Przepisałam synowi mieszkanie w Bytomiu w zamian za dożywocie - miał się mną opiekować do końca. W marcu zapukał obcy mężczyzna z aktem notarialnym i grzecznie zapytał, kiedy może obejrzeć piwnicę. Zadzwoniłam do syna. "Mamo, nic się dla ciebie nie zmienia, pan kupił mieszkanie razem z tobą".

- Dzień dobry, pani Danuta? Przepraszam, że tak bez zapowiedzi. Chciałem tylko zapytać, kiedy mógłbym obejrzeć piwnicę.

Mężczyzna na wycieraczce miał może pięćdziesiąt lat, porządną kurtkę i teczkę pod pachą. Uśmiechał się uprzejmie, jak ktoś, kto przyszedł spisać licznik. Ja stałam w drzwiach w fartuchu, z rękami w mące, bo akurat robiłam kluski śląskie na niedzielę. Mirek zawsze zjadał trzy talerze, z sosem z pieczeni, tak samo jak kiedyś jego ojciec.

- Jaką piwnicę? - zapytałam.

- Do mieszkania. Numer siedemnaście, tak? - zajrzał do papierów. - W akcie stoi, że przynależy piwnica, a ja nawet nie wiem, gdzie ona jest.

W akcie. Powtórzyłam to słowo w głowie dwa razy i dalej nic nie rozumiałam.

- Proszę pana, to jest moje mieszkanie. Znaczy... syna. Ale ja tu mieszkam.

- Wiem, wszystko wiem - pokiwał głową, jakby uspokajał dziecko. - Pani ma dożywocie, to jest wpisane do księgi wieczystej. Kupiłem w styczniu od pana Mirosława. Adam Siwiec jestem.

Wyciągnął rękę. Nie podałam mu swojej. Niby przez mąkę, ale naprawdę dlatego, że musiałam się przytrzymać framugi.

Zamknęłam drzwi. Nie trzasnęłam, po prostu zamknęłam, powoli, tak jak się zamyka drzwi do pokoju, w którym ktoś śpi. Wytarłam ręce w ścierkę i wybrałam numer Mirka. Odebrał po piątym sygnale, w tle grało radio.

- Mirek, tu jest jakiś pan. Mówi, że kupił moje mieszkanie.

Cisza. Słyszałam tykanie kierunkowskazu.

- Mamo... Miałem ci powiedzieć. Na Wielkanoc chciałem, przy stole, spokojnie. Ale nic się dla ciebie nie zmienia, naprawdę. Pan kupił mieszkanie razem z tobą.

- Razem ze mną - powtórzyłam.

- No tak to działa. Notariusz mi wszystko wytłumaczył. Masz dożywocie, nikt cię stamtąd nie ruszy. Mamo, ja prowadzę, zadzwonię wieczorem, dobrze?

Nie zadzwonił wieczorem. Zadzwonił w czwartek.

Przez te trzy dni chodziłam po mieszkaniu i dotykałam rzeczy. Meblościanki, którą Zdzisław skręcał przez całą sobotę i klął po śląsku, aż sąsiadka zza ściany pukała. Kryształowego wazonu z wesela.

Parapetu, z którego widać było cały plac zabaw na Osiedlu Arki Bożka - tam Mirek złamał rękę, spadając z drabinek w trzeciej klasie. Niby wszystko stało na swoim miejscu. A jednak każda z tych rzeczy nagle należała do pana z teczką.

Trzydzieści lat przepracowałam jako księgowa w kopalni Bobrek. Liczyłam cudze pieniądze, pilnowałam każdego przecinka. A własnych papierów u notariusza nie przeczytałam porządnie, bo przecież podpisywałam je z synem.

To było cztery lata temu, po tym, jak zjechałam ze schodów między trzecim a czwartym piętrem. Nic poważnego, tylko stłuczone biodro, ale Mirek się wtedy wystraszył. Przyjechał z Tychów, posiedział u mnie w kuchni i powiedział:

- Mamo, trzeba to jakoś załatwić. Żebyś nie była sama.

Notariuszka sama zaproponowała dożywocie. Że lepsze niż darowizna, bo zabezpiecza. Syn dostaje mieszkanie, a w zamian ma obowiązek do końca moich dni: mieszkanie, jedzenie, prąd, opieka w chorobie, pogrzeb. Pamiętam, jak Mirek się wtedy zaśmiał: "Mamo, to ty mnie przeżyjesz". Pamiętam też, że się podpisałam bez okularów.

Przez pierwsze dwa lata przyjeżdżał w każdą niedzielę. Potem co drugą. Od jesieni - jak mu w fabryce w Tychach obcięli nadgodziny - coraz rzadziej i coraz krócej. Siadał przy stole, jadł, patrzył w telefon. Raz zapytał, czy mam jakieś oszczędności. Zbyłam go, bo co tam miałam, parę tysięcy na pogrzeb. Teraz, z perspektywy, każde z tych spotkań wyglądało inaczej.

W czwartek mówił szybko, jakby się bał, że mu przerwę.

- Mamo, z domem w Kobiórze jest źle. Raty skoczyły, Agnieszka pracuje na pół etatu, bank przysyła pisma. Mogliśmy stracić wszystko. Mieszkanie z dożywociem nikt normalny nie kupi, sprzedałem za mniej niż połowę. Ale ten pan ma teraz wobec ciebie te same obowiązki co ja. Rachunki, zakupy, wszystko. Szczerze? On ci to da lepiej niż ja. Ja i tak nie dawałem rady.

- To dlaczego mi nie powiedziałeś?

- Bo byś się nie zgodziła.

Wtedy po raz pierwszy w życiu rozłączyłam się z własnym synem.

W poniedziałek poszłam do punktu nieodpłatnej pomocy prawnej w urzędzie miasta. Młoda prawniczka w okularach przeczytała odpis z księgi, który Mirek przysłał mi mailem na prośbę pana Siwca, i pokiwała głową.

- Niestety, syn mógł to zrobić bez pani zgody. Ale dożywocie przechodzi na nabywcę. Pan Siwiec musi pani zapewnić to wszystko, co syn. A jeśli pani nie chce mieć z nim do czynienia, może pani wystąpić do sądu o zamianę dożywocia na rentę. Wtedy płaci pani co miesiąc i tyle.

Usiadłam potem na ławce przed urzędem i długo patrzyłam na gołębie. Renta od obcego człowieka. Opieka od obcego człowieka. A syn, któremu dałam wszystko, co miałam, wykreślił się z tego jednym podpisem.

Pan Siwiec przyszedł jeszcze raz, w sobotę. Tym razem zadzwonił wcześniej. Zeszłam z nim do piwnicy, na końcu korytarza, za suszarnią. Pachniało tam jak zawsze - wilgocią, ziemniakami i smarem z narzędzi Zdzisława. W rogu stał rower Mirka, ten z komunii, z przebitą dętką.

- Pani Danuto, nie będę ściemniał - powiedział, patrząc na słoiki z ogórkami. - Kupiłem taniej, bo pani tu jest. Na tym zarabiam, że czekam. Nie jestem święty. Ale umowa to umowa. Rachunki od kwietnia przejmuję. Zakupy - może mi pani dawać listę w czwartki, będę przywoził.

- I tak pan po prostu będzie przywoził?

Wzruszył ramionami.

- Moja matka w Rudzie przez ostatnie trzy lata czekała na siostrę i na mnie. Częściej czekała, niż się doczekała. Wiem, jak to wygląda z drugiej strony drzwi.

Nie wiedziałam, czy mu wierzyć. Ale tego dnia wniósł mi na czwarte piętro worek ziemniaków, którego nie dałabym rady sama, i nie powiedział ani słowa o tym, że ciężki.

Mirek przyjechał w Wielką Niedzielę. Sam, bez Agnieszki i wnuków. Postawił na stole sernik z cukierni i usiadł na swoim krześle przy oknie. Jedliśmy w ciszy. Ja pierwsza odłożyłam widelec.

- Mirek, sprzedałeś mnie razem ze ścianami.

- Nie mów tak. Sprzedałem ściany. Ty dalej tu jesteś.

- W ścianach, w których cię wychowałam.

Zacisnął szczękę, zupełnie jak ojciec, kiedy nie chciał przegrać kłótni.

- A co miałem zrobić? Powiedzieć Kubie i Zosi, że wyprowadzamy się do teściowej na jeden pokój, bo babcia ma mieszkanie, którego nie można ruszyć? Wybrałem dzieci. Ty byś nie wybrała?

Nie odpowiedziałam od razu. Bo pewnie bym wybrała. Tylko że ja bym zapytała.

- Daj klucz - powiedziałam.

- Mamo...

- Pan Siwiec ma teraz obowiązek tu przychodzić. Ty już nie masz żadnego. Jak będziesz chciał przyjechać - zadzwoń. Otworzę ci. Ale jako synowi, nie jako temu, kto podpisał papier.

Długo grzebał w kieszeni kurtki. Klucz położył obok talerza z sernikiem i wyszedł, nie dopiwszy herbaty.

O rentę do sądu nie wystąpiłam. Pomyślałam, że skoro już ktoś ma do mnie przychodzić z obowiązku, niech przynajmniej przychodzi naprawdę. W czwartki zostawiam panu Siwcowi listę na kartce z kalendarza. Przynosi wszystko co do bułki, z paragonem. Czasem zostaje na herbatę, czasem nie. Mówimy sobie "pan" i "pani" i chyba tak już zostanie.

Mirek dzwoni w niedziele. Rozmowy są krótkie, ale dzwoni. W maju przywiózł Zosię, sam zadzwonił do domofonu i czekał na dole, aż otworzę.

A rower z komunii nadal stoi w piwnicy, w rogu za słoikami. Pan Siwiec zapytał kiedyś, czy może go wynieść. Powiedziałam, że nie. Niech stoi. Tyle mi z tej piwnicy zostało. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];