Wnuk poprosił o dziewięć tysięcy na kurs spawacza - "wszyscy jadą do Norwegii, babciu". Zgodziłam się jak w banku: spisaliśmy umowę, zwrot po trzeciej wypłacie. W rubryce "odsetki" wpisaliśmy słownie: pięćdziesiąt dwa niedzielne obiady u babci.

- Babciu, mam do ciebie sprawę, ale taką poważną. Usiądź - powiedział Bartek i sam usiadł na brzegu krzesła, jakby w każdej chwili gotów był uciec.

Wiedziałam, że chodzi o pieniądze. Dwadzieścia trzy lata życia nauczyły mnie, że kiedy Bartek mówi "usiądź", to zaraz będzie prośba, na którą trudno odmówić. Ostatnim razem chodziło o rower górski. Miał wtedy czternaście lat. Teraz siedział przede mną dorosły chłop z zarostem i workami pod oczami, ale oczy miał te same - niebieskie, trochę przestraszone, trochę błagalne.

- No mów - nalałam mu herbaty i usiadłam naprzeciwko.

- Chcę jechać do Norwegii. Na spawanie. Ale najpierw muszę zrobić kurs. Dziewięć tysięcy, babciu. Oddaję po trzeciej wypłacie.

Dziewięć tysięcy. Obróciłam kubek w dłoniach. Za oknem mojego mieszkania na Wildzie przejeżdżał tramwaj - ten sam, którym jeździłam dwadzieścia pięć lat do pracy w sklepie na Półwiejskiej. Teraz od trzech lat byłam na emeryturze.

Emerytura taka, że starczało na rachunki, leki i jedzenie, ale nie na fanaberie. A dziewięć tysięcy to nie były fanaberie - to były moje trzy miesiące życia, odłożone złotówka do złotówki, schowane w kopercie pod obrusem w szufladzie kredensu. Bartek o kopercie nie wiedział. Nikt nie wiedział.

- A mama co na to? - zapytałam, chociaż znałam odpowiedź.

- Mama powiedziała, że nie ma - wzruszył ramionami. - Tata powiedział, że sam sobie mam radzić. A potem dodał, że w jego czasach to się szło do fabryki i nikt nie płakał.

Mój syn Grzegorz. Zawsze wiedział lepiej, a sam całe życie pracował jako kierowca tirów i bywał w domu rzadziej niż listonosz. Kasia, synowa, robiła co mogła, ale z pensji pielęgniarki na trzy osoby wiele nie dało się wyciągnąć. Nie miałam im tego za złe - sami ledwo wiązali koniec z końcem.

- A ten kurs jest pewny? Nie jakieś oszustwo? - zapytałam, bo w telewizji ciągle mówili o naciągaczach.

Bartek wyjął telefon i pokazał mi stronę. Ośrodek szkoleniowy, certyfikaty, opinie. Przeczytałam trzy razy. Potem zapytałam:

- I co, spawacz w Norwegii to taki pewny zarobek?

- Babciu, wszyscy jadą. Darek jedzie, Szymon już jest, Przemek wrócił po pół roku i kupił auto za gotówkę. To nie jest tak, że jadę w ciemno.

Patrzyłam na niego i widziałam siebie sprzed czterdziestu lat. Ja też kiedyś stałam przed swoją matką i prosiłam o pieniądze na kurs szycia, żeby dostać pracę w sklepie z tkaninami. Mama dała mi wtedy sto dwadzieścia złotych, co było fortuną, i powiedziała: "Oddasz mi, jak zarobisz. A jak nie oddasz, to i tak się nie gniewam, bo to moja krew."

Wstałam, poszłam do pokoju i wyjęłam kopertę spod obrusa.

- Ale - powiedziałam, kładąc pieniądze na stole - robimy to porządnie.

Bartek patrzył na kopertę tak, jakby nie do końca wierzył.

- Piszemy umowę - oznajmiłam. - Jak w banku. Oddajesz po trzeciej wypłacie. A odsetki - tu na chwilę się zamyśliłam - odsetki to będzie pięćdziesiąt dwa niedzielne obiady u babci. Słownie: pięćdziesiąt dwa. Rocznie.

Bartek podniósł głowę. Miał mokre oczy.

- Babciu...

- Żadne babciu. Bierzesz kartkę i piszesz. Uczciwie, po ludzku, żebyśmy obie strony wiedziały, na czym stoimy.

I tak to się zaczęło. Bartek napisał umowę ręcznie, na kartce wyrwanej z zeszytu, który znalazł w szufladzie. Nagłówek: "Umowa pożyczki między Lucyną Walczak a Bartłomiejem Walczakiem". Kwota: dziewięć tysięcy złotych. Termin zwrotu: po trzeciej wypłacie zagranicznej. Odsetki: 52 niedzielne obiady u pożyczkodawcy, płatne co tydzień. Na dole: dwa podpisy i data. Marzec.

Grzegorz, kiedy się dowiedział, zadzwonił wieczorem.

- Mamo, dałaś mu dziewięć tysięcy? Ty wiesz, co on z tym zrobi?

- Wiem. Zrobi kurs spawacza.

- A jak nie odda? To twoje pieniądze na czarną godzinę!

- Grzesiek - powiedziałam spokojnie - czarna godzina to jest siedzieć w pustym mieszkaniu i czekać, aż ktoś zadzwoni. Bartek zadzwonił. I przyszedł. I poprosił. I napisał umowę.

W słuchawce było cicho przez dobrą minutę. Potem Grzegorz odchrząknął i powiedział:

- Ty to zawsze miałaś swoje.

Bartek zdał kurs w maju. Nie wiem, czy był najlepszy, ale zdał za pierwszym razem. Pokazał mi certyfikat - taki z hologramem i pieczątką. Powiesiliśmy go na lodówce, obok jego rysunku motyla z przedszkola, który wisi tam od osiemnastu lat.

W czerwcu wyjechał. Bergen. Wiedziałam, że to miasto jest gdzieś na zachodnim wybrzeżu, bo sprawdziłam w atlasie, który kupiłam jeszcze za komuny. Bartek śmiał się, że mogę sprawdzić w telefonie, ale ja wolę atlas. W atlasie drogi wyglądają jak żyły na dłoni i można je przesunąć palcem.

Pierwsza niedziela po wyjeździe - cisza. Mieszkanie na Wildzie, kubek herbaty, serial w telewizji. Myślałam: "No i co, Lucyna, wydałaś dziewięć tysięcy i masz pustą niedzielę."

A potem zadzwonił telefon. Bartek. Wideopołączenie.

- Babciu, siadaj do obiadu - powiedział i obrócił kamerę. Na blacie stał talerz z jakąś rybą i ziemniakami. - Obiad numer jeden. Norwegia serwuje.

Jadłam swój rosół, on swoją rybę, i gadaliśmy przez dwadzieścia minut o niczym ważnym. O pogodzie w Bergen - deszcz, zawsze deszcz. O tym, że w kantynie dają za małe porcje. O kocie sąsiadki, który znowu wlazł mi na balkon.

To był pierwszy obiad. Do dzisiaj nie opuścił ani jednego.

Dzwoni w każdą niedzielę punktualnie o dwunastej. Czasem jest zmęczony, czasem wesoły, raz był przeziębiony i kichał do telefonu, a ja mu mówiłam, żeby pił herbatę z miodem i nie wychodził na ten norweski wiatr.

Dwunasta niedziela - opowiedział, że dostał podwyżkę. Siedemnasta - że poznał dziewczynę, Polkę z Gdańska, która pracuje tam w biurze jakiejś firmy. Piętnasta - że dostał trzecią wypłatę i chce przelać zwrot.

- Babciu, mogę ci wysłać dzisiaj. Całość.

- Prześlij, jak chcesz. Umowa to umowa - odpowiedziałam. - Ale pamiętaj, że odsetki to osobna pozycja. Trzydzieści siedem niedzielnych obiadów jeszcze przede mną i żaden przelew mi ich nie zastąpi.

Grzegorz też zaczął dzwonić częściej. Nie wiem, czy to przez Bartka, czy przez wyrzuty sumienia, ale teraz odzywa się w środy. Raz nawet przyjechał z Kasią na sobotę i przywiózł szynkę, taką dobrą, wędzoną. Jedliśmy we troje, a w niedzielę dołączył Bartek przez telefon i jedliśmy we czworo. Grzegorz patrzył na ekran, gdzie jego syn jadł łososia w Bergen, i kręcił głową.

- Spawacz w Norwegii - mruknął. - Kto by pomyślał.

- Ja pomyślałam - odpowiedziałam i nałożyłam mu dokładkę.

Jest teraz wrzesień. Pieniądze Bartek przelał w sierpniu, co do grosza. Ale obiady spłaca dalej - regularnie od maja. Siedemnaście niedziel za nami, trzydzieści pięć jeszcze przed nami. Koperta w kredensie znowu grubieje, ale prawdę mówiąc, wcale mi na tych pieniądzach nie zależy tak bardzo.

Zależy mi na dwunastej w niedzielę. Na dźwięku telefonu. Na głosie, który mówi: "Babciu, siadaj do obiadu."

Kartka z umową wisi na lodówce, obok certyfikatu i motyla z przedszkola. Czasem na nią patrzę i myślę, że ze wszystkich dokumentów, które w życiu podpisałam - aktu ślubu, umowy o pracę, odejścia na emeryturę - ten jest najważniejszy. Nie dlatego, że zapisano w nim dziewięć tysięcy złotych. Dlatego, że zapisano w nim pięćdziesiąt dwa niedzielne obiady. I że ktoś je spłaca. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];