Tata zmarł w listopadzie. U notariusza odczytano testament: mieszkanie w Radomiu i lokata dla siostry, "za troskę i dobre serce". Siostra od 2009 roku mieszka pod Dortmundem i przyjeżdżała na Wigilię co drugi rok. Ostatnie cztery lata tata mieszkał u mnie.

Kopertę wiozłam sama. Znalazłam ją w szufladzie jego nocnej szafki, pod różańcem i paczką chusteczek, trzy dni po pogrzebie. Na wierzchu, tym jego pochyłym pismem kolejarza: "Otworzyć u notariusza". Mogłam ją rozkleić nad czajnikiem. Nikt by się nie dowiedział. Ale ja nie jestem z tych, co rozklejają.

Notariusz w Radomiu miał zimne ręce. Zauważyłam to, kiedy podawał mi kartkę, i do dziś nie wiem, czemu akurat to zapamiętałam.

- Mieszkanie przy ulicy Struga wraz z wyposażeniem oraz środki na lokacie zapisuję córce Elżbiecie - czytał równo, bez akcentów. - Za troskę i dobre serce. Data: drugi marca dwa tysiące dwudziestego trzeciego roku.

Grzegorz położył mi dłoń na kolanie. Ela siedziała obok w granatowym płaszczu, który pachniał obcym proszkiem do prania, i patrzyła na swoje rękawiczki.

- To wszystko? - zapytałam.

- To wszystko, pani Iwono.

Drugi marca 2023. Tata mieszkał wtedy u nas w Kielcach już półtora roku.

Na schodach kancelarii Ela złapała mnie za rękaw.

- Iwonka, ja nie wiedziałam. Słowo daję.

- Ty nigdy nic nie wiedziałaś - powiedziałam i sama się zdziwiłam, jak spokojnie to zabrzmiało.

Całą drogę do Kielc Grzegorz nie włączył radia. Osiemdziesiąt kilometrów ciszy, szyby parujące od środka, a ja liczyłam. Cztery lata. Tabletki rozłożone w pudełku na tydzień, rano, w południe, wieczorem. Pampersy, które kupowałam w hurtowni, bo w aptece na osiedlu wstydziłam się brać po trzy paczki. Warzywniak przy Jagiellońskiej zamykany w południe z kartką "Zaraz wracam", bo tata dzwonił, że nie może wstać z ubikacji. Noce, kiedy wołał "Iwonka!" o trzeciej, a potem nie pamiętał, po co.

A Ela? Ela dzwoniła. Codziennie o dwudziestej, punktualnie jak Teleexpress. Tata zamykał się wtedy w pokoju i słyszałam przez drzwi, jak się śmieje. Ze mną się już nie śmiał. Ze mną rozmawiał o tym, że zupa za słona i że znowu zapomniałam kupić tych sucharów, co lubi.

Na Wigilię przyjeżdżała co drugi rok, z niemiecką czekoladą i jakimś urządzeniem do kuchni, którego potem nikt nie używał. Siedziała przy tacie, trzymała go za rękę, a ja w tym czasie lepiłam pierogi i myślałam, że łatwo jest być dobrą córką przez trzy dni.

W domu wyjęłam kalendarz z 2023 roku. Wiedziałam, czego szukam, i bałam się, że to znajdę.

Pierwszego marca miałam wpisane: "DPS - ulotki". Tamtego wieczoru położyłam je na stole w kuchni. Byłam po dwóch nocach bez snu, w sklepie zepsuła się chłodnia, Grzegorz od tygodnia spał na wersalce, bo tata zajął nasz pokój. Powiedziałam:

- Tato, ja już nie daję rady. Zobacz chociaż. Tam są pielęgniarki, opieka całą dobę.

Nic nie odpowiedział. Złożył ulotki na pół, równo, kant do kantu, i poszedł do siebie. Następnego dnia poprosił o kartkę i kopertę. Myślałam, że pisze do Eli.

Do Radomia pojechałyśmy z Elą w połowie stycznia, posprzątać mieszkanie. Ona miała wracać do Niemiec za tydzień, ja miałam klucze. Dziwne uczucie - otwierać drzwi kluczem, który już nie jest twój.

W mieszkaniu pachniało kurzem i lawendą z woreczków, które mama wkładała do szaf jeszcze w latach dziewięćdziesiątych. Na meblościance stał kryształowy wazon, na kredensie serwetka szydełkowa babci. Wszystko jak było, tylko zimne.

W szufladzie pod telewizorem znalazłam zeszyt w kratkę. Tata prowadził w nim rachunki, odkąd pamiętam. Przewracałam kartki bez myślenia, prąd, gaz, wywóz śmieci, aż zobaczyłam powtarzającą się linijkę. Co miesiąc. Od kwietnia 2010.

"Od Eli - 200 euro."

Potem 250. Potem 300. Ani jednego pustego miesiąca. A obok, ołówkiem, coraz drżącą ręką: "Na lokatę".

- Co to jest? - podniosłam zeszyt.

Ela usiadła na wersalce, nie zdejmując płaszcza.

- Wysyłałam mu na leki. Na życie. Po rozwodzie, jak wyjechałam, wiedziałam, że mama nie żyje, a on sam z tą emeryturą kolejarską... - urwała. - On tego nie ruszał. Odkładał. Mówił mi przez telefon, że wydaje, a odkładał.

- Czemu ja o tym nie wiedziałam?

- Bo prosił. - Spojrzała na mnie pierwszy raz od notariusza. - Mówił, że ty byś się obraziła. Że ty jesteś dumna i będziesz myślała, że go nie stać, że ty go nie utrzymasz. Iwona, ta lokata to są moje pieniądze. One do mnie po prostu wróciły.

Usiadłam obok niej. Wersalka zaskrzypiała jak trzydzieści lat temu, kiedy spałyśmy na niej razem w każde ferie.

- A mieszkanie? Też twoje?

Ela długo milczała. Potem zaczęła mówić cicho, do swoich rąk.

- Wiesz, co ja robię pod Dortmundem? Od dwunastu lat jestem opiekunką. Pan Hans, przedtem pani Ursula, przedtem jeszcze jeden. Myję ich, przewijam, karmię łyżeczką. Wynajmuję pokój, nie mam tu nic, nie mam tam nic. I każdego wieczoru, jak dzwoniłam do taty o ósmej, to on wiedział, że ja właśnie skończyłam podcierać obcego dziadka. Obcego, Iwona. A ty miałaś jego.

Zabolało. Nie dlatego, że było niesprawiedliwe, tylko dlatego, że było trochę prawdziwe.

- Pierwszego marca dałam mu ulotki z domu opieki - powiedziałam. - A drugiego napisał testament.

Ela odwróciła głowę.

- To nie dlatego.

- Skąd wiesz?

- Nie wiem - przyznała. - Ale znam tatę. On ci nie umiał nic dać, bo ty od wszystkich zawsze wszystko robiłaś sama. Ty jesteś ta, co sobie poradzi. Tak o tobie mówił. "Iwonka sobie poradzi".

Siedziałyśmy tak, aż zrobiło się ciemno. Żadna nie zapaliła światła.

Znajoma z osiedla, która pracuje w kancelarii adwokackiej, powiedziała mi potem przy kasie, że mam prawo do zachowku. Że to jedna czwarta wartości wszystkiego, że wystarczy pozew, że nie ma się czego wstydzić. Zapisałam to sobie na kartce i włożyłam do portfela. Kartka tam jest do dziś.

Ela przed wyjazdem zostawiła mi kopertę. Tym razem otworzyłam od razu. W środku był list, krótki: że jak sprzeda mieszkanie, chce mi dać połowę, i że nie robi tego z łaski, tylko dlatego, że inaczej nie będzie mogła spać. Nie odpisałam. Nie wiem jeszcze, czy wezmę. Nie wiem, czy wziąć to byłoby zwycięstwo, czy przegrana.

Wiem tylko jedno. Nigdy się już nie dowiem, czy tata zapisał wszystko Eli, bo jej było trudniej, czy dlatego, że ja tamtego wieczoru położyłam na stole te ulotki. Mogę to sobie układać na sto sposobów. On złożył je na pół, równo, kant do kantu, i nic nie powiedział.

Wczoraj o dwudziestej zadzwonił telefon. Ela. Teraz dzwoni do mnie, codziennie, o tej samej godzinie co do niego.

Jeszcze nie wiem, co jej mówić. Ale odbieram. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];