Przed operacją kolana podpisałam synowi u notariusza pełnomocnictwo - "gdyby coś trzeba było załatwić, mamo". W październiku zadzwoniła sąsiadka z działek pod Zegrzem: "Pani Lodziu, ci nowi wycinają pani jabłonki, to tak ma być?"
Telefon zadzwonił, kiedy stałam przy parapecie i robiłam półprzysiady. Dwadzieścia razy, powoli, tak jak kazała rehabilitantka. Siedem miesięcy po operacji kolano już nie bolało przy każdym kroku, tylko ciągnęło, jakby ktoś w środku napiął gumkę od słoika. Na ekranie wyświetliło się: "Jadzia działki".
- Pani Lodziu? - Jadwiga mówiła szybko, jakby się bała, że zabraknie jej odwagi. - Ja przepraszam, że dzwonię, ale ci nowi wycinają pani jabłonki. Piłę mają taką na prąd. To tak ma być?
- Jacy nowi? - zapytałam.
Cisza. W słuchawce szumiał wiatr, a gdzieś w tle wył wysoki, nierówny warkot.
- No... ci, co kupili. Od pani Grzesia. W sierpniu. Ja myślałam, że pani wie.
Usiadłam na wersalce. Nie pamiętam, co jej odpowiedziałam. Pamiętam tylko szklankę herbaty z cytryną na stole, dawno wystygłej, i plasterek cytryny, który powoli opadał na dno.
Zadzwoniłam do Grzegorza. Raz, drugi, piąty. Nie odbierał. Napisałam: "Co z działką?". Wiadomość dostarczona, przeczytana. Odpowiedzi nie było.
Ubrałam się, wzięłam laskę, której od miesiąca już nie używałam, i pojechałam podmiejskim autobusem z Żerania. Przez całą drogę liczyłam w myślach drzewa, jakbym mogła je w ten sposób przytrzymać.
Antonówka przy furtce. Papierówka za domkiem. Dwie szare renety od strony lasu. Zdzisiu sadził je w osiemdziesiątym piątym, rok po tym, jak kupiliśmy te sześćset metrów piachu za pieniądze z jego kontraktu w Libii. Grzesiek miał wtedy roczek i siedział w wiadrze po farbie, bo tylko tam nie uciekał.
Od przystanku szłam kwadrans. Kolano paliło. Zza zakrętu zobaczyłam najpierw nowy płot - siatkę, zieloną, jeszcze z naklejkami. Potem trociny na trawie. Renety leżały pocięte na równe kawałki, ułożone w stos jak drewno do kominka. Pnie były w środku czarne, wypróchniałe.
Przy stosie stał młody chłopak w kurtce roboczej, a na schodkach domku kobieta z małą dziewczynką na kolanach. Mój domek. Mój ganek, który Zdzisiu malował co dwa lata na zielono.
- Pani do kogo? - zapytał chłopak.
- To moja działka - powiedziałam i usłyszałam, jak głupio to brzmi.
Popatrzyli na siebie. Kobieta wstała, posadziła córkę na schodku i podeszła do siatki.
- Pani... Leokadia? - zapytała ostrożnie. - Myśmy kupili od pani syna. Był pełnomocnikiem, notariusz wszystko sprawdzał. W Legionowie, w sierpniu. My mamy akt.
Wtedy sobie przypomniałam. Luty, kancelaria na Grochowskiej, ciepło jak w piekarniku. Notariuszka czytała na głos długi tekst, a ja myślałam tylko o narkozie i o tym, czy się obudzę. "Do zarządu i rozporządzania majątkiem". Grzesiek trzymał mnie za łokieć.
- Mamo, to standard. Gdyby coś trzeba było załatwić, z bankiem, z ZUS-em, jakbyś leżała.
Podpisałam. Bez czytania. Bo to był mój syn.
- Te dwie były chore - chłopak pokazał na stos. - Środek zgnił. I tak by je wiatr położył na dach. Ale... jak pani chce, to ja przestanę na dziś.
Spojrzałam na antonówkę. Uginała się od jabłek, jak co roku w październiku, żółtych i pachnących tak, że czuć je było od furtki.
- Ją też chcecie wyciąć?
- Tu miał być wjazd - powiedziała kobieta cicho. Miała na imię Kasia, przedstawiła się później. - Pod samochód.
- Mąż ją sadził, jak syn miał roczek - powiedziałam. Nie prosiłam. Po prostu powiedziałam.
Kasia nic nie odpowiedziała. Odprowadziła mnie wzrokiem aż do zakrętu.
Grzegorz przyszedł wieczorem. Usiadł w kuchni, w kurtce, jakby zaraz miał wychodzić. Ma czterdzieści jeden lat i warsztat samochodowy na Białołęce, a siedział nade mną jak chłopak, który wybił szybę piłką.
- Dlaczego mnie nie zapytałeś?
- Bo byś powiedziała nie - odpowiedział od razu, jakby miał to zdanie przygotowane od sierpnia. - A potem byś płakała pół roku, a domek by się dalej sypał. Mamo, w marcu zawalił się kawałek dachu, po tym śniegu. Ty byłaś w sanatorium. Pojechałem, zobaczyłem, wszystko mokre. Sama mówiłaś w szpitalu, że kto to teraz będzie ogarniał.
- Mówiłam. W szpitalu. Po narkozie.
Milczał. Kręcił w palcach kluczyki.
- Ile?
- Sto czterdzieści.
- I gdzie są?
Wtedy pierwszy raz spuścił wzrok. Warsztat od wiosny ledwo się trzymał, stracił dużego klienta, narosły zaległości w ZUS-ie, z bankiem zaczynało się robić nieprzyjemnie. Prawie połowa poszła na długi. Reszta leżała na jego koncie.
- Chciałem ci powiedzieć na święta. Jak wszystko się wyprostuje. Że oddam, że kupimy ci coś... Nie wiem. Myślałem, że jak już będzie po wszystkim, to łatwiej.
- Komu łatwiej, Grzesiu?
Nie odpowiedział. I to była chyba najgorsza chwila tamtego wieczoru - nie ta suma, nie te renety w stosie, tylko to, że przez siedem miesięcy siedział u mnie w niedzielę nad rosołem, pytał o kolano i patrzył mi prosto w oczy.
Następnego dnia rano pojechałam na Grochowską. Ta sama notariuszka, ten sam piekarnik. Odwołałam pełnomocnictwo, a odpis wysłałam synowi poleconym, chociaż mieszka trzy przystanki ode mnie. Chciałam, żeby to było na papierze, tak jak tamto.
Magda, synowa, popytała u siebie w biurze. Sprzedaż była ważna. Grzegorz działał w granicach tego, co podpisałam, a ci młodzi kupili w dobrej wierze. Mogłabym go ciągać po sądach o pieniądze, tylko po co.
Zamiast tego usiedliśmy we troje przy moim stole i napisałam odręcznie, na kartce w kratkę: reszta pieniędzy wraca na moje konto w tym tygodniu, a to, co poszło na ZUS, Grzegorz oddaje co miesiąc, ile da radę, ale co miesiąc. Podpisał bez słowa. Magda też, jako świadek. Pieniądze przyszły w piątek. Pierwsza rata - piętnastego listopada, co do dnia.
W sobotę zadzwoniła Kasia. Wzięła mój numer od Jadwigi.
- Pani Leokadio, niech pani przyjedzie, jak kolano pozwoli. Przenieśliśmy wjazd na drugą stronę, od lasu. Bartek mówi, że i tak tam lepiej.
Pojechałam. Antonówka stała przy furtce. Pod nią czekał wiklinowy kosz, a dziewczynka Kasi zbierała do niego spady, każde jabłko oglądając, czy nie ma robaka.
- Zostawimy ją - powiedziała Kasia. - Tylko niech pani nam powie, jak się je przycina. Bo my się na tym nie znamy.
Powiedziałam. Wszystko, czego nauczył mnie Zdzisiu. Że w lutym, że od środka, że nie żałować.
Kosz antonówek stał u mnie na parapecie do samej Wigilii i pachniał na całą kuchnię. Z pełnomocnictwem jest tak jak z tym przycinaniem - człowiek myśli, że to tylko papier, dopóki nie zobaczy, co zostało ucięte. Z Grzegorzem rozmawiamy. Raty przychodzą. Ale nic już nie podpisuję bez czytania - nawet kartki z życzeniami od wnuków. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];