Tablet w kuchni mamy męża - wnuki oglądają na nim bajki, jak przyjeżdżają. W sobotę tablet mrugnął: nowe zdjęcia z telefonu męża, samo się zgrywa. Jezioro, pomost, koc i dwie pary bosych stóp. Mąż był w sobotę "na rybach z Edkiem" - dzwonił nawet, że biorą
Rysiek oglądał Psiego Patrola trzeci odcinek z rzędu, a ja już dawno przestałam liczyć. Sobota, dwunasta w południe, Grzegorz od rana na rybach z Edkiem. Wnuki przywiezione na cały dzień.
W kuchni resztki naleśników i kubek kawy, która zdążyła wystygnąć, zanim zdążyłam ją wypić. Tablet Grzegorza leżał na blacie obok tostera - zostawiał go za każdym razem, kiedy wyjeżdżał, bo Rysiek i Julka potrzebowali bajek, a on wolał mieć spokojny telefon.
Julka zasnęła na kanapie z misiem przyciśniętym do policzka. Rysiek pobiegł do łazienki. Tablet leżał odblokowany, z zapauzowanym kadrem - pies w mundurze strażackim, zastygły w pół skoku.
Sięgnęłam, żeby wyłączyć ekran i oszczędzić baterię. Wtedy u góry wyświetliła się cienka belka powiadomienia. Nowe zdjęcia. Synchronizacja zakończona. Stuknęłam odruchowo, palcem, tak jak stuka się we własny telefon - bez myślenia.
Jezioro. Drewniany pomost. Rozłożony koc w kratę - ten sam, który trzymaliśmy w bagażniku na wypadek pikników, choć nigdy razem nie jeździliśmy na żadne pikniki. I dwie pary bosych stóp, sfotografowane z perspektywy leżącej osoby.
Jedne - duże, szerokie, z charakterystycznym krzywym małym palcem prawej stopy. Stopy mojego męża, które znałam od dwudziestu sześciu lat. Drugie - wąskie, z paznokciami pomalowanymi na ciemny róż.
Odłożyłam tablet na blat. Poprawiłam go milimetrowo, jakby to miało jakieś znaczenie. Z łazienki dolatywał szum wody - Rysiek znowu bawił się mydłem.
Grzegorz dzwonił o jedenastej. Wesoły, lekko zdyszany. Powiedział, że Edek złapał szczupaka, ale puścił, bo za mały. Że wracają koło szóstej. Że mam kupić masło, bo się skończyło. Normalny telefon, normalne słowa, normalny mąż na normalnych rybach.
Masło. Przez dwadzieścia sześć lat małżeństwa takie słowa trzymały nas razem. Kup masło, przynieś chleb, zapłać za gaz. Rutyna jak zaprawka między cegłami - nie piękna, ale solidna. Albo tak mi się wydawało.
Mam pięćdziesiąt dwa lata. Od piętnastu stoję za ladą z wędlinami w delikatesach przy Jasnogórskiej w Częstochowie. Kroję szynkę na cienkie plastry, znam klientki po imieniu, wiem, kto bierze sernik na niedzielę, a kto schab na obiad.
Grzegorz jeździł tirem - trasy krajowe, czasem Niemcy, czasem Czechy. Wracał zmęczony, pachnący kabiną i papierosowym dymem, siadał z piwem przed telewizorem i mówił, że jedyne, czego potrzebuje, to spokój. Dawałam mu ten spokój. Przez ćwierć wieku dawałam mu ten spokój.
A teraz stałam we własnej kuchni, w której wszystko było moje i znajome - serwetka pod wazonem, orchidea na parapecie, zdjęcie z komunii Doroty na lodówce - i czułam się jak ktoś, kto wszedł do cudzego mieszkania przez pomyłkę.
- Babciu, nie ma ręcznika! - krzyknął Rysiek.
- Idę, kochanie.
Podałam mu ręcznik, wytarłam podłogę, usiadłam z nim na kanapie. Julka spała dalej, skopawszy kocyk. Rysiek ułożył się obok i wrócił do bajki. Ja patrzyłam na ekran tabletu i widziałam psa w mundurze, a pod spodem - pod tą warstwą kolorowej animacji - leżały tamte zdjęcia. Jezioro, pomost, koc, stopy.
Zdjęcia trafiały na tablet automatycznie. Grzegorz zalogował się na swoje konto pewnie z rok temu, kiedy instalował Ryśkowi jakąś grę. Nigdy się nie wylogował, bo po co, bo kto by pomyślał, bo to przecież tablet dla dzieciaków. A telefon synchronizował zdjęcia sam, cicho, w tle, przy każdym wi-fi. Grzegorz pewnie nawet nie wiedział, że to robi. Bo gdyby wiedział - nie fotografowałby tych stóp.
Myślałam o tym, kiedy to mogło się zacząć. Od wiosny jeździł na ryby co drugą sobotę - wcześniej najwyżej raz w miesiącu. Cieszyłam się. Że wstaje z kanapy, że rusza się, że ma hobby. Sama mu kupiłam nową wędkę na imieniny w marcu - szarą, karbonową, za trzysta pięćdziesiąt złotych. Pamiętam, jak się ucieszył. Albo jak udawał, że się cieszył.
Był jeszcze telefon. Grzegorz od jakiegoś czasu nosił go w kieszeni kurtki, a nie jak zwykle na blacie przy kluczach. Zauważyłam, ale nie skomentowałam. Nie byłam kobietą, która szpera po kieszeniach. Moja matka zawsze powtarzała - nie szukaj, to nie znajdziesz. Przez trzydzieści lat uważałam to za mądrość. Teraz pomyślałam, że to była po prostu tchórzliwość ubrana w przysłowie.
Rysiek zasnął gdzieś przed czwartym odcinkiem, z głową na podłokietniku. Nakryłam oboje wnuków kocem, ściszyłam telewizor, wróciłam do kuchni. Tablet leżał na swoim miejscu, ciemny, cichy. Wystarczyło go dotknąć, żeby zobaczyć resztę zdjęć. Może były inne. Może takie, po których nie dałoby się już udawać, że nic się nie stało.
Nie dotknęłam go. Nie dlatego, że bałam się tego, co zobaczę. Bałam się, że jeśli zobaczę więcej - będę musiała coś zrobić. A jeszcze nie wiedziałam co.
Zaparzyłam herbatę. Wsypałam dwie łyżeczki cukru, choć zwykle piję bez. Siedziałam przy stole i myślami wracałam do marca, do imienin, do wędki w srebrnym papierze. Do miny Grzegorza, kiedy ją rozpakował - uśmiechnął się, ale teraz, z perspektywy tego jednego zdjęcia, ten uśmiech wyglądał inaczej. Jak uśmiech kogoś, kto dostaje prezent od osoby, którą właśnie oszukuje, i wie, że nie zasługuje, ale bierze, bo tak jest łatwiej.
Wrócił o wpół do siódmej. Pachniał wodą kolońską, nie kabiną. Nie rybami. Miał na sobie czystą koszulkę polo - niebieską, tę nową, której nie pamiętałam, żeby kiedykolwiek zakładał na ryby. Pocałował mnie w czubek głowy - tak jak ja całowałam Ryśka, kiedy naklejałam mu plaster.
- Śpią? - zapytał, zaglądając do salonu.
- Od trzeciej.
- Dorota o której je zabiera?
- Koło ósmej.
Stanął w drzwiach kuchni, oparł się o framugę. Normalny. Spokojny. Mężczyzna wracający z wolnego dnia, który sprawdza plan wieczoru.
- Dobry dzień był - powiedział. Nie zapytał. Stwierdził.
Kiwnęłam głową.
- Dobry.
Jedliśmy kolację w kuchni. On jajecznicę, ja nic - powiedziałam, że jadłam z wnukami naleśniki. Tablet leżał między nami na blacie, przesunięty pod toster, żeby zrobić miejsce na talerze. Grzegorz nawet na niego nie zerknął. Nie miał powodu.
Wieczorem Dorota zabrała dzieci. Grzegorz zasnął przed telewizorem z pilotem w dłoni. Weszłam do łazienki, zamknęłam drzwi, usiadłam na brzegu wanny. Ręcznik Ryśka wisiał na kaloryferze - mokry, pachnący dziecięcym mydłem.
Pozwoliłam sobie wreszcie na tę myśl, którą odpychałam od południa. Ciemny róż na paznokciach. Ktoś maluje paznokcie u stóp na ciemny róż, kładzie się obok mojego męża na kocu w kratę, nad jeziorem, w sobotę, kiedy ja w domu kroję naleśniki i wycieram wodę z podłogi łazienki. A mój mąż dzwoni o jedenastej i mówi, że biorą.
Nie płakałam. Nie miałam jeszcze na to siły. Płacz to jest wtedy, kiedy człowiek już wie, co czuje. Ja nie wiedziałam jeszcze nic - oprócz tego, że koc w kratę z bagażnika nie jest tam, gdzie powinien być, i że pewne rzeczy, raz zobaczone, nie dają się odzobaczić.
Położyłam się obok Grzegorza. Spał na swoją stronę, odwrócony do ściany. Między nami było może czterdzieści centymetrów materaca. I całe jezioro. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];