We wtorek przez szybę kawiarni widziałam Wandę z mężem Krysi - trzymali się za ręce nad jednym ciastkiem. Przyjaźnimy się we trzy od internatu, czterdzieści dwa lata. W czwartek gramy u mnie w remika
Zatrzymałam się tak gwałtownie, że kobieta za mną o mało nie wjechała mi wózkiem w piętę. Przeprosiłam machinalnie, ale nie ruszyłam się z miejsca. Przez szybę kawiarni na rogu Lipowej widziałam dokładnie wszystko - stolik pod oknem, dwie filiżanki, jedno ciastko na talerzyku i cztery splecione dłonie na blacie.
Wanda pochylała się do Jerzego z tym swoim uśmiechem, który znałam od czterdziestu dwóch lat. A Jerzy - mąż Krysi, nasz Jerzy, ten od grilla na działce i żartów o teściowej - głaskał ją kciukiem po nadgarstku.
Nogi same poniosły mnie dalej. Dopiero przy przystanku zorientowałam się, że minęłam swój sklep, do którego szłam po masło.
Wracałam do domu na miękkich kolanach. Klucze wypadły mi z rąk przy drzwiach. Mój kot Filuś otarł się o nogę, ale nawet go nie pogłaskałam, co się nigdy nie zdarza. Usiadłam w kuchni przy stole, na którym leżały jeszcze karty od ostatniego remika, i próbowałam sobie powiedzieć: pomyliłaś się. Nie widziałaś tego, co ci się wydaje.
Ale widziałam.
Przyjaźnimy się we trzy od internatu pielęgniarskiego w Lublinie. Rok siedemdziesiąty dziewiąty. Krysia z Zamościa, Wanda z Puław, ja z Biłgoraja. Czterdzieści dwa lata wspólnych imienin, ślubów, pogrzebów.
To ja odebrałam telefon od Krysi, kiedy straciła pierwsze dziecko. To Wanda siedziała ze mną całą noc w szpitalu, kiedy mój Staszek miał wypadek na budowie.
Po internacie ja zostałam w Lublinie, trzydzieści dwa lata na porodówce w klinicznym. Krysia wróciła do Zamościa, ale po ślubie z Jerzym przeprowadziła się do Lublina, dziesięć minut autobusem ode mnie. Wanda zamieszkała na Czubach. Co czwartek grałyśmy u mnie w remika. Żadna z nas nie opuściła czwartku bez naprawdę poważnego powodu.
Tamta kawiarnia na Lipowej to nie był ich typ lokalu - Wanda piła kawę wyłącznie w domu, a Jerzy wolał piwo niż latte. I właśnie to mnie uderzyło, jeszcze zanim zobaczyłam te ręce. Że oni tam nie powinni być. Razem. Sami.
W środę nie mogłam spać. Leżałam w ciemności i przeglądałam w myślach ostatnie miesiące jak album ze zdjęciami. Szukałam sygnałów.
I zaczęłam je znajdować.
W grudniu Wanda odwołała czwartkowy remik - wizyta u kardiologa. Ale Krysia wspomniała, że widziała ją tego dnia w galerii. Wtedy nie zwróciłam uwagi. W styczniu Jerzy podwiózł Wandę do domu po naszym spotkaniu, bo i tak jedzie w tamtą stronę.
Ale on nigdy nie jeździł w tamtą stronę. A w lutym, na imieninach Krysi, stali razem na balkonie dobre piętnaście minut. Kiedy weszłam z herbatą, zamilkli. Wanda powiedziała, że rozmawiali o pogodzie. Na balkonie. W lutym.
Czwartek nadszedł za szybko.
Krysia przyszła pierwsza, jak zawsze, z paczką herbatników i gazetą z krzyżówką. Usiadła przy stole, rozłożyła się wygodnie, zdjęła buty i powiedziała to, co mówiła co tydzień:
- Lucynko, u ciebie to ja wreszcie mogę oddychać.
Patrzyłam na nią i myślałam: jak ci to powiedzieć? Czy w ogóle mam ci to mówić? Kim jestem, żeby burzyć ci życie na podstawie jednej sceny widzianej przez szybę? A kim jestem, żeby milczeć?
Wanda się spóźniała. Napisała SMS-a, że stoi w korku na Głębokiej. Krysia tasowała karty i opowiadała o wnuczce, która zaczęła chodzić na basen. Ja kiwałam głową i nie słyszałam połowy.
Kiedy Wanda weszła, przyniosła tulipany. Żółte, w mokrym papierze.
- Dla gospodyni - powiedziała i pocałowała mnie w policzek.
Normalnie bym się ucieszyła. Wanda rzadko przynosiła kwiaty. Ale teraz myślałam tylko jedno: czy te tulipany to wyrzuty sumienia?
Grałyśmy. Krysia wygrywała jak zwykle, Wanda przegrywała jak zwykle, ja myliłam karty jak nigdy. W pewnym momencie Wanda wyszła do łazienki, a Krysia pochyliła się do mnie i powiedziała cicho:
- Wiesz co, ja się o nią trochę martwię. Schudła, nie uważasz? I dziwnie milczy od jakiegoś czasu.
- Milczy? - powtórzyłam.
- No wiesz, kiedyś dzwoniła co drugi dzień. Teraz to ja muszę do niej wydzwaniać. Myślisz, że coś jest nie tak?
Chciałam powiedzieć: tak, coś jest nie tak, i chyba wiem co. Ale nie powiedziałam. Bo co, jeśli się mylę? Co, jeśli to nie jest to, co myślę? Co, jeśli powiem i zniszczę wszystko - nie tylko Krysię z Jerzym, ale nas trzy? Czterdzieści dwa lata można zniszczyć jednym zdaniem.
Wanda wróciła z łazienki. Usiadła, wzięła karty i przez ułamek sekundy nasze oczy się spotkały. Zobaczyłam w jej spojrzeniu coś, czego nie umiałam nazwać. Nie było to poczucie winy. Nie był to strach. Było to coś w rodzaju zmęczenia. Jakby dźwigała coś ciężkiego i nie mogła nikomu powiedzieć.
- Wanda - odezwałam się, zanim zdążyłam się powstrzymać. - Widziałam cię we wtorek. Na Lipowej.
Cisza. Krysia podniosła wzrok znad kart. Wanda odłożyła swoje na stół, powoli, jedną po drugiej.
- Na Lipowej? - powtórzyła.
- W kawiarni. Z Jerzym.
Krysia nie zrozumiała od razu. Patrzyła to na mnie, to na Wandę, szukając kontekstu, który miałby sens. A potem zrozumiała.
- Z moim Jerzym? - głos jej się zmienił. Nie podniósł się. Obniżył. I to było gorsze.
Wanda zamknęła oczy. Przez kilka sekund nikt nic nie mówił. Słychać było tylko mruczenie lodówki i Filusia drapającego kanapę w pokoju.
- To nie jest to, co myślisz - powiedziała Wanda w końcu. - Ale nie mogę ci powiedzieć, co to jest. Jeszcze nie teraz.
- Nie możesz mi powiedzieć - powtórzyła Krysia płasko. - Spotykasz się z moim mężem w kawiarni, trzymasz go za ręce i nie możesz mi powiedzieć.
- Krysiu, proszę.
- Ile razy?
- To nie jest tak.
- Ile razy, Wanda?
Wanda popatrzyła na mnie. W jej oczach widziałam coś, co znałam z porodówki - ten moment, kiedy kobieta wie, że dalej nie da się wytrzymać, ale nadal musi.
- Kilka razy się spotkaliśmy. Ale to nie jest romans. Lucyna, powiedz jej, że mnie znasz czterdzieści dwa lata. Powiedz jej.
Ale ja nie wiedziałam, co powiedzieć. Bo znałam Wandę czterdzieści dwa lata - i właśnie dlatego widziałam, że czegoś nie mówi.
Krysia wstała, włożyła buty, wzięła torebkę. Przy drzwiach zatrzymała się.
- Zadzwonię do Jerzego. I jeśli mi nie powie prawdy, to nie dzwońcie do mnie. Żadna z was.
Drzwi się zamknęły. Zostałyśmy z Wandą same, z kartami rozrzuconymi na stole i żółtymi tulipanami w wazonie.
- Powiesz mi? - zapytałam.
Wanda siedziała z pochyloną głową. Kiedy podniosła wzrok, miała mokre oczy.
- Jerzy przyszedł do mnie w styczniu. Powiedział, że sam dostał wyniki badań, które mu się nie podobają. Że nie chce straszyć Krysi, dopóki nie będzie pewny. Ja go skierowałam do specjalisty, bo wiesz, że mam kontakty po tylu latach w szpitalu. Spotkaliśmy się kilka razy, żeby porozmawiać o kolejnych wynikach. To wszystko.
- A te ręce? - zapytałam.
- On się bał, Lucyna. Po prostu się bał.
Siedziałam i nie wiedziałam, czy czuję ulgę, czy złość. Złość, że nie powiedzieli mi wcześniej. Że bawili się w tajemnice, zamiast zaufać. I strach - bo jeśli Wanda mówi prawdę, to co jest z Jerzym?
- A wyniki? - zapytałam cicho.
Wanda milczała zbyt długo.
- Dlatego chciał z nią porozmawiać sam. Najpierw.
Tej nocy nie spałam znowu. Ale z zupełnie innego powodu niż poprzedniej.
Rano zadzwoniłam do Krysi. Nie odebrała. Napisałam SMS-a: "Odbierz, proszę. To ważne." Cisza. Zadzwoniłam do Wandy - powiedziała, że Jerzy rozmawiał z Krysią do trzeciej w nocy. Że Krysia płakała, ale nie z powodu zdrady. Z powodu Jerzego.
Nie wiem, co jest w tych wynikach. Nie wiem, czy Wanda powiedziała mi wszystko. Nie wiem, czy czwartkowy remik kiedykolwiek będzie wyglądał tak samo.
Wiem tylko, że na stole w kuchni leżą jeszcze karty z ostatniej gry i stoją żółte tulipany, które zaczynają więdnąć. I że muszę poczekać, aż Krysia zadzwoni. Bo teraz to nie jest moja kolej, żeby mówić. Teraz jest kolej, żeby słuchać.
var adsinserter = adsinserter || {};
adsinserter.tags = ['fulladsnew'];