Mama owdowiała dwadzieścia lat temu. Po pogrzebie sprzątałyśmy z siostrą jej mieszkanie: na kubku w łazience stała druga szczoteczka, na haczyku wisiał męski szlafrok. Sąsiadka powiedziała tylko: "Pan Henryk. Myślałam, że panie wiedzą".
Szczoteczka była niebieska. Taka zwykła, z Biedronki, z lekko rozczapierzonymi włoskami - ktoś z niej regularnie korzystał.
Stała w kubku obok maminej, tej zielonej z miękkim włosiem, którą kupowałam jej co trzy miesiące, bo sama nie pamiętała. Dwa kubki nie budziłyby mojego niepokoju. Ale jeden kubek i dwie szczoteczki - to było coś zupełnie innego.
Joanna stała w drzwiach łazienki i patrzyła na ten szlafrok. Granatowy, flanelowy, z lekko przetartymi łokciami. Wisiał na haczyku za drzwiami, jakby właściciel miał wrócić z kuchni z herbatą. Żaden ze szlafroków naszego ojca nie wyglądał tak - tata nosił popielate, zawsze popielate, bo mama je kupowała i mama lubiła ten kolor.
- Joaśka - powiedziałam cicho. - Czyj to jest?
Siostra dotknęła rękawa, jak dotyka się rzeczy, których nie jest się pewnym.
- Może zostawił ktoś z rodziny? Wujek Leszek, jak przyjeżdżał...
- Wujek Leszek nie był u mamy od pięciu lat. I nosi XL-ki, a to jest M.
Joanna cofnęła rękę. Obie stałyśmy w tej ciasnej łazience, w której pachniało lawendową solą do kąpieli i starym mydłem Fa, i nagle nie wiedziałyśmy, co powiedzieć. Mama nie żyła od czterech dni. Leżała na cmentarzu przy Lipowej obok taty, w grobie, który sama wybrała piętnaście lat temu, i nie mogła nam nic wyjaśnić.
Poszłam do kuchni. Na zmywaku stały dwa kubki po kawie, oczywiście - to widziałam już wczoraj, ale wczoraj pomyślałam, że mama piła drugą. Teraz otworzyłam szafkę nad zlewem. Jeden talerz głęboki, jeden płaski - maminych. A obok, trochę z tyłu, jakby ktoś je chował: jeszcze jeden komplet. Inna porcelana, grubsza, bez kwiatków.
Joanna weszła za mną i zobaczyła to samo co ja.
- Sprawdź szafę w sypialni - powiedziałam.
Nie chciałam tam iść. Nie chciałam otwierać drzwi do pokoju, w którym mama spała przez ostatnie dwadzieścia lat sama. Przynajmniej tak myślałam.
Siostra wróciła po trzech minutach. W rękach trzymała dwa krawaty, koszulę w drobną kratkę i szary sweter z łatami na łokciach. Położyła to wszystko na kuchennym stole, obok naszych torebek i kluczy do samochodu, i usiadła.
- Co robimy? - zapytała.
Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo w drzwiach stanęła pani Władzia z naprzeciwka. Przyniosła szarlotkę, jak to na stypę, chociaż stypę urządzałyśmy w restauracji. Postawiła blaszkę na blacie, rozejrzała się po kuchni i zobaczyła tę koszulę na stole. Spojrzała na nas, a potem powiedziała tak, jakby przepraszała za oczywistość:
- Pan Henryk. Myślałam, że panie wiedzą.
I usiadła na krześle przy oknie, jakby to jedno zdanie wystarczyło za całe wyjaśnienie.
Nie wiedziałyśmy.
Nie wiedziałam, że moja matka - Krystyna Barańska, emerytowana nauczycielka chemii z liceum przy Narutowicza, wdowa od dwudziestu lat, babcia czworga wnuków, kobieta, która każdą niedzielę spędzała na mszy o dziewiątej, a każdy pierwszy wtorek miesiąca na spotkaniu Koła Różańcowego - miała kogoś.
Pani Władzia opowiadała powoli, obierając jabłko z blaszki nożem, którego mama używała od trzydziestu lat. Pan Henryk Majewski. Wdowiec, emerytowany geodeta, mieszkał na trzecim piętrze - mama na drugim.
Zaczęło się od tego, że naprawiał mamie cieknący kran. Potem pomagał przy zakupach, bo mama źle chodziła po schodach z ciężkimi siatkami. Potem zostawał na obiad. Potem na noc.
- Od kiedy? - zapytała Joanna takim głosem, jakby przesłuchiwała świadka. Joanna zawsze miała w sobie coś z prokuratora, choć pracowała w księgowości w urzędzie miasta.
- Z dziesięć lat - powiedziała pani Władzia. - Może dwanaście. Na początku chował się, przychodził wieczorami. Potem przestał.
Dziesięć lat. Dwanaście. Dzwoniłam do mamy co drugi dzień. Przyjeżdżałam z Lublina do Tarnowa co miesiąc, czasem częściej. Spałam na rozkładanej kanapie w pokoju, który mama nazywała "pokojem dziewczynek", chociaż żadna dziewczynka nie mieszkała tam od trzydziestu lat. I nigdy - ani razu - nie widziałam męskich kapci, dodatkowego kubka, koszuli w szafie. Mama sprzątała go z mojego życia tak starannie, jak sprzątała kurz z meblościanki.
- Dlaczego nam nie powiedziała? - to było jedyne, co potrafiłam z siebie wydobyć.
Pani Władzia przestała obierać jabłko. Przez chwilę patrzyła w okno, jakby szukała odpowiedzi w koronach lip na podwórku.
- Bo się was bała - powiedziała w końcu. - Mówiła mi: "Władziu, dziewczynki by nie zrozumiały. Miałyby żal do mnie za ojca".
Za ojca. Tata umarł na raka płuc w lutym dwutysięcznego czwartego roku. Trzy miesiące od diagnozy do pogrzebu. Mama chodziła wtedy jak cień, schudła dziesięć kilo, przestała się malować. Przez rok nie włączała telewizora, bo tata lubił wieczorne wiadomości i cisza o dziewiętnastej trzydzieści była łatwiejsza niż dźwięk czołówki bez niego na fotelu.
Byłyśmy wtedy pewne, że mama umrze z tęsknoty. I byłyśmy z tego powodu - to brzmi okropnie, ale to prawda - w jakiś sposób dumne. Bo mama kochała tatę tak, jak powinno się kochać. Do końca i po końcu.
A potem, gdzieś między cieknącym kranem a zakupami z trzeciego piętra, mama zaczęła kochać jeszcze raz.
Wróciłam do domu i nie mogłam spać. Leżałam w ciemności i myślałam o wszystkich telefonach, w których mama mówiła: "U mnie spokojnie, córeczko", "Nic się nie dzieje", "Oglądam serial i idę spać".
Ile razy obok niej siedział pan Henryk, kiedy ja pytałam, co u niej? Ile razy chowała telefon i szeptała do niego: "To Basia"? A może nie szeptała. Może on siedział spokojnie w fotelu i czekał, aż skończę, bo znał ten rytuał.
Joanna zadzwoniła następnego dnia rano. Ja jeszcze nie piłam kawy, a ona już miała plan.
- Musimy z nim porozmawiać - powiedziała. - Z tym Henrykiem. Mieszka na trzecim piętrze, pani Władzia da nam numer.
- I co mu powiesz?
- Zapytam, co łączyło go z naszą matką.
- Joaśka, co łączyło go z naszą matką, to chyba wiesz.
Cisza w słuchawce. Potem Joanna powiedziała coś, czego się nie spodziewałam:
- Wiesz, co mnie najbardziej boli? Nie to, że miała kogoś. To, że nam nie ufała.
Pan Henryk otworzył drzwi w swetrze w jodełkę i kapciach, które wyglądały jak kupione w komplecie z tymi mamowymi. Był drobny, łysiejący, z oczami tak jasnymi, że wyglądały na przezroczyste. Patrzył na nas, jakby wiedział, że przyjdziemy. Pewnie wiedział. Na klatce schodowej wszystko słychać.
- Proszę - powiedział i odsunął się od drzwi.
Jego mieszkanie było lustrzanym odbiciem maminego - ten sam układ, ta sama meblościanka, tylko kolor ścian inny. Na półce stało zdjęcie mamy. Nie w ramce schowanej w szufladzie - na widoku, obok zegara i porcelanowej figurki pasterki. Mama uśmiechała się na tym zdjęciu w sposób, którego nie znałam. Nie ten uśmiech z rodzinnych obiadów, zmęczony i troskliwy. Inny. Lżejszy.
- Kochałem pani mamę - powiedział pan Henryk, zanim zdążyłyśmy usiąść. - Chcę, żeby panie to wiedziały. Nie byłem gościem, nie byłem sąsiadem, który pomaga. Byliśmy razem.
Joanna wyprostowała się na krześle.
- Dlaczego nam nie powiedziała?
Pan Henryk nalał nam herbaty. Miał przygotowane trzy kubki, cukiernicę, talerzyk z delicjami - jakby szykował się na tę rozmowę od miesięcy.
- Prosiłem ją - powiedział. - Wielokrotnie. Szczególnie po tym, jak zachorowałem na serce trzy lata temu i leżałem w szpitalu. Wtedy powiedziałem: "Krysiu, powiedz dziewczynkom, bo jak umrę, to się dowiesz, że one by zrozumiały". Ale ona odpowiedziała... - urwał i przez chwilę patrzył w swój kubek. - Odpowiedziała, że wolałaby mnie stracić niż wasze zdjęcie ojca.
To zdanie wisiało w powietrzu jak dym z papierosa. Joanna zacisnęła usta. Ja poczułam, jak coś mnie ściska w gardle - nie złość, nie żal, tylko takie głębokie zdumienie, że człowiek, którego znasz od urodzenia, może być kimś, kogo w ogóle nie znasz.
- Mam pytanie - powiedziałam. - Czy mama była z panem szczęśliwa?
Pan Henryk odstawił kubek. Jego ręce lekko drżały - nie wiem, czy ze starości, czy z emocji.
- Tak - powiedział. - Była.
Jechałam do Lublina wieczornym pociągiem. Za oknem przesuwały się pola, szare i brązowe, z pierwszymi plamami zieleni. Myślałam o mamie. O tym, jak przez dwadzieścia lat wdowieństwa - oficjalnego, publicznego, z czarną chustką i świecami na grobie - prowadziła drugie życie. Ciche, domowe, zamknięte w dwóch piątrach bloku przy Kościuszki.
I myślałam o tym, czego ja bym się bała bardziej. Tego, że moje córki dowiedzą się, że pokochałam kogoś po śmierci męża? Czy tego, że nie pokochałam nikogo i spędziłam dwadzieścia lat z kubkiem i jedną szczoteczką?
Miesiąc później zawiozłam kwiaty na grób rodziców. Po drodze zajrzałam do mamy na klatkę. Pan Henryk stał na balkonie drugiego piętra - maminym balkonie - i podlewał jej pelargonie. Zobaczył mnie i zamarł z konewką w ręku, jakby przyłapany. Pomachałam mu. Po chwili niepewnie podniósł rękę.
Pelargonie kwitły. Mama by się ucieszyła. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];