Na stypie po mamie pani Wiesia z parteru złapała mnie za rękę i powiedziała, że dobrze, że mieszkanie zostaje w rodzinie. "Mama mówiła, że jak u notariusza przepisała je na Mirka, to wreszcie mogła spać spokojnie". Przez sześć lat woziłam mamę na dializy, trzy razy w tygodniu.
Pani Wiesia trzymała moją dłoń w swojej, ciepłej i lekko lepkiej od sernika, i mówiła półgłosem, jakby sprawiała mi przyjemność.
- Dobrze, że mieszkanie zostaje w rodzinie, Jolu. Mama mówiła, że jak u notariusza przepisała je na Mirka, to wreszcie mogła spać spokojnie.
Uśmiechnęłam się. Naprawdę się uśmiechnęłam, bo od trzech dni uśmiechałam się do wszystkich - do księdza, do kwiaciarki, do kuzynki z Kłobucka, której nie widziałam od komunii jej syna. Uśmiechałam się odruchowo, jak u siebie w warzywniaku, kiedy ktoś pyta, czy pomidory są polskie. Dopiero po chwili słowa dotarły tam, gdzie trzeba.
U notariusza. Na Mirka.
Spojrzałam w stronę okna. Mój brat stał tam z wujkiem Romanem, w marynarce, którą w poniedziałek kupiłam mu w Galerii Jurajskiej, bo swoją zostawił w kabinie ciężarówki gdzieś pod Hamburgiem. Śmiał się z czegoś cicho, zasłaniając usta dłonią, tak jak robił to tata.
- Kiedy to było? - zapytałam. Głos miałam dziwnie równy.
- No... ze trzy lata będzie. Jesienią. Mirek ją zawiózł, a ty miałaś wtedy w sklepie remanent, mama mówiła. - Pani Wiesia zamrugała i nagle puściła moją rękę, jakby się sparzyła. - Jolu. Ty nie wiedziałaś?
Pamiętałam tamten remanent. Pamiętałam też, że mama zadzwoniła wieczorem i powiedziała, że Mirek zabrał ją "do ZUS-u w sprawie tej waloryzacji". Że zmęczona, że idzie spać. Nie dopytywałam. Po co miałam dopytywać? Mirek był w domu raz na trzy tygodnie, przywoził jej niemiecką czekoladę z orzechami i mama przez dwa dni chodziła odmłodzona. Cieszyłam się, że chociaż raz ktoś ją gdzieś zawiózł zamiast mnie.
Sześć lat. Poniedziałek, środa, piątek. Wyjazd spod bloku na Tysiącleciu dwadzieścia po szóstej, bo stacja dializ na Parkitce przyjmowała mamę na pierwszą zmianę. Cztery godziny czekania albo kurs do sklepu i z powrotem, jeśli Danusia z sąsiedniej klatki mogła mnie zastąpić. Płaciłam Danusi z własnej kieszeni. Część stałych klientek przeszła w tym czasie do Biedronki, bo "u pani Joli to nigdy nie wiadomo, kiedy otwarte". Grzegorz mówił, że się wykończę. Odpowiadałam, że jeszcze nie teraz.
Resztę stypy pamiętam jak przez szybę. Rosół, schabowe, ciocia Halina płacząca nad szarlotką. Mirek dwa razy próbował do mnie podejść. Za drugim razem zobaczył moją twarz i skręcił do toalety.
Wieczorem pojechałam do mamy. Do mieszkania, które - jak się okazało - od trzech lat nie było mamy.
Wszystko stało tak, jak zostawiłyśmy we wtorek. Kapcie pod wieszakiem. Na klamce torba z zeszytem pomiarów, ciśnieniomierzem i paczką sucharków, bo po dializie zawsze ją mdliło. Usiadłam w kuchni przy stole przykrytym ceratą w wiśnie i czekałam. Wiedziałam, że Mirek przyjdzie. Klucze miał od zawsze.
Przyszedł koło dziesiątej. Stanął w drzwiach kuchni, jeszcze w tej nowej marynarce.
- Wiesia ci powiedziała - stwierdził, nie zapytał.
- Wiesia. - Pokiwałam głową. - Nie ty. Nie mama. Sąsiadka z parteru, nad sernikiem.
Usiadł naprzeciwko. Ciężko, jak po długiej trasie.
- Jola, ja jej nie namawiałem. Przysięgam ci na wszystko. Sama zadzwoniła, sama umówiła notariusza. Powiedziała: "Jola ma Grześka, ma swoje mieszkanie, ma sklep. A ty co masz, synu? Pokój u obcych ludzi i alimenty".
- I to wystarczyło, żeby mi nic nie mówić?
Milczał tak długo, że lodówka zdążyła się włączyć i wyłączyć.
- Prosiła, żebym ci nie mówił - odezwał się w końcu. - Kazała mi obiecać.
- Dlaczego?
Potarł twarz obiema dłońmi. Miał dłonie taty, szerokie, z poczerniałymi skórkami przy paznokciach.
- Bo się bała, Jolka. Że jak się dowiesz, to przestaniesz ją wozić.
Siedziałam i patrzyłam na torbę na klamce. Na sucharki. Na zeszyt, w którym moim pismem, sześć lat, trzy razy w tygodniu, były zapisane ciśnienia, waga przed, waga po. Mieszkanie mnie bolało, owszem. Ale to zdanie bolało bardziej. Moja matka myślała, że jeżdżę z nią za coś. Że jak zabraknie nagrody, to zabraknie i mnie.
- I ty jej w to uwierzyłeś? - zapytałam cicho.
- Ja nie wiem, w co wierzyłem. - Głos mu się załamał. - Wiem, że trzy lata nie umiałem ci w oczy patrzeć. Dlatego tak rzadko przyjeżdżałem. Nie przez trasy. Przez ciebie.
Tej nocy nie spałam. Leżałam obok Grzegorza i myślałam o mamie. O tym, jak po śmierci taty liczyła każdą złotówkę, jak przez całe życie sprzątała po innych i zawsze miała w głowie jedno: że kiedy człowiek przestaje być potrzebny, ludzie odchodzą. Nie umiała uwierzyć, że ja nie odejdę. Może nikt jej nigdy nie dał powodu, żeby w to uwierzyła. Tylko że ja dawałam jej ten powód trzy razy w tygodniu przez sześć lat.
Po tygodniu Grzegorz zawiózł mnie do pani mecenas na Alei. Pani mecenas była młoda, rzeczowa, nie robiła wielkich oczu. Wyjaśniła, że darowiznę na rzecz Mirka dolicza się do spadku przy liczeniu zachowku, niezależnie od tego, ile lat minęło. Że mnie, jako córce, należy się jedna czwarta wartości mieszkania. I że mam na to pięć lat.
- Czy pani chce iść do sądu? - zapytała.
- Nie wiem, czego chcę - odpowiedziałam szczerze.
Wiedziałam za to, czego nie chcę. Nie chciałam, żeby Mirek do końca życia omijał mnie na cmentarzu. Nie chciałam też udawać, że te sześć lat się nie wydarzyło.
Zadzwoniłam do niego w niedzielę. Spotkaliśmy się na ławce pod blokiem mamy, pod bzem, który właśnie zaczynał kwitnąć.
- Nie chcę mieszkania - powiedziałam od razu. - Mieszkaj w nim. Ułóż sobie życie. Ale chcę zachowek. Tyle, ile mówi ustawa, ani złotówki więcej.
Spojrzał na mnie, jakby spodziewał się czegoś zupełnie innego. Krzyku, pozwu, może tego, że już nigdy się nie odezwę.
- Nie mam tyle od ręki.
- Wiem. Rozłożymy na raty. Podpiszemy u notariusza, porządnie. Żeby tym razem wszyscy wiedzieli.
Pokiwał głową. Potem jeszcze raz. Potem zapytał, czy może mi coś powiedzieć, i powiedział, że mama w ostatnim roku często pytała go, czy myśli, że "Jola by zrozumiała". On za każdym razem odpowiadał, że nie wie.
- Zrozumiałabym - powiedziałam. - I tak bym ją woziła. Szkoda, że się tego nie dowiedziała.
Podpisaliśmy ugodę w czerwcu. Mirek przelewa co miesiąc, zawsze dzień przed terminem, jakby się bał, że zawiedzie.
A ja w pierwszy poniedziałek po pogrzebie obudziłam się o szóstej, ubrałam, wzięłam kluczyki i zeszłam na parking. Siedziałam w samochodzie dobre dziesięć minut, zanim zrozumiałam, że nie mam po kogo jechać.
Pojechałam do sklepu. Pierwszy raz od sześciu lat otworzyłam go sama, punktualnie o siódmej. Pani Zosia z czwartego piętra stała już pod drzwiami i powiedziała, że dobrze mnie znowu widzieć.
Mama nigdy nie uwierzyła, że zostałabym bez nagrody. Ja już wiem, że bym została - i to musi mi wystarczyć za nas obie. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];