W niedzielę przed mszą mąż podał mi portfel, żebym wyjęła drobne na tacę. Między banknotami był paragon z cukierni w Rynku: dwie kawy, dwa serniki, czwartek, jedenasta. W czwartki o jedenastej mąż chodzi na rehabilitację kolana
Paragon był zmięty, wepchnięty między dwudziestkę a plik jednogroszówek, które Zbyszek zbierał z uporem godnym lepszej sprawy. Dwie kawy, dwa serniki, czwartek, godzina 11:04.
Przez ułamek sekundy pomyślałam, że mąż wstąpił z kolegą po rehabilitacji. Ale rehabilitacja Zbyszka zaczynała się o jedenastej i trwała czterdzieści pięć minut. Fizycznie nie mógł o 11:04 siedzieć w cukierni na Rynku, cztery przystanki od przychodni.
Schowałam paragon do kieszeni żakietu, wyjęłam pięć złotych na tacę i powiedziałam, że wszystko w porządku. W kościele klęczałam, wstawałam, siadałam jak automat. Zbyszek obok mruczał odpowiedzi i raz pogłaskał mnie po dłoni, a ja zacisnęłam palce, żeby ich nie cofnąć.
Mam na imię Danuta, od trzydziestu dwóch lat jestem żoną Zbigniewa. Dwoje dorosłych dzieci - Magda w Krakowie, Bartek pod Rzeszowem. Tarnów, trzecie piętro bloku na osiedlu za torami, z balkonem, z którego widać wieżę ratuszową.
Trzydzieści dwa lata to dużo czasu, żeby nauczyć się drugiego człowieka. Wiedziałam, jak Zbyszek pachnie po pracy w warsztacie, wiedziałam, że kłamie tylko wtedy, kiedy nie patrzy w oczy, i wiedziałam, że w czwartki wychodził z domu punktualnie o dziesiątej trzydzieści, w szarej kurtce i z torbą, w której miał ręcznik i skierowanie.
Tylko że teraz wiedziałam jeszcze jedno.
W poniedziałek zadzwoniłam do przychodni rehabilitacyjnej. Powiedziałam, że jestem żoną pacjenta Zbigniewa Walczaka i chcę potwierdzić termin czwartkowych wizyt. Rejestratorka odparła, że owszem, pan Walczak jest zapisany na czwartki o jedenastej, ale ostatnie trzy wizyty odwołał telefonicznie.
Trzy wizyty. Trzy czwartki. Trzy razy wychodził z domu z torbą i ręcznikiem, mówił - idę na rehabilitację, Danusia - i szedł gdzie indziej.
Nie zapytałam rejestratorki o nic więcej. Podziękowałam, rozłączyłam się i usiadłam przy kuchennym stole z filiżanką kawy, która stygła dwadzieścia minut, bo zapomniałam ją wypić.
Muszę powiedzieć jedną rzecz. Zbyszek nie był złym mężem. Nie pił, nie podnosił głosu, przez trzydzieści lat wracał na obiad. Kiedy Magda miała zapalenie płuc w trzeciej klasie, spał na krześle przy jej łóżku trzy noce z rzędu.
Kiedy mój ojciec umierał, Zbyszek woził go na dializy, bo ja nie miałam prawa jazdy, a taksówki były za drogie. To był solidny, spokojny człowiek. Szary, powiedzą jedni. Pewny, powiedzą drudzy.
Ja powiedziałabym - obecny. Zbyszek był zawsze obecny. I może właśnie dlatego to bolało bardziej niż cokolwiek w moim życiu.
Następnego czwartku wyszedł jak zwykle. Kurtka, torba, - idę, Danusia, wrócę po pierwszej. Poczekałam dziesięć minut i pojechałam autobusem na Rynek.
Cukiernia "Pod Lipą" miała cztery stoliki na zewnątrz i sześć w środku. Zbyszka zobaczyłam przez szybę. Siedział przy stoliku w rogu, naprzeciwko kobiety mniej więcej w moim wieku, może odrobinę młodszej. Ciemnoblond włosy spięte w klamrę, jasna bluzka. Zwykła kobieta, taka, którą mijasz na bazarze i nie odwracasz głowy.
Ale Zbyszek się śmiał. Nie tym swoim cichym, zduszonym śmiechem, który znałam z domu. Śmiał się szeroko, z odchyloną głową, tak jak nie śmiał się przy mnie od lat. Kobieta nachyliła się i powiedziała coś, i Zbyszek pokręcił głową, wciąż się uśmiechając.
Nie dotykali się. Nie trzymali za ręce. Siedzieli po prostu naprzeciwko siebie, dwoje ludzi przy kawie i serniku, i to było gorsze niż pocałunek w bramie, bo wyglądało na coś prawdziwego.
Wróciłam do domu i ugotowałam zupę ogórkową. Obierałam ogórki i myślałam, że powinnam płakać, ale łzy nie przychodziły. Było tylko takie suche uczucie w klatce piersiowej, jakby ktoś zabrał powietrze z pokoju, ale nie na tyle, żeby się dusić - na tyle, żeby każdy oddech wymagał wysiłku.
Nie powiedziałam nic. Ani tego czwartku, ani następnego. Zbyszek wracał, wieszał kurtkę, mówił - kolano trochę lepiej, pani magister każe robić przysiady. Kłamał spokojnie i pewnie, co znaczyło, że robił to nie pierwszy raz. A może robił to od dawna.
Poszłam do Krysi, sąsiadki z pierwszego piętra. Krysia była jedyną osobą, której mogłam powiedzieć, bo Krysia przeżyła to samo dwadzieścia lat temu i nie próbowałaby mnie pocieszać formułkami.
- Widziałam Zbyszka z jakąś kobietą w cukierni - powiedziałam.
Krysia nalała mi herbaty, położyła na stole talerz z sernikiem - ironia losu - i powiedziała:
- Wiesz, kto to jest?
- Nie.
- To dowiedz się, zanim zrobisz cokolwiek. Bo może to kuzynka. Może koleżanka ze szkoły.
- Krysia, on odwołał rehabilitację. Trzy razy.
Krysia popatrzyła na mnie przez chwilę i powiedziała cicho:
- No to się dowiedz, Danuta.
Dowiedziałam się przypadkiem. W sobotę Zbyszek zostawił telefon na szafce w łazience, kiedy poszedł pod prysznic. Nie sprawdzałam mu telefonu przez trzydzieści dwa lata, ale teraz otworzyłam wiadomości z taką samą precyzją, z jaką otwierałam szafkę z dokumentami w szpitalu, gdzie przepracowałam dwadzieścia osiem lat na oddziale wewnętrznym.
Kontakt zapisany jako "Gabinet rehabilitacyjny". Wiadomości: - Jutro o jedenastej? - Tak, Elu, będę. - Przyniosę ten krem z wiśniami, ostatnio ci smakował. - Cieszę się, Ela.
Ela. Elżbieta. Nie kuzynka, nie koleżanka ze szkoły. Wiadomości były ciepłe, ale nie wulgarne. Żadnych serduszek, żadnych wyznań. Kawa, sernik, rehabilitacja kolana jako alibi. Ile razy? Przewinęłam. Wiadomości sięgały pięciu miesięcy wstecz.
Pięć miesięcy. Cały advent, cała Wigilia, cały Nowy Rok. Kiedy podawałam mu barszcz, kiedy lepiłam uszka, kiedy szliśmy razem na pasterkę - on już ją znał. Już się z nią śmiał tym swoim szerokim śmiechem.
Poczekałam do niedzieli. Po obiedzie, kiedy Zbyszek usiadł w fotelu z gazetą, postawiłam przed nim na stoliku paragon z cukierni.
- Co to jest? - zapytał, ale wiedziałam, że wie. Nie patrzył mi w oczy.
- Dwie kawy, dwa serniki, czwartek, jedenasta - powiedziałam. - A rehabilitacja odwołana od trzech tygodni.
Zbyszek odłożył gazetę. Zdjął okulary. Przetarł je rąbkiem koszuli, chociaż były czyste.
- Danuta...
- Kto to jest Ela?
Cisza trwała może dziesięć sekund, ale w te dziesięć sekund zmieściło się trzydzieści dwa lata.
- Znamy się ze szkoły średniej - powiedział w końcu. - Spotkaliśmy się na pogrzebie Witka Musiała w październiku. Zaczęliśmy rozmawiać.
- Rozmawiać.
- Tak, Danuta. Rozmawiać.
Nie wrzeszczałam. Nie rzucałam talerzami. Zapytałam go spokojnie, czy ją kocha. Zbyszek patrzył na swoje dłonie - duże, spracowane, z blizną na kciuku od frezarki sprzed piętnastu lat - i powiedział:
- Nie wiem. Jest mi z nią dobrze.
I to było najgorsze zdanie, jakie usłyszałam w życiu. Nie - kocham ją, nie - to nic takiego, nie - przepraszam. "Jest mi z nią dobrze." Jakby ze mną nie było. Jakby trzydzieści dwa lata razem nie liczyły się jako "dobrze".
Wstałam od stołu, wzięłam ze sobą kubek z herbatą i weszłam do sypialni. Zamknęłam drzwi. Nie na klucz - klucz od sypialni zaginął w dziewięćdziesiątym ósmym roku i nikt go nie szukał. Po prostu zamknęłam i usiadłam na łóżku, które dzieliliśmy od pierwszego dnia w tym mieszkaniu.
Zbyszek nie zapukał.
To było trzy tygodnie temu. Zbyszek śpi teraz na kanapie w salonie, ja w sypialni. Rano pijemy kawę przy jednym stole, rozmawiamy o rachunkach, o cieknącym kranie, o tym, że Magda przyjedzie w maju. Nie rozmawiamy o Eli.
Nie wiem, czy Zbyszek nadal się z nią spotyka. Nie pytam. Może powinnam, ale nie wiem, czy chcę znać odpowiedź. Powiedzieć Magdzie i Bartkowi? Złożyć pozew? W naszym wieku, w naszym bloku, z naszą emeryturą podzieloną na dwie osoby?
Krysia powiedziała mi wczoraj:
- Wiesz, co jest najgorsze, Danuta? Nie to, że cię zdradził. To, że okazało się, że on potrafi się śmiać, tylko nie z tobą.
Krysia zawsze umiała powiedzieć rzeczy, od których nie da się uciec.
Wczoraj wieczorem Zbyszek wrócił z apteki, położył na stole maść na kolano i powiedział:
- Zapisałem się z powrotem na rehabilitację. Na czwartki, o jedenastej.
Spojrzałam na niego. Nie powiedział nic więcej. Ani przepraszam, ani to koniec, ani musimy porozmawiać. Tylko tyle.
Nie wiem, co z tym zrobić. Nie wiem, czy to jest przeprosiny, czy po prostu wraca do rutyny. Nie wiem, czy wybaczyłabym mu, gdyby poprosił, i nie wiem, czy w ogóle chcę, żeby prosił.
Wiem tylko, że w niedzielę znów pójdziemy na mszę. I że paragon z cukierni wciąż leży w kieszeni mojego żakietu, złożony na pół.
var adsinserter = adsinserter || {};
adsinserter.tags = ['fulladsnew'];