W rodzinnym czacie, gdzie umawiamy się na niedzielne obiady, mąż napisał o 23:10: "Tęsknię, śpij dobrze". Po chwili zniknęło - "ta wiadomość została usunięta". W czacie jest tylko nas czworo: ja, on i dwie córki.
- Mamo, widziałaś to? - Ola zadzwoniła o dwudziestej trzeciej dwadzieścia. Głos miała taki, jakby właśnie przełknęła coś gorącego.
Nie widziałam. Znaczy - widziałam powiadomienie na ekranie, ale akurat suszyłam włosy i pomyślałam, że Bogdan znowu wrzuca zdjęcie zupy. Lubił to robić - gotował, fotografował, pytał dziewczyny, czy chcą przepis. Nasz rodzinny czat żył głównie jedzeniem, kłótniami o terminy obiadów i zdjęciami kota Oli.
- Jakie "to"? - zapytałam, siadając na brzegu wanny.
- Tata napisał "Tęsknię, śpij dobrze". I usunął. W naszym czacie, mamo. W rodzinnym.
Cisza. Słyszałam, jak Ola oddycha. Czekała, aż powiem coś mądrego. Coś, co matka powinna powiedzieć w takiej chwili. Ale ja siedziałam na brzegu wanny w szlafroku i czułam, jak zimne kafelki wgryzają mi się w uda.
- Może się pomylił - powiedziałam. - Może to było do mnie.
- Mamo. O dwudziestej trzeciej dziesiątej. Usunięte po trzydziestu sekundach. Do ciebie by napisał normalnie, na wasz prywatny czat.
Miała rację. Bogdan nigdy nie pisał mi "tęsknię". Po dwudziestu ośmiu latach małżeństwa pisał "kup mleko", "będę później", "dzwonił hydraulik". Dwadzieścia osiem lat. Dwadzieścia osiem lat wspólnego łóżka, wspólnych rachunków, wspólnych świąt, wspólnej nudy - i ani jednego "tęsknię" w prywatnej wiadomości.
Bogdan spał w sypialni. Albo udawał, że śpi. Telewizor był wyłączony, a on leżał na boku, tyłem do drzwi. Tak samo leżał od lat - tyłem do mnie, z kolanem wysuniętym spod kołdry. Położyłam się obok. Nie zapytałam. Jeszcze nie.
Pracuję jako kasjerka w banku we Włocławku od dziewiętnastu lat. Znam się na cierpliwości. Wiem, jak czekać - na system, na klienta, na koniec zmiany. Czekanie jest moją specjalnością. Postanowiłam zaczekać.
Rano Bogdan zrobił jajecznicę. Jak co sobotę. Pokroił szczypiorek, posypał pieprzem, postawił przede mną talerz. Normalny poranek normalnego małżeństwa. Kawy, chleb, masło, ser żółty w plasterkach. Radio grało w tle coś o pogodzie.
- Dobrze spałaś? - zapytał, nie patrząc na mnie.
- Mhm.
Patrzyłam na jego ręce. Te same ręce, które wczoraj wieczorem napisały do kogoś "tęsknię, śpij dobrze". Duże, szerokie dłonie z obrączką na serdecznym palcu. Obrączka trochę wrosła w skórę po tylu latach - nie dałoby się jej zdjąć bez mydła.
Kaśka, młodsza córka, nie dzwoniła. Zadzwoniła dopiero w poniedziałek.
- Mamo, pogadałyśmy z Olą. Nie rób nic pochopnego. Może to naprawdę pomyłka. Tata jest taki nieogarny z tym telefonem.
Tata był nieogarny z telefonem trzy lata temu. Od kiedy przeszedł na wcześniejszą emeryturę z fabryki i zaczął chodzić na Nordic walking z grupą z domu kultury, jakoś się ogarnął. Zdjęcia wrzucał wyraźne, emotikony używał celnie, a ostatnio nawet nauczył się nagrywać krótkie filmiki.
- Nie robię nic pochopnego - powiedziałam Kaśce. I to była prawda. Nie robiłam nic. Zupełnie nic. Chodziłam do pracy, wracałam, gotowałam, prałam, wieszałam na suszarce. Bogdan chodził na swój Nordic walking we wtorki i czwartki, a w środy jeździł na działkę. Normalność. Tyle że ta normalność teraz wyglądała jak scenografia - drewniane meble, firanki w kwiaty, wazon na komodzie - wszystko na swoim miejscu, a jednak wszystko jakby przesunięte o centymetr.
Przez dwa tygodnie nie sprawdzałam jego telefonu. Nie dlatego, że mi na nim nie zależało - dlatego, że się bałam. Bałam się, że znajdę. I bałam się, że nie znajdę i zostanę z tą wiadomością jak z kamieniem, który za ciężki, żeby podnieść, i za duży, żeby obejść.
W trzecim tygodniu Bogdan zostawił telefon na blacie w kuchni. Poszedł pod prysznic. Słyszałam wodę. Telefon leżał ekranem do góry, czarny, wygaszony. Wystarczyło dotknąć. Znałam jego kod - rok urodzenia Kaśki, od lat ten sam.
Nie dotknęłam.
Zamiast tego zadzwoniłam do Zosi. Zosia to moja koleżanka z banku, starsza ode mnie o siedem lat, dwa rozwody za sobą, jedna z tych kobiet, które wszystko widziały i niczemu się nie dziwią.
- Bożena - powiedziała spokojnie - telefon ci niczego nie powie. Znaczy powie, ale nie to, co chcesz wiedzieć. Chcesz wiedzieć, czy cię kocha. A w telefonie znajdziesz co najwyżej, czy kocha kogoś innego. To nie to samo pytanie.
Siedziałam w zapleczu za okienkami, między segregatorami i pustymi kubkami po kawie, i płakałam. Cicho, żeby nikt nie słyszał. W banku nie wypada płakać głośno.
Zosia miała rację. To nie było to samo pytanie.
W czwartym tygodniu podjęłam decyzję. Nie sprawdzę telefonu. Zapytam wprost. Jak dorosła kobieta, która ma pięćdziesiąt cztery lata i prawo wiedzieć, z kim żyje pod jednym dachem.
Wybrałam czwartek. Bogdan wrócił z Nordic walking różowy na twarzy, pachnący wiatrem i kremem przeciwsłonecznym. Maj był wyjątkowo ciepły. Usiadł przy kuchennym stole, nalał sobie wody z dzbanka.
- Bogdan, muszę cię o coś zapytać.
Popatrzył na mnie. Spokojnie, jak człowiek, który nie wie, co zaraz usłyszy. Albo jak człowiek, który doskonale wie i od miesiąca czeka.
- Tamta wiadomość w rodzinnym czacie. "Tęsknię, śpij dobrze". Do kogo to było?
Odstawił szklankę. Powoli, ostrożnie, jakby bał się, że pęknie. Przez chwilę patrzył na swoje dłonie. Te duże, szerokie dłonie z obrączką.
- Do Moniki - powiedział cicho.
Monika. Nie znałam żadnej Moniki. Nikt w naszym otoczeniu nie miał na imię Monika.
- Chodzi z nami na Nordic walking. Od jesieni.
Od jesieni. Osiem miesięcy. Przez osiem miesięcy mój mąż spotykał kogoś dwa razy w tygodniu, i jedyne, co zauważyłam, to że zaczął częściej zmieniać skarpetki.
Nie krzyczałam. Nie płakałam. Zapytałam:
- Kochasz ją?
Bogdan podniósł wzrok. W jego oczach zobaczyłam coś, czego nie widziałam od lat - strach. Nie przede mną. Przed odpowiedzią.
- Nie wiem - powiedział. - Naprawdę nie wiem, Bożena.
I to było najgorsze. Gdyby powiedział "tak" - wiedziałabym, co robić. Gdyby powiedział "nie, to nic takiego" - mogłabym udawać, że wierzę. Ale "nie wiem" to odpowiedź, z którą nie da się nic zrobić. "Nie wiem" to otwarte drzwi, przez które ciągnie.
Przez następne dni Bogdan spał w salonie. Sam się przeniósł, bez proszenia. Chodził na palcach, robił zakupy, gotował obiady, których nie jedliśmy razem. Ja jadłam w kuchni, on w salonie, przed telewizorem z wyłączonym dźwiękiem.
Ola dzwoniła co drugi dzień. Kaśka napisała długą wiadomość, że mamy iść na terapię. Terapię. Dwoje ludzi po pięćdziesiątce, z Włocławka, którzy całe życie rozwiązywali problemy przy kuchennym stole albo nie rozwiązywali ich wcale - mają iść na terapię. Nie powiedziałam nie. Nie powiedziałam tak. Powiedziałam "zobaczymy", co w naszej rodzinie od zawsze oznaczało "nie teraz".
Minął miesiąc. Pewnego wieczoru weszłam do salonu po książkę, którą zostawiłam na parapecie. Bogdan leżał na kanapie, nie spał. Patrzył w sufit.
- Bożena - powiedział. - Przepraszam. Nie za Monikę. Za to, że przez dwadzieścia osiem lat ani razu nie napisałem ci "tęsknię".
Stałam z książką w ręce. Na okładce kobieta patrzyła w morze. Jeden z tych romansów, które czytam wieczorami, bo w nich wszystko jest proste - ktoś kogoś kocha, ktoś kogoś traci, ktoś kogoś odzyskuje. W życiu nic nie jest takie proste.
- Ja też przepraszam - powiedziałam. Nie wiedziałam dokładnie za co. Może za te wszystkie lata, kiedy normalność wystarczała nam za bliskość.
Nie wróciłam na kanapę do salonu. Nie zaprosiłam go do sypialni. Poszłam do kuchni, zrobiłam dwie herbaty i jedną postawiłam na stoliku obok jego kanapy. Bez słowa.
To nie było przebaczenie. To nie było pojednanie. To była herbata. Czasem herbata to jedyne, na co cię stać, kiedy słowa są albo za duże, albo za małe.
Do dziś nie wiem, co zrobię. Bogdan nie chodzi już na Nordic walking - sam zrezygnował. Nie pytałam o Monikę. Może kiedyś zapytam. Może nie. Może pewnego dnia obudzę się i będę wiedziała, czy chcę zostać, czy odejść. Na razie stawiam dwie herbaty wieczorem - jedną dla siebie, jedną na stoliku w salonie.
W rodzinnym czacie znowu jest spokojnie. Zdjęcia kota, przepisy na sernik, pytania o niedzielny obiad. Nikt nie wspomina o tamtej wiadomości. Ale wszyscy wiemy, że tam była.
Niektóre wiadomości można usunąć z czatu. Z głowy - nie. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];