Magda była zła.
- Mamo, gdzie byłaś cały dzień? Myślałam, że ci się coś stało.
- Byłam nad jeziorem.
- Nad jakim jeziorem? Z kim?
- Na rowerze. Z koleżankami.
Cisza. Taka cisza, po której wiem, że Magda próbuje się nie zdenerwować.
- Z jakimi koleżankami, mamo?
Opowiedziałam jej. O Halinie, o Krysi z dzwonkiem w kształcie kota, o Bożenie, o Ewie. O czterdziestu kilometrach. O kanapkach na plaży. O bosych stopach w wodzie.
Magda milczała długo. Myślałam, że znowu puknie się w czoło. Że powie coś o biodrach, o słońcu, o tym, że powinnam siedzieć w domu i robić na drutach.
- Czterdzieści kilometrów? - zapytała w końcu.
- Czterdzieści.
- Na tym niebieskim rowerze z koszykiem?
- Na tym samym.
Znowu cisza. A potem usłyszałam coś, czego się nie spodziewałam. Śmiech. Cichy, zduszony, jakby Magda próbowała go ukryć, ale nie potrafiła.
- Mamo, ty jesteś niemożliwa - powiedziała, a w jej głosie nie było pretensji. Był podziw.
Wczoraj zadzwoniła wieczorem. Głos miała dziwnie nieśmiały, jakby chciała mnie o coś poprosić i nie wiedziała, jak zacząć.
- Mamo, słuchaj... ta wasza niedzielna trasa, to ta krótsza, tak?
- W niedzielę nie jeździmy. Jeździmy w soboty.
- No to w sobotę. Mogłabym z wami pojechać? Tylko nie mam roweru.
- Magda, masz dwa puste pokoje, w jednym stoi rowerek Zosi z piątej klasy.
- Mamo, to rower dla dziecka.
- To kup sobie rower. W Żabce przy Kościuszki wisi ogłoszenie - rower damski, mało używany, dwieście pięćdziesiąt złotych.
Magda się roześmiała. I ja się roześmiałam. I przez chwilę obie śmiałyśmy się w słuchawki jak idioty, jak się śmieją ludzie, którzy odkrywają, że są do siebie podobniejsi, niż im się wydawało.
W sobotę jedziemy we cztery plus jeden. Halina powiedziała, że zrobi dodatkowe kanapki. Krysia obiecała, że da Magdzie dzwonek zapasowy - w kształcie żaby.
Mam sześćdziesiąt dwa lata. Bolą mnie kolana po każdej trasie. Ranek po czterdziestu kilometrach wygląda tak, że ze schodów schodzę tyłem. Ale jadę. I dokądś jadę - nie tylko rowerem.
Cerata z maszyny Singer zdjęłam w zeszłym tygodniu. Nie wróciłam do szycia - jeszcze nie. Ale maszynę odkurzyłam i postawiłam bliżej okna. Na wypadek, gdyby mi się zachciało. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];