Pani z warzywniaka na rogu, wydając mi resztę, powiedziała cicho: "Nie moja sprawa, ale pani męża widziałam w sobotę w Ikei z taką krótko ostrzyżoną, wybierali razem pościel". Wieczorem zapytałam męża, co robił w sobotę. "Przecież mówiłem, byłem u Waldka na działce".
Stałam przy ladzie z otwartą portmonetką i liczyłam drobne na pietruszkę i kilo jabłek, kiedy pani Hania nachyliła się nad wagą i ściszyła głos.
- Nie moja sprawa, ale... pani męża widziałam w sobotę w Ikei. Z taką krótko ostrzyżoną. Wybierali razem pościel.
Wsypała mi resztę do dłoni. Jedna moneta wyśliznęła mi się między palcami i potoczyła pod skrzynkę z ziemniakami. Nie schyliłam się po nią.
- Pewnie się pani pomyliła - powiedziałam. Głos miałam zupełnie normalny. Za normalny.
- Może - Hania wzruszyła ramionami, ale nie podniosła oczu znad wagi. - Ja tam z córką byłam po regał. Tylko że pana Ryszarda to ja znam, on u mnie od dwudziestu lat ogórki do kiszenia bierze.
Wracałam przez Kozanów z siatką, która nagle ważyła chyba dziesięć kilo. Mijałam ławki pod kwitnącymi bzami, sąsiadkom mówiłam "dzień dobry" jak zawsze. A w głowie tylko jedno słowo: krótko ostrzyżona. Ja od trzydziestu lat noszę włosy do ramion, co sześć tygodni farbowane na kasztan, żeby siwizna nie wyłaziła.
Wieczorem Ryszard siedział przed telewizorem i oglądał skróty meczów. Postawiłam przed nim herbatę z cytryną, jak co wieczór od trzydziestu dwóch lat.
- Rysiu, a co ty w sobotę robiłeś?
- Przecież mówiłem - nawet nie odwrócił głowy. - Byłem u Waldka na działce. Altankę mu kryliśmy papą.
- Cały dzień?
- A jak? Papa to nie jest robota na godzinę, Jola.
Upił łyk i powiedział, że za słodka. Herbata była taka sama jak zawsze.
Nie spałam tej nocy. Leżałam, słuchałam jego równego oddechu i liczyłam. Mama zmarła w styczniu. Przez cztery lata, odkąd po pierwszym udarze przestała sama wstawać, codziennie po zmianie w aptece jechałam do niej na Popowice.
Myłam ją, karmiłam, układałam leki w pudełku na cały tydzień - przecież to mój zawód, kto miał to zrobić lepiej. Ostatnie pół roku spałam u niej na rozkładanym fotelu. Ryszard mówił: "Idź, idź, ja sobie poradzę". Odgrzewał pierogi, sam prasował koszule. Byłam mu za to taka wdzięczna.
Dwa dni później do apteki przyszła Ela, żona Waldka, z receptą na ciśnienie. Znamy się od lat, nasze dzieci chodziły razem do podstawówki. Wydałam jej tabletki i rzuciłam od niechcenia:
- I co, altanka już pokryta?
- Jaka altanka? - zdziwiła się. - My od piątku do niedzieli byliśmy w Opolu, na chrzcinach u wnuka. Działka zarośnięta jak dżungla, Waldek od miesiąca tam nie zajrzał.
Zobaczyłam, jak coś jej przechodzi przez twarz. Zrozumiała. Schowała tabletki do torebki szybciej, niż trzeba.
- Jola, może ja coś pokręciłam...
- Nie, Elu. Niczego nie pokręciłaś.
W czwartek wzięłam Ryszarda skodę, żeby zawieźć do hospicjum mamy wózek inwalidzki. Obiecałam im go jeszcze w lutym i ciągle odkładałam, bo nie miałam siły patrzeć na ten wózek. Kiedy szukałam w schowku na drzwiach okularów przeciwsłonecznych, wypadł mi stamtąd zwinięty paragon.
Ikea Wrocław, sobota, 14:52. Komplet pościeli, bawełna, 200 na 220. Dwie poszewki. Lampka nocna.
Siedziałam na parkingu pod blokiem z tym paragonem na kolanach i myślałam, absurdalnie, tylko o jednym: my mamy kołdry 160 na 200. Od zawsze. Ta pościel nie pasowała do naszego łóżka. Ona była do innego łóżka.
W sobotę rano Ryszard wkładał w przedpokoju kurtkę.
- Jadę do Waldka. Wrócę na kolację.
Położyłam paragon na stole, obok jego kubka. Wygładziłam go dłonią.
- Ela mówi, że Waldek w zeszłą sobotę był w Opolu. Na chrzcinach.
Zatrzymał się z jedną ręką w rękawie. Długo tak stał. Potem zdjął kurtkę, powiesił ją z powrotem na wieszaku, starannie, jakby to było teraz najważniejsze, i usiadł naprzeciwko mnie. Ręce położył na stole. Duże, spracowane ręce kierowcy, który trzydzieści lat przejeździł autobusami MPK po całym Wrocławiu.
- Kto to jest? - zapytałam.
- Iwona. Z zajezdni, dyspozytorka. Rozwiodła się dwa lata temu, wynajęła kawalerkę na Gądowie, nie miała nic, nawet garnków. Ja jej... pomagałem.
- Pościel jej wybierałeś.
- Jola... - zaczął i urwał. Potem powiedział to, czego się nie spodziewałam. - Ciebie nie było. Cztery lata cię nie było. Wracałaś od mamy o dziesiątej, myłaś się i padałaś. Ja nie mówię, że miałaś nie chodzić. Musiałaś. Ale ja tu siedziałem z tym telewizorem i sam do siebie gadałem.
- Mama umierała.
- Wiem. Dlatego nic nie mówiłem. Myślałem, że jak się to wszystko skończy, to i ja to zakończę.
- Mama umarła w styczniu. Jest maj.
Spuścił głowę.
- Nie umiem. Ona czeka, jak wracam z kursu. Pyta, jak mi minął dzień. Ty mnie, Jola, od lat o to nie zapytałaś.
Chciałam krzyczeć, że nie miałam kiedy. Że przez cztery lata nikt nie zapytał, jak mnie minął dzień. Ale coś mnie powstrzymało, bo w tym jednym zdaniu była prawda, której nie chciałam usłyszeć. Nie pytałam. Przestałam dużo wcześniej niż mama zachorowała. Mama tylko sprawiła, że już nawet nie udawałam.
To niczego nie usprawiedliwiało. Ale wszystko tłumaczyło.
Wstałam, otworzyłam pawlacz w przedpokoju i wyciągnęłam dużą niebieską torbę z Ikei, w której od lat nosiłam pranie do suszarni na strychu. Zaczęłam pakować jego koszule. Te, które sam prasował przez cztery lata.
- Jola, co ty robisz?
- Pakuję cię, Rysiu. Pościel już tam masz.
Nie płakałam. Płakałam dopiero wieczorem, kiedy drzwi zamknęły się za nim cicho, bez trzaskania. Siedziałam w kuchni do północy i patrzyłam na jego kubek, którego nie umyłam.
Pozew złożyliśmy w lipcu, bez orzekania o winie. Tak chciałam ja, nie on. Nie potrzebowałam wyroku sądu, żeby wiedzieć, co się stało. Co do mieszkania dogadaliśmy się spokojnie, jak dwoje ludzi, którzy przez trzydzieści lat nauczyli się przynajmniej jednego - nie robić sobie wstydu przy obcych. Syn długo nie mógł się z tym pogodzić. Córka powiedziała tylko: "Mamo, ty pierwszy raz od lat wyglądasz, jakbyś oddychała".
Kilka tygodni później znowu stanęłam przy ladzie w warzywniaku. Pani Hania ważyła mi pomidory i co chwila zerkała na mnie spod oka.
- Ja nie chciałam pani zrobić przykrości - powiedziała w końcu cicho.
- Wiem, pani Haniu. Pani jedna mi wtedy nie skłamała.
Nic nie odpowiedziała. Tylko dorzuciła mi do siatki pęczek pietruszki i machnęła ręką, kiedy sięgnęłam po portmonetkę.
"Nie moja sprawa" - tak się u nas mówi, kiedy człowiek chce mieć święty spokój. Pani Hania jako jedyna nie chciała go mieć moim kosztem.
var adsinserter = adsinserter || {};
adsinserter.tags = ['fulladsnew'];