Od sześciu lat czternastą emeryturę odkładam na październikowy turnus w Ciechocinku z koleżanką z pracy. We wrześniu, w dniu wypłaty, zadzwoniła córka: "Mamo, skoro i tak dostałaś czternastkę, to dołożysz się Oskarowi do ferii w Alpach? Ciechocinek ci nie ucieknie"

Siedziałam przy kuchennym stole z okularami na czubku nosa i telefonem przy uchu, a Halinka po drugiej stronie już trzeci raz czytała mi cennik pokoi.

- Teresa, dwójka z balkonem od strony parku czy bez balkonu, ale bliżej tężni? Bo z balkonem to dopłata, ale wiesz, wieczorem posiedzieć, herbatkę wypić...

- Z balkonem - powiedziałam bez namysłu. - Szósty raz jedziemy, Halinka. Należy nam się balkon.

Zaśmiała się tym swoim chrapliwym śmiechem, który znam od trzydziestu lat, jeszcze z hali, kiedy obie stałyśmy na zmianach w fabryce słodyczy. Ja byłam szefową zmiany, ona pakowała bombonierki i zawsze mówiła, że ja krzyczę, a ona i tak robi swoje. Umówiłyśmy się, że wieczorem zadzwoni do ośrodka i zarezerwuje. Rozłączyłam się, otworzyłam aplikację banku. Była. Czternastka. Jak co roku we wrześniu.

Telefon zawibrował mi w ręce, zanim zdążyłam go odłożyć. Magda.

- Mamo, cześć, masz chwilę? Słuchaj, bo ja tak szybko, bo jestem w pracy. Skoro i tak dostałaś czternastkę, to dołożysz się Oskarowi do ferii w Alpach? Ciechocinek ci nie ucieknie.

Powiedziała to tak lekko, jakby prosiła, żebym kupiła chleb, skoro i tak idę do sklepu. Zamilkłam. Na kuchence zaczął gwizdać czajnik i nie wstałam, żeby go zgasić.

- Jakich Alpach, Madziu?

- No przecież ci mówiłam. Rodzice Kuby jadą w lutym do Austrii, wynajmują apartament, zaproponowali, żeby Oskar jechał z nimi. Mamo, oni go zaprosili, rozumiesz? Mamy tylko dołożyć swoją część, skipass, wypożyczalnię, przelot. Zaliczka do końca września. Brakuje nam trzech tysięcy.

Trzy tysiące. Czyli prawie cała czternastka, cały mój październik, ten pokój z balkonem.

- Muszę pomyśleć - powiedziałam.

- O czym tu myśleć? - W jej głosie coś się napięło. - Mamo, to jest twój wnuk.

Zgasiłam czajnik dopiero wtedy, kiedy się rozłączyła.

Wieczorem Halinka zadzwoniła sama.

- No i co, zarezerwowałam? Bo pani w recepcji mówi, że na październik schodzi jak świeże bułeczki.

- Halinka, poczekaj jeszcze dzień.

Cisza w słuchawce była wymowna. Halinka mieszka sama na Winogradach od śmierci męża, dzieci ma w Anglii, i ten nasz Ciechocinek to dla niej coś więcej niż borowina i inhalacje. To dwa tygodnie w roku, kiedy ktoś na nią czeka przy śniadaniu.

- Magda? - zapytała tylko.

- Magda.

- Teresa, ja nic nie mówię. Ale ty sobie przypomnij, kto ci rok temu zrobił awanturę, że jedziesz "na wczasy", jak ona ma remont łazienki.

Pamiętałam. I pamiętałam też, że wtedy pojechałam, a Magda przez trzy tygodnie odbierała ode mnie telefon tylko po to, żeby powiedzieć, że nie ma czasu.

Przez następne dni chodziłam po mieszkaniu jak po cudzym. Wycierałam kurz z meblościanki, przekładałam zdjęcia w albumie. Oskar w komunijnym garniturku, Oskar na plaży w Mielnie, Oskar z pierwszym pucharem z zawodów pływackich. Czternaście lat. Wysoki już, wyższy ode mnie, a w niedzielę przy pierogach nadal pyta, czy jest jeszcze sernik.

Trzy tysiące to nie są pieniądze, które sobie wyjmuję z kieszeni. Emerytura po trzydziestu latach na zmianach starcza mi na rachunki, leki i trochę na życie. Czternastka to jedyne, co jest naprawdę moje. Nie odkładam z niej na czarną godzinę, nie łatam z niej dziur. Sześć lat temu postanowiłam, że wydam ją na siebie, i dotrzymywałam tego jak przysięgi.

I teraz miałam poczucie, że jestem podłą babką, która wybiera błoto w wannie zamiast wnuka.

W niedzielę przyjechali na obiad. Piotr, zięć, jak zwykle zmęczony, zjadł dwa talerze rosołu i poszedł na balkon zadzwonić do kogoś z hurtowni. Magda zmywała, chociaż prosiłam, żeby zostawiła. Oskar siedział w pokoju z telefonem.

Weszłam do niego z talerzykiem sernika.

- Babcia, dzięki - uśmiechnął się, nie podnosząc wzroku.

- Oskar, a ty się cieszysz na te Alpy?

Podniósł głowę. Popatrzył na drzwi do kuchni, potem na mnie. I wzruszył ramionami tak, jak wzruszają ramionami czternastolatkowie, kiedy nie chcą skłamać, a boją się powiedzieć prawdę.

- Ja nawet nie umiem jeździć na nartach, babciu. Kuba jeździ od przedszkola. Będę tam stał na tej oślej łączce z maluchami. - Zawahał się. - Ale mama mówi, że takiej okazji drugi raz nie będzie.

Wróciłam do kuchni. Magda stała przy zlewie plecami do mnie, w moim fartuchu w kratkę, który zawsze zakłada, kiedy u mnie zmywa.

- Madziu - powiedziałam. - Nie dołożę.

Odstawiła talerz na suszarkę bardzo powoli. Woda dalej leciała z kranu.

- No tak - powiedziała, nie odwracając się. - Oczywiście. Ciechocinek.

- Nie chodzi o Ciechocinek.

- A o co? - Odwróciła się i zobaczyłam, że ma czerwone oczy. Nie od płaczu teraz. Od czegoś starszego. - Mamo, ja nigdzie nie jeździłam. Pamiętasz Zakopane w siódmej klasie? Cała klasa pojechała. Ja jedna zostałam. Siedziałam tydzień w szkole z drugą klasą, bo mnie przydzielili do nich na lekcje. Wszyscy wrócili z ciupagami.

Pamiętałam. Dziewięćdziesiąty ósmy, dwa lata po śmierci Zbyszka. Zima była ciężka, trzeba było kupić węgiel do piwnicy dla mojej matki i Magdzie okulary, bo nie widziała z tablicy. Wybrałam okulary i węgiel. Myślałam, że to oczywiste. Nigdy jej nie zapytałam, jak było tamtego tygodnia.

- Ja nie chcę, żeby on był tym jedynym - powiedziała cicho. - Piotrowi w hurtowni obcięli premie. My tego nie udźwigniemy sami. A ty masz...

- Ja mam czternastkę, Madziu. Jedną w roku.

Stałyśmy w tej mojej małej kuchni, między lodówką a kuchenką, i obie płakałyśmy, każda nad czymś innym.

- Oskar nie umie jeździć na nartach - powiedziałam w końcu. - Wiesz o tym?

Zamrugała.

- Nauczy się.

- W tydzień, na oślej łączce, kiedy Kuba będzie zjeżdżał z czerwonej trasy? Madziu, ty mu chcesz kupić tamto Zakopane. Twoje. Ale on nie jest tobą, a ja nie odkupię tamtej zimy jego feriami.

Nie odpowiedziała. Zdjęła fartuch, powiesiła go na haczyku i zawołała Oskara, że jadą. W drzwiach pocałowała mnie w policzek, szybko, chłodno, jak obcą ciotkę.

Halinka zarezerwowała pokój z balkonem. Pojechałyśmy dwunastego października autobusem z dworca, z termosem i kanapkami z jajkiem. Pierwsze trzy dni chodziłam pod tężnie i nie umiałam oddychać tą solanką tak, jak co roku, głęboko i spokojnie. Ciągle sprawdzałam telefon. Magda nie pisała.

Czwartego dnia, kiedy siedziałyśmy z Halinką na ławce przy fontannie Grzybek, zadzwoniła.

- Mamo. - Głos miała zmęczony, ale inny. - Odwołaliśmy Austrię. Rozmawiałam z Oskarem. Długo. Powiedział mi, że bał się, że się wygłupi przy Kubie. A ja w ogóle go o to nie zapytałam.

Nic nie mówiłam. Halinka udawała, że karmi gołębie.

- Piotr znalazł na ferie domek w Białce. Cztery dni. Oskar pójdzie do szkółki narciarskiej z dziećmi w swoim wieku, nie z przedszkolakami. Stać nas na to sami. - Wzięła oddech. - Pojedziesz z nami? Za swoją część zapłacisz, jak chcesz, ja wiem, że ty i tak będziesz chciała.

Zaśmiałam się przez łzy.

- Zapłacę. I kupię ci ciupagę.

- Mamo...

- Dla Oskara też. Żeby mieliście obie.

Halinka szturchnęła mnie łokciem, bo powiedziałam "mieliście" zamiast "mieli", a ona zawsze mnie poprawiała, nawet na hali.

Wieczorem siedziałyśmy na tym naszym balkonie z herbatą z cytryną i patrzyłam na park, w którym kasztany spadały na alejki. Ciechocinek mi nie uciekł. Ale przez te kilka dni po raz pierwszy zrozumiałam, że czasem trzeba od czegoś nie uciec, żeby ktoś inny przestał. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];