Co niedzielę syn wyjeżdża ode mnie z torbą słoików - rosół, gołąbki, bigos na cały tydzień. Przy pakowaniu wnuczka powiedziała, że mama się cieszy, bo "dzięki słoikom od babci w lutym lecimy do Tunezji". Na moje urodziny w sierpniu nie przyjechali, bo "benzyna taka droga, mamo".

Poznałam swój słoik po pokrywce. Zielona, z wgnieceniem z boku, i z napisem markerem, który sama robiłam w każdy czwartek: "dla Bartka". Na zdjęciu widać było tylko "dla Bar", reszta ginęła pod kciukiem kogoś, kto trzymał słoik pod światło, żeby ładnie błyszczał.

- Dwadzieścia osiem złotych za litr - przeczytała Teresa, przybliżając tablet do oczu. - "Bigos domowy jak u babci, gotowany trzy dni. Dowóz Zgierz i Łódź: Bałuty, Teofilów. Środy i soboty". Halinka... to nie jest twój?

Siostra Teresy mieszka w Zgierzu i wrzuca jej wszystko z tamtejszej grupy ogłoszeniowej, od zaginionych kotów po tanie opony. Teresa przyszła do mnie z tym tabletem tylko dlatego, że zdjęcie wydało jej się znajome. Potem przewinęła niżej. Gołąbki w sosie pomidorowym, trzydzieści dwa złote. Rosół z makaronem, dwadzieścia dwa. Pod spodem czterdzieści siedem komentarzy. "Smakuje jak u mojej mamy". "Kiedy znowu bigos?". "Zamawiam stałe co tydzień".

Profil nazywał się "Obiady od Kingi".

Dwa tygodnie wcześniej Oliwka, pakując ze mną słoiki do torby, powiedziała to swoje zdanie o Tunezji i o tym, że mama się cieszy. Wtedy pomyślałam, że chodzi o zaoszczędzone na zakupach. Że Kinga mniej wydaje w Lidlu, a ja przynajmniej na coś się przydaję. Nawet mnie to trochę rozczuliło.

Teraz patrzyłam na "środy i soboty" i liczyłam w głowie. Moje urodziny wypadły w sobotę. Bartek zadzwonił koło południa: "Mamo, wszystkiego najlepszego, ale nie damy rady, benzyna taka droga". Mieszkam na Teofilowie, na Rojnej. Tamtej soboty mój syn jeździł z moim bigosem po moim osiedlu.

Przez trzydzieści dwa lata byłam księgową w spółdzielni mleczarskiej. Całe życie liczyłam cudze pieniądze i nauczyłam się jednego: liczby nie kłamią, kłamią ludzie, którzy je podają. Wzięłam z kredensu długopis i na marginesie krzyżówki zaczęłam rozpisywać.

Na początku, rok temu, były to cztery, pięć słoików tygodniowo. Potem przyszedł SMS od Bartka: "Mamo, jakbyś mogła w tym tygodniu podwójnie, Kinga mrozi na zapas". Kupiłam drugi duży garnek na Bałuckim Rynku.

Później trzeci. Ostatnio wydawałam im w niedzielę osiemnaście, czasem dwadzieścia słoików, a w czwartki stałam przy kuchni od siódmej rano do wieczora, aż mi puchły kostki. Mięso, kapusta, grzyby, słoiki, pokrywki - wszystko z mojej emerytury, która i bez tego ledwo starczała na rachunki. Myślałam, że Kinga ma wielką zamrażarkę. Nigdy nie zapytałam, gdzie to wszystko mieści.

Osiemnaście razy dwadzieścia osiem. Razy cztery tygodnie. Odłożyłam długopis.

- Zadzwonisz do niego? - zapytała Teresa.

- Nie - powiedziałam. - Ty zamówisz.

Teresa mieszka w sąsiednim bloku, na Szparagowej. Jej adresu Kinga nie mogła skojarzyć. Wieczorem napisała z własnego konta: dwa słoiki bigosu, na środę, czwarte piętro, domofon 41. Po kwadransie przyszła odpowiedź z trzema serduszkami: "Dowóz między 18 a 19, płatność gotówką lub BLIK-iem, pozdrawiam serdecznie!".

W środę o osiemnastej dwadzieścia siedziałam w kuchni Teresy z odliczonymi pieniędzmi w dłoni. Pięćdziesiąt sześć złotych, w tym dwie piątki w bilonie. Domofon zabrzęczał, w słuchawce odezwał się znajomy głos:

- Dostawa, obiady.

Słyszałam jego kroki na schodach. Zawsze chodził ciężko, jak jego ojciec. Kiedy zapukał, to ja otworzyłam drzwi.

Bartek stał na wycieraczce z niebieską torbą termiczną przewieszoną przez ramię. W ręku trzymał dwa moje słoiki. Zobaczyłam, jak krew odpływa mu z twarzy, a potem wraca, zbyt szybko i zbyt czerwona.

- Mama...

- Ile płacę? - zapytałam.

Nie odpowiedział. Podałam mu pieniądze, a on wziął je odruchowo, tak jak kiedyś brał ode mnie drugie śniadanie do szkoły. Odebrałam słoiki, obróciłam jeden w dłoniach i przeczytałam na pokrywce własne pismo.

- Ten jest z czwartku, jeszcze się nie przegryzł - powiedziałam. - Mów klientom, żeby postał do piątku. Tak lepszy.

- Mamo, to Kinga wymyśliła, ja tylko...

- Wiem, kto pisze ogłoszenia. Pytam, kto prowadzi samochód.

Za moimi plecami Teresa stała w przedpokoju i udawała, że wiesza ścierkę. Bartek oparł się ramieniem o futrynę.

- Ty i tak zawsze gotowałaś za dużo - powiedział cicho. - Sama zawsze mówiłaś, że dla jednej osoby się nie opłaca. Myślałem... co ci to szkodzi.

- A w sierpniu? W sobotę?

Długo patrzył na swoje buty.

- Miałem dwadzieścia trzy adresy - odpowiedział w końcu.

Nie krzyczałam. Kiwnęłam tylko głową, jakbym odebrała raport z magazynu, i zamknęłam drzwi. Dopiero potem usiadłam przy stole Teresy, postawiłam przed sobą dwa słoiki z własnym bigosem i siedziałam tak, aż za oknem zrobiło się ciemno.

W niedzielę przyjechała Kinga. Sama, pierwszy raz od miesięcy, bez Bartka i bez Oliwki. Stanęła w drzwiach z zeszytem w kratkę przyciśniętym do piersi, jakby niosła dowód w sprawie.

- Pani Halino, ja wiem, jak to wygląda.

- To dobrze. Bo ja jeszcze nie wiem. Siadaj.

Opowiadała długo i nieskładnie. Że po zamknięciu sklepu obuwniczego w galerii przez pół roku szukała pracy i wszędzie słyszała, że po czterdziestce to już "raczej nie". Że koleżanka spróbowała u nich mojego bigosu i poprosiła o słoik dla teściów, a potem jej sąsiadka, a potem ktoś założył jej profil, bo sama nie umiała. Że próbowała gotować sama, według moich przepisów, i ludzie od razu pisali, że to nie to samo.

- Pierwszy raz od lat mam pieniądze, o które nie muszę prosić Bartka - powiedziała, a głos jej się załamał. - I za każdym razem w niedzielę chciałam pani powiedzieć. I za każdym razem było trudniej. A soboty... soboty to połowa zamówień.

Otworzyłam jej zeszyt. Kolumny, daty, adresy, kwoty, wszystko czytelne, podliczone na dole każdej strony. Wbrew sobie poczułam coś na kształt zawodowego szacunku. Porządnie prowadzone. Lepiej niż niejedna księgowość, którą w życiu widziałam.

Wzięłam długopis i na ostatniej stronie napisałam trzy linijki. Składniki - zwrot co tydzień według paragonów. Zysk ze sprzedaży - pół na pół. Trzecia sobota sierpnia - nieczynne.

Kinga czytała to długo.

- A jak się nie zgodzę?

- To od jutra gotuję dla was na trzy osoby. Tyle, ile zjecie. Reszta to już twoja kuchnia.

Patrzyła na mnie, ja na nią. W końcu przysunęła zeszyt do siebie i pod moimi linijkami napisała: "Zgoda. K.".

Urodziny na razie jej nie wybaczyłam. Z bigosem się dogadałyśmy.

W lutym polecieli do Tunezji. Przez ten tydzień na profilu wisiała informacja o przerwie urlopowej, a ja pierwszy raz od roku przespałam czwartek do ósmej.

A w sierpniu Kinga wrzuciła nowy post, ze zdjęciem mojego garnka: "W sobotę nieczynne. Szefowa kuchni ma urodziny". Przyjechali we trójkę, o dwunastej, z tortem z cukierni na Zgierskiej. Bartek przez cały obiad ani razu nie spojrzał na zegarek. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];