Siostra powtarzała, żebym nie dzwoniła do mamy - "tylko ją mylisz, potem pół nocy nie śpi". Na stypie sąsiadka powiedziała, że mama co niedzielę po mszy siadała przy telefonie i czekała, aż zadzwonię. Kartka z moim numerem leżała przy solniczce.

Kartka była mała, wyrwana z notesu w kratkę. Cyfry zapisane drżącą ręką, niebieskim długopisem, niektóre powtórzone dwa razy, jakby mama nie była pewna, czy dobrze zapamiętała. Pani Władzia podała mi ją na stypie, zawiniętą w chusteczkę higieniczną, i powiedziała szeptem:

- Twoja mama w sobotę wieczorem wyciągała tę kartkę z szuflady i kładła przy solniczce. Wkładała okulary, sprawdzała numer i mówiła do mnie: "Jutro Jolka zadzwoni, bo niedziela". W poniedziałek już nie pamiętała, że nikt nie zadzwonił. A w następną sobotę znów wyciągała kartkę.

Stałam z tą kartką w dłoni i nie mogłam oddychać. Mama zapominała coraz więcej - ale tego jednego nie zapomniała. Co tydzień od nowa wierzyła, że zadzwonię.

Nie zadzwoniłam. Przez ostatnie jedenaście miesięcy nie zadzwoniłam ani razu.

Mam na imię Jolanta, przez trzydzieści lat pracowałam w aptece szpitalnej w Lublinie, a mama mieszkała w Tarnobrzegu. Dwie godziny autobusem, przesiadka w Stalowej Woli. Nie koniec świata, ale nie za rogiem - szczególnie kiedy pracujesz na pełen etat i wracasz do pustego mieszkania z kotem, który jedyny nie ma do ciebie pretensji.

Kiedy mama zaczęła zapominać - najpierw imiona sąsiadów, potem dzień tygodnia, potem co jadła na śniadanie - moja starsza siostra Urszula wzięła wszystko na siebie. Zamieszkała z mamą, załatwiała lekarzy, pilnowała leków, gotowała, prała. Ja przyjeżdżałam co dwa tygodnie, dzwoniłam codziennie.

Potem Urszula zaczęła prosić, żebym dzwoniła rzadziej.

- Jolka, wczoraj po twojej rozmowie mama nie spała do trzeciej w nocy - powiedziała mi w lipcu zeszłego roku. Stałyśmy na balkonie maminego mieszkania, mama drzemała w pokoju. - Chodziła po mieszkaniu, pytała, kiedy Jolka przyjedzie, próbowała wyjść na klatkę.

- Ale ja tylko pytałam, co jadła na obiad - powiedziałam.

- Ty dzwonisz i odchodzisz. A ja zostaję z tym, co po tobie zostaje.

Urszula nie krzyczała. Mówiła spokojnie, zmęczonym głosem, pocierając oczy. Miała podkrążone oczy i suche, popękane dłonie od ciągłego prania i sprzątania. I właśnie ten zmęczony głos mnie przekonał.

Przestałam dzwonić codziennie. Potem co drugi dzień. Potem raz w tygodniu. Pod koniec sierpnia Urszula powiedziała wprost:

- Nie dzwoń do niej. Dzwoń do mnie, a ja ci powiem, jak się czuje.

Uwierzyłam. Bo Urszula była tam, na miejscu, codziennie. A ja wsiadałam w autobus i po dwóch godzinach wracałam do swojego życia.

Ale nie odpuściłam od razu. We wrześniu przyjechałam bez zapowiedzi - po prostu wsiadłam w autobus po pracy. Urszula otworzyła drzwi z miną, jakbym przyłapała ją na czymś.

- Mama właśnie zasnęła - powiedziała cicho. - Pielęgniarka dała jej krople na uspokojenie, bo miała ciężki dzień. Nie budź jej, proszę.

Siedziałam w kuchni godzinę, piłam herbatę i patrzyłam na zamknięte drzwi do pokoju mamy. Urszula opowiadała o wizytach u lekarza, o nowych lekach, o tym, że mama coraz rzadziej poznaje sąsiadów. W końcu pojechałam ostatnim autobusem do Lublina. Mamy nie zobaczyłam.

Za drugim razem - w październiku - Urszula uprzedziła mnie telefonicznie.

- Nie przyjeżdżaj w ten weekend, mama ma infekcję, lekarz zabronił odwiedzin.

Pojechałam tydzień później. Mama siedziała w fotelu, uczesana, w czystej bluzce. Kiedy mnie zobaczyła, powiedziała:

- Joleczko, czemu tak dawno nie dzwoniłaś?

Popatrzyłam na Urszulę. Urszula wzruszyła ramionami.

- Widzisz? Potem będzie o tym myślała do rana. Każda wizyta to dwa dni uspokajania.

Mama trzymała mnie za rękę i nie chciała puścić. Kiedy wychodziłam, zapytała:

- Przyjedziesz w niedzielę?

- Przyjadę, mamo - powiedziałam.

Nie przyjechałam. Bo w niedzielę Urszula zadzwoniła i powiedziała, że mama znów miała niespokojną noc, że lepiej poczekać, aż leki zaczną działać, że lekarz mówi o stabilizacji, że jeszcze tydzień, może dwa.

Tydzień zamienił się w miesiąc. Miesiąc w kolejny. Dzwoniłam do Urszuli w niedzielę wieczorem.

- Jak mama?

- Bez zmian. Zjadła trochę rosołu. Jest spokojniejsza.

Święta chciałam przyjechać na wigilię. Urszula powiedziała, że mama nie rozpoznaje już świąt, że choinka ją dezorientuje, że lepiej przyjechać po Nowym Roku, kiedy będzie spokojniej. Po Nowym Roku mama miała grypę. Potem przeziębienie. Potem znowu zły okres.

Zawsze był powód, żeby nie teraz.

Mama umarła w maju, cicho, we śnie. Urszula zadzwoniła rano.

- Jolka, mama odeszła w nocy.

Na pogrzebie stałam obok siostry i czułam tylko drętwienie. Kwiaty, ksiądz, ziemia na trumnie, sąsiadki w ciemnych płaszczach. Wszystko wyglądało tak, jak powinno. Urszula trzymała się prosto, przyjmowała kondolencje, pilnowała porządku - robiła to, co robiła przez cały ostatni rok.

I wtedy na stypie podeszła pani Władzia. Siedemdziesiąt parę lat, chustka na głowie, oczy jak dwa ciemne guziki.

- Joleczko, ja wiem, że to nie moja sprawa - powiedziała. - Ale twoja mama co niedzielę po mszy siadała przy telefonie i czekała na twój telefon.

I opowiedziała mi o tym rytuale. Sobotni wieczór - mama wyciągała kartkę z szuflady, kładła przy solniczce, sprawdzała numer przez okulary. Niedziela - siadała przy stole po powrocie z kościoła i czekała.

Godzinę, czasem dwie. Potem chowała kartkę i szła robić obiad. W poniedziałek nie pamiętała już, że nikt nie zadzwonił. A w następną sobotę wyciągała kartkę znowu. Od nowa. Co tydzień.

- A Urszula? - zapytałam. - Wiedziała o tym?

Pani Władzia spuściła oczy.

- Ula mówiła mamie, że Jolka jest zajęta. Że w pracy mają dużo roboty. Mama kiwała głową i dalej czekała.

Wyszłam na podwórko. Był ciepły majowy wieczór, bzy kwitły przy płocie, gdzieś grała muzyka z otwartego okna. Stałam z kartką w dłoni i próbowałam złożyć to w całość.

Urszula nie kłamała z czystej złośliwości. Wiedziałam to nawet wtedy, z mokrymi oczami na ławce pod klatką schodową. Urszula była z mamą dwadzieścia cztery godziny na dobę. Zmieniała pościel, mierzyła ciśnienie, wstawała w nocy. Rezygnowała z własnego życia, kawałek po kawałku, dzień po dniu. A ja dzwoniłam z Lublina i pytałam, co mama jadła na obiad.

Może Urszula nie mogła znieść, że mama czekała na mój telefon, a nie na jej herbatę. Że przy całej tej opiece, przy wszystkich wyrzeczeniach - to moje imię mama powtarzała, mój numer przepisywała drżącą ręką na kartkę w kratkę.

Może odcinając mnie od mamy, Urszula odcinała jedyne przypomnienie, że opieka to nie to samo co miłość. A może po prostu była tak zmęczona, że chciała mieć mamę tylko dla siebie - bez dzielenia, bez porównań, bez Jolki, która przyjeżdża na dwie godziny i wychodzi czysta.

Nie wiem. Pewnie nigdy się nie dowiem, bo nie zamierzam o to pytać. Są pytania, na które odpowiedź niczego już nie naprawi.

Wróciłam na stypę. Urszula kroiła sernik na równe kawałki, zbierała talerze. Nasze oczy spotkały się na chwilę. Odwróciła wzrok pierwsza.

Zabrałam kartkę do Lublina. Leży u mnie na parapecie w kuchni, między doniczką z bazylią a kubkiem po kawie. Cyfry pisane drżącą ręką, niebieskim długopisem. Mój numer telefonu, który mama co tydzień odczytywała od nowa - i co tydzień od nowa wierzyła, że zadzwonię.

Nie wyrzucam tej kartki. I nie dzwonię do Urszuli. Pewnie obie mamy za to swoje powody. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];