Po śmierci teścia mąż od razu zaczął liczyć, co zrobimy z jego domem pod Kutnem. U notariusza okazało się, że dom i oszczędności teść zapisał sąsiadce, pani Danucie, która przez ostatnie cztery lata robiła mu zakupy i woziła go do lekarza. Mąż w tym czasie dzwonił do ojca na imieniny i na święta.

Grzesiek liczył na odwrocie kartki z zakładu pogrzebowego, tej, na której ktoś wypisał nam numer kwatery. Siedział przy kuchennym stole jeszcze w czarnej koszuli, którą rano prasowałam przed wyjazdem do Kutna, i stukał długopisem w blat.

- Dom ze trzysta tysięcy pójdzie, jak się ktoś trafi. Działka duża, sad, garaż murowany. Tata na koncie też coś miał, on całe życie odkładał. - Podniósł na mnie wzrok. - Jolka, Oli starczy na wkład własny. Wreszcie wyjdą z tego wynajmu.

Powinnam była kazać mu odłożyć ten długopis. Ojca pochowaliśmy cztery godziny wcześniej, na płycie jeszcze nie zwiędły goździki. Ale nic nie powiedziałam. Bo ja też, stojąc nad grobem, myślałam o naszej Oli i o małym Kubie, który w ich kawalerce na Retkini śpi w jednym pokoju z rodzicami. Wstawiłam wodę na herbatę i milczałam. Dziś wiem, że to milczenie też było liczeniem.

Ósmego maja, w imieniny Stanisława, Grześkowi zapikał telefon. Na ekranie wyskoczyło przypomnienie: "Tata - imieniny, zadzwonić". Grzesiek wyłączył je kciukiem i bez słowa poszedł na zmianę. Od dwudziestu lat jeździ autobusem w MPK, nauczył się nie pokazywać po sobie, co go gryzie.

Tydzień później siedzieliśmy w poczekalni kancelarii notarialnej w Kutnie. Na krześle pod oknem siedziała pani Danuta, sąsiadka teścia zza drogi. Ta sama, która na pogrzebie stała z boku w szarym płaszczu i płakała tak cicho, że zauważyłam to dopiero przy kondolencjach. Kiwnęła nam głową.

- A ona co tu robi? - szepnął Grzesiek.

Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo notariuszka zaprosiła nas do środka. Wszystkich troje.

Testament był krótki, sporządzony dwa lata wcześniej w tej samej kancelarii. Stanisław Kowalczyk powoływał do całego spadku panią Danutę Wróbel. Dom, działka, pieniądze w banku. Notariuszka czytała równym głosem, jakby to była instrukcja obsługi pralki.

Grzesiek poczerwieniał od szyi w górę. Jestem z nim trzydzieści cztery lata, wiem, jak to wygląda, kiedy w nim wzbiera.

- To jakaś pomyłka. Ja jestem jedynym synem.

- Testament jest ważny - odpowiedziała spokojnie notariuszka. - Panu przysługuje zachowek, połowa wartości tego, co dostałby pan z ustawy. Może go pan dochodzić od spadkobierczyni.

Pani Danuta siedziała z dłońmi złożonymi na torebce i patrzyła w podłogę. Nie odezwała się ani razu.

W samochodzie Grzesiek uderzył otwartą dłonią w kierownicę.

- Cztery lata się koło niego kręciła. Zakupy, przychodnia, rosół w słoiku. Wiedziała, co robi.

- A on ci mówił, że ona go wozi? - zapytałam.

- No mówił. Coś tam mówił. - Wrzucił kierunkowskaz za mocno. - Przecież nie będę wnikał, kto komu chleb przynosi.

I to była prawda. Stanisław mówił. Przez telefon, w te cztery minuty na imieniny i dwie na Wigilię, rzucał: "Danusia mnie wiozła do kardiologa", "Danusia przyniosła pierogi". Grzesiek odpowiadał "no to dobrze, tato" i pytał o pogodę.

Nie zawsze tak było. Kiedy żyła teściowa, jeździliśmy pod Kutno co drugą niedzielę. Stanisław był kolejarzem, całe życie przepracował na węźle w Kutnie, i rządził domem jak rozkładem jazdy - wszystko na swoim miejscu, o swojej godzinie.

Po śmierci żony coś w nim stwardniało. Każda wizyta kończyła się przytykiem. Że samochód na kredyt. Że Ola za szybko wyszła za mąż. Aż na pierwszą rocznicę śmierci matki, przy stole, powiedział synowi: "Do matki to też tylko od święta przyjeżdżałeś". Grzesiek wstał, wziął kurtkę i wyszedł. Potem zostały już tylko telefony.

W następnym tygodniu Grzesiek był u prawnika w Łodzi. Wrócił z wydrukami.

- Połowa wartości. Jak ona nie ma gotówki, to sprzeda dom i spłaci. Proste.

- Grzesiu, ta kobieta ma prawie siedemdziesiąt lat.

- A mój ojciec miał osiemdziesiąt dwa. I co, ktoś mnie pytał?

Zadzwoniłam do Oli, myśląc, że ją ucieszę. Długo milczała w słuchawce.

- Mamo, a dziadek w ogóle wiedział, że Kuba chodzi już do przedszkola?

Nie umiałam odpowiedzieć.

W czwartek Grzesiek miał popołudniową zmianę. Wzięłam samochód i pojechałam pod Kutno sama, nikomu nic nie mówiąc. Bzy przy płocie teścia kwitły tak, że zapach czuło się już od przystanku. Stałam przy furtce pani Danuty dobre pięć minut, zanim nacisnęłam dzwonek.

Wpuściła mnie bez zdziwienia, jakby czekała. W kuchni pachniało rabarbarem. Postawiła przede mną herbatę z cytryną i usiadła naprzeciwko.

- Ja wiem, po co pani przyjechała. Pani mąż chce zachowek. - Mówiła spokojnie, tylko palcami obracała obrączkę, której od lat nie miała komu nosić. - Ja takich pieniędzy nie mam. Sprzedam dom po Stasiu i oddam, co się należy. Ja go nie chciałam. Mówiłam mu: zostaw synowi, nie rób zamieszania.

- To czemu zrobił?

Długo się zastanawiała.

- Był zły. Na syna, na siebie, na cały świat. Powiedział, że niech chociaż raz ktoś coś dostanie za to, że był. - Wstała, otworzyła szufladę kredensu. - Ale to nie jest moje. To niech pani weźmie.

Podała mi zeszyt w kratkę, szesnastokartkowy, z wytartą okładką. W środku, równym, kolejarskim pismem Stanisława, rubryki. Data. Godzina. Długość rozmowy.

"8 V. Dzwonił Grzesiu. 4 min. Pytał o zdrowie."

"24 XII. Dzwonił. 2 min. Mały Kuba ma katar."

A pomiędzy, na całych stronach, jedno zdanie, wpisywane co kilka dni: "Nie dzwonił. Pewnie ma zmianę."

- Co wieczór siadał przy telefonie - powiedziała cicho pani Danuta. - Ja mu mówiłam: Stasiu, zadzwoń pierwszy. A on, że ojciec się prosić nie będzie. Mój syn od dziewięciu lat w Norwegii, też dzwoni na święta. To się rozumieliśmy.

Ostatni wpis był z dwudziestego drugiego kwietnia. Pismo już krzywe, uciekające w dół.

"Za dwa tygodnie imieniny. Grzesiu zadzwoni."

Wieczorem położyłam zeszyt na stole w kuchni, tym samym, przy którym Grzesiek liczył dom. Wrócił po dwudziestej drugiej, zmęczony, chciał tylko herbaty. Zobaczył zeszyt i nie zapytał, skąd go mam. Usiadł. Czytał strona po stronie, bardzo wolno, jak dziecko, które dopiero składa litery.

Przy ostatniej stronie przyłożył do niej płasko całą dłoń. Siedział tak długo, że herbata wystygła. Ramiona mu drżały, ale nie wydał żadnego dźwięku.

- Miałem w telefonie - powiedział w końcu. - Ósmy maja. Ustawiłem przypomnienie, żeby nie zapomnieć. Rozumiesz, Jolka? Żeby nie zapomnieć zadzwonić do własnego ojca.

Następnego dnia zadzwonił do prawnika i powiedział, że nie będzie żadnego pozwu. Prawnik próbował mu tłumaczyć, że ma prawo. Grzesiek odpowiedział, że wie, i rozłączył się.

W sobotę pojechaliśmy pod Kutno razem. Grzesiek stanął w drzwiach pani Danuty z bukietem z kwiaciarni przy rynku i długo nie mógł zacząć.

- Ja bym tylko prosił o czapkę taty. Tę kolejarską. I zeszyt sobie zostawię, jeśli pani pozwoli.

Pani Danuta przyniosła czapkę z przedpokoju. Potem spojrzała na sad za płotem.

- Jabłonie trzeba pryskać. Ja sama już nie dam rady. Jakby pan czasem przyjechał.

Przyjeżdża. Co drugą sobotę jeździ pryskać drzewa, które nie są jego, i kosić trawę przy domu, który nie jest jego. Ola dalej wynajmuje kawalerkę, a ja przestałam liczyć, ile mogło być na tamtym koncie.

Grzesiek dzwoni teraz do Oli co wieczór. Czasem tylko po to, żeby zapytać, czy Kuba zjadł kolację. Niektórych rachunków nie da się już wyrównać. Można najwyżej przestać dopisywać nowe. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];