Na stypie po wujku nikt z rodziny nie przysiadł się do mnie. Przy kawie ciotka szepnęła: "dobrze, że chociaż na pogrzeb przyjechałaś, skoro matce nawet na leki nie dajesz". Mamie co miesiąc przekazuję sześćset złotych - przez brata, bo ona "nie ma konta".

Postawiłam talerz z pierogami na końcu długiego stołu i czekałam, aż ktoś usiądzie obok. Kuzynka Ela spojrzała na wolne krzesło, potem na mnie, i poszła na drugi koniec sali. Szwagier wujka przesunął się o dwa miejsca dalej, choć wcale nie musiał. W sali "Pod Lipami" pachniało rosołem i wilgotnymi płaszczami, kelnerka nosiła dzbanki z kompotem, a ja siedziałam sama jak ktoś, kto pomylił stypy.

Pomyślałam: żałoba. Ludzie nie wiedzą, gdzie się podziać. Dopiero przy kawie zrozumiałam, że to nie żałoba.

Ciocia Teresa, młodsza siostra mamy, przysiadła się na chwilę z filiżanką w ręce. Nie patrzyła na mnie, tylko na sernik.

- Dobrze, że chociaż na pogrzeb przyjechałaś, Gosiu - szepnęła. - Skoro matce nawet na leki nie dajesz.

Łyżeczka zadzwoniła mi o spodek.

- Co ciocia mówi?
- Nic nie mówię. Zosia się nie skarży. Ale ja widzę, ile ona tych tabletek bierze. I widzę, że czasem wykupuje pół recepty.

Wstała, zanim zdążyłam odpowiedzieć. Siedziałam z gorącą kawą i czułam, jak czerwienieją mi uszy, jak dziewczynce przyłapanej na kłamstwie. Tylko że ja nie kłamałam. Od trzech lat, co miesiąc, dziesiątego, przelewałam sześćset złotych. Na konto Darka. Bo mama "nie ma konta".

Mama siedziała przy oknie obok Darka, drobna, w czarnym kostiumie, który kupiłyśmy razem na pogrzeb taty jedenaście lat temu. Darek kroił jej schabowego na małe kawałki. Nikt by nie powiedział, że ten troskliwy, przygarbiony czterdziestoośmiolatek ma coś do ukrycia. Ja też bym nie powiedziała.

Z Poznania do Częstochowy jedzie się ponad trzy godziny. Przyjeżdżałam na święta, na imieniny mamy, czasem latem. Resztę roku prowadziłam swój mały sklep z pasmanterią na Jeżycach - guziki, nici, zamki błyskawiczne, kobiety przychodzące po jedną szpulkę i zostające na pół godziny rozmowy. Sklep nie przynosił fortuny, ale dawał tyle, że mogłam co miesiąc odłożyć dla mamy. Wydawało mi się, że to uczciwy układ. Ja daleko, za to z pieniędzmi. Darek blisko, za to z czasem.

Mama zawsze dostawała emeryturę od listonosza, do ręki. Konto w banku uważała za wymysł, przez który "człowiek nie wie, ile ma". Kiedy zaproponowałam przekaz pocztowy, Darek machnął ręką.

- Po co listonosz ma jej liczyć przy sąsiadkach? Przelewaj mnie, ja co miesiąc zaniosę gotówkę. I tak u niej jestem trzy razy w tygodniu.

I jeszcze jedno powiedział, co dziś dźwięczy mi w głowie najgłośniej.

- Tylko jej o tym przez telefon nie gadaj. Wiesz, jaka ona jest. Wstydzi się, że córka ją utrzymuje.

Wiedziałam, jaka ona jest. Z pokolenia, w którym o pieniądzach się przy stole nie mówiło. Więc nie mówiłam. Przez trzy lata.

Po stypie Darek odwiózł mamę i ciocię, a ja poszłam pieszo, choć miałam swój samochód. Musiałam się przejść. Na osiedlu przy Alei Wolności kwitły bzy, w piaskownicy jakieś dziecko płakało, że chce do domu. Weszłam na trzecie piętro, do mieszkania, w którym się wychowałam. Mama zdejmowała w przedpokoju buty, opierając się o ścianę.

- Herbaty, dziecko?
- Mamo, usiądź. Muszę o coś zapytać.

Usiadłyśmy w kuchni. Ta sama cerata w cytrynki, ten sam zegar z kukułką, który od lat nie kukał. Na parapecie pudełko po butach pełne leków - na ciśnienie, na tarczycę, na serce, maść na kolana.

- Darek daje ci pieniądze ode mnie? Co miesiąc?

Mama zmarszczyła brwi. Nie udawała. Znam tę minę od pięćdziesięciu dwóch lat.

- Jakie pieniądze?
- Sześćset złotych. Co miesiąc. Od trzech lat.

Wtedy zobaczyłam coś, czego nie chciałam zobaczyć. Najpierw zdziwienie. Potem zrozumienie. A zaraz potem strach. Nie o siebie. O niego.

- Gosiu... - złapała mnie za rękę. - On mi czasem przynosił. Dwie stówki. Raz trzysta, na okulary. Mówił, że to z jego. Że dorobił w warsztacie.

Siedziałam i liczyłam w głowie, jak w sklepie przy zamykaniu kasy. Trzydzieści sześć przelewów. Ponad dwadzieścia jeden tysięcy. Z tego może dwa, może trzy dotarły do tej kuchni.

- I nie powiedziałaś mi, że brakuje ci na leki?
- A co ja miałam mówić? - mama spuściła wzrok. - Że nie pomagasz? Myślałam, że masz ciężko z tym sklepem. Nie chciałam ci dokładać.

Więc ona chroniła mnie, ja chroniłam ją, a pomiędzy nami stał Darek i brał. Tylko ciocia Teresa widziała te pół wykupionej recepty i dopowiedziała sobie resztę.

Darek przyszedł wieczorem, jak co czwartek, z siatką ziemniaków. Zobaczył mnie przy stole i od razu wiedział. Postawił siatkę na podłodze i długo nie zdejmował kurtki.

- Mama, idź do pokoju, pooglądaj coś - powiedział cicho.
- Nie - odpowiedziała mama. - Ja zostaję.

Nie krzyczałam. Myślałam, że będę, przez całą drogę po schodach układałam sobie zdania. A on usiadł naprzeciwko, oparł łokcie o ceratę w cytrynki i mówił, nie patrząc na żadną z nas.

O tym, że po rozwodzie zostały mu raty za kredyt, który brali z Iloną na dom, a dom zostawił jej i dzieciom. O chwilówce wziętej, żeby spłacić ratę. O drugiej, żeby spłacić pierwszą. O tym, że warsztat, w którym przepracował dwadzieścia lat, zamknęli, a w nowym płacą od auta.

- Pierwszy raz wziąłem na miesiąc. Miałem oddać. - Przetarł twarz dłonią, ze smarem w zagłębieniach paznokci, którego nie dało się już domyć. - Potem pomyślałem, że i tak nie zauważysz. Że przelewasz i masz spokój. A ja ją wożę do kardiologa, noszę zakupy, wymieniam uszczelki w kranie. I nikt mi nigdy nie powiedział "dziękuję". Wszyscy tylko: "Gosia to się dorobiła".

- Więc wolałeś, żeby mówili, że Gosia jest wyrodną córką.
- Nie chciałem, żeby mówili cokolwiek. - Podniósł wreszcie oczy. - Myślałem, że do tego czasu oddam.

Mama płakała bez dźwięku, tak samo jak na pogrzebie taty. A ja patrzyłam na mojego młodszego brata i nie umiałam go znienawidzić, choć bardzo chciałam. Bo w jednym miał rację. Przez trzy lata płaciłam za spokojne sumienie i ani razu nie zapytałam mamy, jak u niej z lekami. Przelew był łatwiejszy niż rozmowa.

Następnego dnia, zanim wróciłam do Poznania, poszłyśmy z mamą do banku. Mama trzymała dowód osobisty w obu dłoniach, jakby miała go komuś oddać na zawsze. Pani przy okienku była cierpliwa. Po godzinie mama miała konto, kartę, której pewnie nigdy nie użyje, i mnie z pełnomocnictwem.

Darek obiecał, że odda. Wszystko, co do złotówki, choćby miało mu to zająć lata. Nie wiedziałam, czy mu wierzę. Mama prosiła, żebym nikomu nie mówiła, jak było, a ja obiecałam. Nie chciałam, żeby cała rodzina pokazywała go palcami. Przyjeżdżałam teraz co drugi weekend i sama zanosiłam recepty do apteki na rogu - to musiało wystarczyć.

Trzy tygodnie później, piętnastego maja, były imieniny mamy. Zjechali się wszyscy: ciocia Teresa z mężem, kuzynka Ela z dziećmi, szwagier wujka z bukietem z marketu. W pokoju było ciasno, ktoś dostawił taboret z kuchni. Usiadłam z brzegu, przy drzwiach. Tym razem nawet nie liczyłam, że ktoś się przysiądzie.

Ciocia Teresa nalewała herbatę, a kiedy doszła do mnie, powiedziała nie do mnie, tylko do całego stołu:

- No proszę, na imieniny też się znalazł czas. Szkoda, że na aptekę nie zawsze.

Ktoś parsknął pod nosem. Mama zbladła i spojrzała na mnie błagalnie. Już otwierałam usta, żeby powiedzieć cokolwiek, byle nie prawdę, kiedy Darek odstawił filiżankę.

- Ciociu, niech ciocia przestanie. - Mówił cicho, ale zrobiło się tak, że słychać było lodówkę w kuchni. - Gośka przez trzy lata przelewała pieniądze dla mamy. Na moje konto. A ja je brałem. Na swoje długi.

Ela zastygła z widelczykiem nad tortem. Ciocia Teresa trzymała dzbanek w powietrzu.

- Darek... - szepnęła mama.
- Nie, mamo. Wystarczy, że ja wiem, jaki jestem. Ona nie musi tego za mnie nosić.

Nikt się nie odezwał. Szwagier wujka nagle bardzo zainteresował się serwetką. Darek dopił herbatę, pocałował mamę w czoło i wyszedł na balkon. Siedział tam do końca przyjęcia, paląc jednego papierosa za drugim.

Ciocia Teresa odstawiła dzbanek, obeszła stół i usiadła na taborecie obok mnie. Długo milczała. Potem położyła mi rękę na kolanie.

- Gosiu, ja przecież widziałam tylko te recepty...
- Wiem, ciociu.

Następnego dnia ciocia obdzwoniła wszystkich, do których wcześniej dzwoniła z tamtą wersją. Wiem, bo wieczorem odezwała się Ela, a pierwsze, co powiedziała, to "przepraszam, Gośka, głupio mi jak nie wiem co". Szwagier wujka przysłał SMS-a z kwiatkiem.

Nie wszystko da się tak łatwo naprawić. Darek przez całe lato nie przyszedł na żaden rodzinny obiad - wstydził się teraz on. Ale co miesiąc, od czerwca, na koncie mamy pojawia się przelew od niego. Po dwieście, po trzysta, ile da radę. Ani razu nie zapomniał.

W czerwcu, na imieninach cioci Teresy, krzesło obok mnie było zajęte, zanim zdążyłam odwiesić płaszcz. Ciocia sama mi je przytrzymała. A z drugiej strony zostawiłam wolne miejsce. Dla Darka. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];