Wzięłam telefon męża ze stolika, bo mój się rozładował. Na ekranie była otwarta mapa z trasą do Kołobrzegu. Mąż mówił, że jutro jedzie do szwagra pod Łódź. Kołobrzeg jest w drugą stronę.

Mój telefon leżał na kuchennym blacie, martwy jak kamień. Wcisnęłam ładowarkę, ale nic - kabel znowu się psuł w tym samym miejscu, tuż przy złączu. Bogdan siedział w łazience, a ja potrzebowałam sprawdzić, o której rano przyjdzie kurier z paczką dla córki. Wzięłam jego telefon ze stolika w przedpokoju. Ekran zaświecił się od razu, bez blokady.

Na ekranie była otwarta mapa. Trasa z Częstochowy. Ale nie do Piotrkowa, nie pod Łódź, gdzie mieszkał szwagier Tadek. Niebieska linia ciągnęła się przez Kalisz, Poznań i dalej na północ. Do Kołobrzegu.

Stałam z tym telefonem w ręku i przez kilka sekund po prostu nie rozumiałam. Bogdan od tygodnia powtarzał, że w sobotę jedzie do Tadka pomóc przy garażu. Że weźmie wiertarkę i ten zestaw kluczy nasadowych, który Tadek prosił. Że wróci w niedzielę wieczorem. Łódź to jakieś dwie godziny. Kołobrzeg - sześć. W drugą stronę.

Usłyszałam szum wody w łazience i odłożyłam telefon dokładnie tam, gdzie leżał. Potem stałam przy oknie i patrzyłam na podwórko, na plac zabaw, którego nikt nie używał od lat, bo dzieci z naszego bloku dawno wyrosły z huśtawek. Czułam się tak, jakby ktoś przesunął mi meble w głowie o dwa centymetry w lewo - niby wszystko na miejscu, a jednak nie można przejść.

Mam na imię Jolanta, mam pięćdziesiąt osiem lat i od trzydziestu jestem z Bogdanem. Trzydzieści lat to dużo czasu. Wystarczająco, żeby przestać zadawać pytania o rzeczy, na które się nie chce znać odpowiedzi. Pracuję w szkole podstawowej na Rakowie - uczę matematyki, trzecia i czwarta klasa. Dzieci w tym wieku wierzą, że dwa plus dwa zawsze równa się cztery. Ja też kiedyś wierzyłam.

Bogdan wyszedł z łazienki, minął mnie w korytarzu. Pachniał tym samym żelem pod prysznic co zawsze - sosnowym, z Rossmanna, tym w zielonej butelce za kilkanaście złotych.

- Kurier ma przyjść między dziesiątą a dwunastą - powiedział, jakby czytał w moich myślach. - Sprawdziłem na swoim telefonie.

- Dzięki - odpowiedziałam.

I tyle. Normalny wieczór. Rosół odgrzany z wczoraj, wiadomości w telewizji, Bogdan przy laptopie w pokoju, ja z zeszytami na kanapie. Tyle że ja już nie sprawdzałam wypracowań, tylko patrzyłam na niego przez otwarte drzwi i myślałam o Kołobrzegu.

W nocy nie spałam. Leżałam na plecach i słuchałam, jak Bogdan oddycha - równo, spokojnie, tak jak człowiek, który nie ma nic na sumieniu. Albo który nauczył się z tym sypiać. O trzeciej wstałam po wodę. Jego telefon leżał na stoliku w przedpokoju, podłączony do ładowarki. Kod blokady - nasz stary numer mieszkania, 37. Nigdy go nie zmienił.

Otworzyłam historię wyszukiwania. "Pensjonat Albatros Kołobrzeg", "pokój dwuosobowy z widokiem na morze", "restauracja Kołobrzeg blisko promenady". Rezerwacja na sobotę i niedzielę. Pokój dwuosobowy. Nie jednoosobowy. Dwuosobowy.

Zamknęłam telefon i wróciłam do łóżka. Nogi mi się trzęsły, ale nie z zimna.

Rano Bogdan wstał o szóstej, tak jak zawsze przed dłuższą trasą. Pakował się spokojnie - wiertarka, klucze nasadowe, torba sportowa, termos z kawą. Pocałował mnie w czoło. Powiedział - wrócę w niedzielę, najdalej o ósmej. Zatrzasnęły się drzwi.

Stałam w oknie i patrzyłam, jak jego srebrna Octavia wyjechała z parkingu. Potem usiadłam przy stole i zrobiłam sobie herbatę. Zwykłą, czarną, z cytryną. Piłam ją małymi łykami i myślałam, co teraz.

Mogłam zadzwonić do Tadka. Zapytać - hej, Tadek, Bogdan już dojechał? I usłyszeć ciszę, i wiedzieć na pewno. Ale ja nie chciałam wiedzieć na pewno. Jeszcze nie. Bo dopóki nie wiedziałam na pewno, mogłam sobie wmówić, że może to pomyłka. Może szukał czegoś dla kogoś. Może pensjonat dla kolegi z pracy.

Pokój dwuosobowy z widokiem na morze. Dla kolegi z pracy.

Zadzwoniłam do siostry. Nie powiedziałam jej dlaczego, tylko zapytałam, czy nie chce wpaść na kawę. Krysia przyjechała po godzinie, z sernikiem z Biedronki i pytaniem, co się stało, bo w moim głosie słyszała coś dziwnego. Powiedziałam - nic, po prostu cicho tu bez Bogdana. Krysia patrzyła na mnie uważnie, ale nie naciskała. Znamy się czterdzieści lat. Wie, kiedy naciskać, a kiedy milczeć.

Po południu zrobiłam to, czego się bałam. Otworzyłam laptopa Bogdana - hasło to imię naszego psa, Reksio, duża litera, dwójka na końcu. Na poczcie znalazłam potwierdzenie rezerwacji. Pensjonat Albatros, pokój numer 12, dwie osoby, nazwisko: Kowalczyk. Bogdan Kowalczyk i Elżbieta Maciejewska.

Elżbieta Maciejewska. Nie znałam tego nazwiska. Wpisałam je w wyszukiwarkę, ale nic sensownego nie wyskoczyło - zwykłe wyniki, nic z Częstochowy. Potem przeszłam do wiadomości na telefonie - i tam ją znalazłam.

W komunikatorze, który Bogdan ustawił tak, że powiadomienia nie wyskakiwały na ekranie. Trzy miesiące rozmów. Nie setki wiadomości - może po dwie, trzy dziennie. Krótkie, spokojne. "Dobranoc, Ela." "Jutro mam wolne po południu." "Kupiłem tę herbatę, co ci smakowała." Ta herbata mnie zatrzymała. Bogdan nigdy nie kupował herbaty. Ja kupowałam herbatę.

Usiadłam na podłodze w przedpokoju, z plecami opartymi o szafkę na buty, i płakałam tak cicho, jak umiałam. Nie dlatego, że Bogdan miał kogoś. Dlatego, że kupował jej herbatę. Że pisał "dobranoc". Że to nie był jakiś incydent, pijana noc na delegacji, głupota, którą można wymazać. To była codzienność. Równoległa codzienność, z herbatą i dobranockami, gdzieś obok naszej.

Bogdan wrócił w niedzielę o wpół do ósmej. Pachniał morzem. Nie sosnowym żelem - morzem. Solą, wiatrem, czymś, co nie istnieje pod Łodzią w garażu szwagra.

- Jak tam Tadek? - zapytałam z kuchni.

- Dobrze. Garaż prawie skończony. - Postawił torbę przy drzwiach. - Zmęczony jestem.

- Bogdan - powiedziałam. - W Kołobrzegu też mają garaże?

Cisza. Taka cisza, w której słyszysz lodówkę, zegar na ścianie, psa sąsiadów za ścianą. Bogdan stał w korytarzu z kurtką w ręku i patrzył na mnie. Nie ze strachem - raczej z czymś, co wyglądało jak ulga. Jakby czekał, aż ktoś powie to na głos.

- Od kiedy? - zapytałam.

- Od sanatorium. W lutym. - Usiadł na krześle w kuchni. - Jolka, ja nie chciałem...

- Nie mów mi, czego nie chciałeś.

Milczeliśmy. On patrzył na swoje ręce, ja na filiżankę po herbacie, która stała na stole od rana. Za oknem ktoś parkował, słychać było pikanie czujników cofania, szczekanie psa, gdzieś dalej muzykę z radia.

- Powiedz mi jedno - odezwałam się w końcu. - Ta herbata, którą jej kupowałeś. Jaka?

Bogdan podniósł głowę. W jego oczach było zdumienie - ze wszystkich pytań, jakich się spodziewał, to nie było na liście.

- Earl grey - powiedział cicho. - Z bergamotką.

Skinęłam głową. My piliśmy zwykłą czarną, z cytryną. Trzydzieści lat zwykłej czarnej z cytryną. A on dla niej kupował earl grey z bergamotką. Jakby z nią był kimś innym. Kimś, kto pije inne herbaty.

Bogdan spał tę noc w pokoju córki. Rano wyjechał do pracy wcześniej niż zwykle. Zostawił na stole kartkę: "Musimy porozmawiać. Przepraszam." Patrzyłam na tę kartkę długo. Na słowo "przepraszam", które wyglądało jak napisane w pośpiechu, trochę krzywo, literą "p" nachyloną w lewo.

Nie wiem jeszcze, co zrobię. Nie wiem, czy chcę słuchać, co powie. Nie wiem, czy chcę wiedzieć, kim jest z nią, skoro ze mną przez trzydzieści lat był Bogdanem od sosnowego żelu i rosołu z wczoraj.

Wiem tylko, że tego wieczoru zrobiłam sobie herbatę. Nie czarną z cytryną. Earl grey, z bergamotką. Kupiłam w drodze z pracy, w tym małym sklepiku przy Jasnogórskiej, nie wiem po co. Może żeby sprawdzić, jak smakuje to inne życie.

Smakowała gorzko. Ale może jeszcze nie zdążyłam się przyzwyczaić. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];