Siostra zadzwoniła z sanatorium w Ustroniu obrażona, że mój mąż minął ją w parku zdrojowym i udał, że jej nie widzi. W te dni mąż pomagał bratu kłaść dach pod Szczecinem. Przynajmniej tak mówił, kiedy pakował do bagażnika skrzynkę z narzędziami.

- Jola, powiedz mi szczerze, co ja wam takiego zrobiłam? - Halina nawet się nie przywitała. - Bo jak mnie własny szwagier mija w parku jak obcą babę, to chyba coś zrobiłam.

Telefon wibrował w kieszeni mojego fartucha już trzeci raz, więc przeprosiłam pana z receptą i wyszłam na zaplecze apteki. Pachniało tam kartonami i maścią rozgrzewającą, którą ktoś rano rozlał przy rozpakowywaniu dostawy.

- Halinka, o czym ty mówisz? Grzesiek jest pod Szczecinem. U Zdziśka. Dach kładą.

- Pod jakim Szczecinem? Dziś rano, przy fontannie w parku zdrojowym. W tej szarej kurtce, co mu ją kupiłaś na sześćdziesiątkę. Zawołałam "Grzesiu!", a on się odwrócił, popatrzył na mnie i poszedł dalej. Z jakąś kobietą pod rękę.

Oparłam się o regał z syropami. Ktoś z sali zawołał "pani magister", ale nie ruszyłam się z miejsca.

- Halinka, tam pełno emerytów w szarych kurtkach.

- Jolka, ja go znam trzydzieści sześć lat. Ma tę swoją czapkę z kolei i chodzi, jakby mu ktoś deskę do pleców przywiązał. To był Grzesiek. I wiesz co? Zobaczył mnie. Ja widziałam, że mnie zobaczył.

Powiedziałam, że oddzwonię. Wróciłam do lady, wydałam panu z receptą leki na ciśnienie, policzyłam mu resztę dwa razy, bo za pierwszym razem pomyliłam się o dziesięć złotych. Potem znowu poszłam na zaplecze i wybrałam numer męża.

Odebrał po siódmym sygnale.

- No co tam? Na dachu jestem, nie mogę gadać.

- A czemu tak cicho? Nic nie stuka.

- Przerwę mamy. Zdzisiek poszedł po papę. Wieczorem zadzwonię, dobra?

Rozłączył się, zanim zdążyłam zapytać o cokolwiek innego. A ja stałam z telefonem przy uchu i myślałam o poniedziałku. O piątej rano, kiedy schodziłam za nim do samochodu w kapciach, żeby mu podać kanapki. O tym, jak układał w bagażniku skrzynkę z narzędziami - starą, zieloną, jeszcze po ojcu. O tym, że w niedzielę wieczorem sama dołożyłam do tej skrzynki nowe rękawice robocze, bo jego były już całe podziurawione. Jeszcze spięte plastikowym paskiem z metką.

- Zdzisiek sam nie da rady, a dekarz bierze majątek - powiedział wtedy. - Tydzień i wracam.

Wieczorem zadzwoniłam do bratowej. Danka zawsze odbierała po pierwszym sygnale i zawsze gadała za trzech - o wnukach, o kolanach, o sąsiadce, która trzyma kury na balkonie. Tym razem odebrała po czwartym.

- Jola? Coś się stało?

- Daj mi Grześka, bo nie odbiera.

Cisza. Słyszałam w tle telewizor i to, jak Danka przełyka ślinę.

- On... śpi już. Zmęczony. Cały dzień na dachu byli.

- Danka.

- Jolka, ja nie mogę. Zdzisiek mi kazał. Nie dzwoń do mnie, proszę cię.

I rozłączyła się. Danka, która przez trzydzieści lat nie potrafiła dochować tajemnicy o tym, co kupiła komuś na imieniny.

Nie spałam tej nocy. Leżałam po swojej stronie łóżka na naszym czwartym piętrze na Winogradach i liczyłam, ile razy w ostatnim roku Grzegorz wychodził z telefonem na balkon. Ile razy się uśmiechał do ekranu, a kiedy pytałam, mówił, że to śmieszne filmiki od kolegów z kolei. Ile razy jeździł "do Zdziśka" albo "na zjazd". Bo był zjazd. Jesienią, czterdzieści pięć lat po maturze w technikum kolejowym. Wrócił z niego jakiś inny. Myślałam, że wzruszony.

W piątek wieczorem przyjechał. Opalony, w dobrym humorze, z pustym termosem. Pocałował mnie w policzek, powiedział, że dach jak nowy, że Zdzisiek dziękuje, i położył się spać przed dziesiątą.

W sobotę wstałam o szóstej. Wzięłam z szuflady zapasowe kluczyki i zeszłam na parking przed blokiem. Bzy pod naszą klatką kwitły tak, że zapach był aż ciężki. Otworzyłam bagażnik.

Zielona skrzynka stała dokładnie tam, gdzie ją postawił w poniedziałek. Otworzyłam. Młotek czysty. Poziomica czysta. Rękawice robocze - spięte plastikowym paskiem, z metką.

Pod skrzynką, wciśnięte w róg, leżały dwa bilety na kolejkę linową na Czantorię. Normalne, nie ulgowe. Z czwartku.

Kiedy Grzegorz przyszedł do kuchni, kawa już stała na stole. Obok kawy rękawice. Obok rękawic bilety.

Długo na nie patrzył. Potem usiadł, bardzo powoli, jakby go kolano bolało.

- Halina? - zapytał tylko.

- Halina. I Danka. I rękawice.

Przetarł twarz dłonią. Myślałam, że będzie się wykręcał, że coś wymyśli - zawsze był dobry w wymyślaniu, kiedy chodziło o rachunki za telefon albo o to, gdzie zgubił parasol. Ale on nie wymyślał.

- Lucyna. Chodziliśmy razem do technikum. Spotkaliśmy się na zjeździe. Jest wdową, mieszka w Cieszynie. My tylko... pisaliśmy. Przez pół roku tylko pisaliśmy.

- A w Ustroniu też tylko pisaliście?

Spuścił głowę.

- Jola, ja od dwóch lat jestem na emeryturze. Wiesz, jak to jest? Ty wychodzisz o siódmej, wracasz o ósmej, bo bierzesz te podwójne zmiany. Ja siedzę. Gotuję ten obiad, którego potem nie jesz, bo jadłaś w pracy. Mówisz do mnie: wynieś śmieci, zapłać za gaz, zadzwoń do Magdy. A ona mnie pytała, jak się czuję. Rozumiesz? Pytała, jak się czuję.

Chciałam krzyczeć. Chciałam powiedzieć, że brałam te zmiany, bo apteka nie miała ludzi. Ale to nie była cała prawda. Brałam je też dlatego, że w domu był on - cały dzień, każdy dzień - i nie wiedziałam, o czym z nim rozmawiać. Uciekałam do pracy tak samo, jak on uciekł do Ustronia. Tylko że ja nie kupowałam nikomu biletów na kolejkę.

- A Zdzisiek? - zapytałam.

- Prosiłem go. Brat to brat. Mówił, że jestem stary dureń i że mi to przejdzie.

- Nie przeszło.

- Nie wiem, Jola. Naprawdę nie wiem.

I właśnie to "nie wiem" zabolało najbardziej. Bardziej niż bilety. Trzydzieści sześć lat i on nie wiedział.

Wstałam, umyłam swoją filiżankę i powiedziałam spokojnie, sama się zdziwiłam, jak spokojnie:

- Skrzynka jest spakowana. Zdzisiek podobno ma dach do położenia. To jedź. Tym razem naprawdę.

Pojechał w niedzielę. Nie kłóciliśmy się, nie trzaskaliśmy drzwiami. Zabrał dwie torby i tę zieloną skrzynkę. W poniedziałek byłam u prawniczki na Jeżycach. Magdzie powiedziałam przez telefon, bez płaczu. Płakałam dopiero wieczorem, nad jego kubkiem z napisem "Najlepszy dziadek", który został na suszarce.

Potem zadzwoniłam do kierowniczki i wzięłam urlop. Pierwszy raz od lat bez żadnego powodu - nie na remont, nie na wnuki, nie na opiekę nad kimś.

Halina miała jeszcze sześć dni turnusu. Wynajęłam pokój w pensjonacie przy deptaku. Kiedy zobaczyła mnie w recepcji sanatorium, rozpłakała się i zaczęła przepraszać, że była obrażona, że nie pomyślała, że głupia, że mogła nic nie mówić.

- Dobrze, że powiedziałaś - przerwałam jej. - Inaczej do dziś bym myślała, że on kładzie dachy.

Wieczorem poszłyśmy do parku zdrojowego. Kasztanowce kwitły, przy fontannie grała jakaś orkiestra emerytów, pachniało wodą i świeżo skoszoną trawą.

- To tu stał - powiedziała Halina i pokazała ławkę.

Popatrzyłam na tę ławkę długo. Zwykła ławka. Zielona, trochę odrapana.

Dach u Zdziśka podobno naprawdę przeciekał. Grzegorz go w końcu położył - sam, z bratem, przez trzy tygodnie. Lucyna nie przyjechała mu pomagać. Nie wiem, czy kiedyś mu wybaczę. Wiem, że nie wrócimy do tego, co było, bo tamtego już nie ma - i chyba od dawna nie było.

Halina wzięła mnie pod rękę i poszłyśmy wzdłuż alejki. Pierwszy raz od bardzo dawna ktoś szedł obok mnie i naprawdę mnie widział. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];