Muzyka jeszcze grała, kiedy poczułam, że jego dłoń na moich plecach drży.
Nie tak drży, jak drżą ręce z wysiłku albo ze zmęczenia. Drżą tak ręce kogoś, kto właśnie coś sobie przypomniał - i żałuje, że przypomniał.
Nazywam się Dorota, mam pięćdziesiąt osiem lat i przez trzydzieści dwa lata byłam żoną Marka. Spokojnego inżyniera z Politechniki Wrocławskiej, który w soboty naprawiał wszystko, co się dało naprawić, a w niedziele czytał mi na głos fragmenty książek o historii. Marek zmarł dwa lata temu. Trzustka. Pięć miesięcy od diagnozy do pogrzebu.
Po pogrzebie zostałam z mieszkaniem na osiedlu Przyjaźni, szafą pełną jego koszul w kratę i ciszą tak głośną, że nie mogłam zasnąć. Córka Kasia dzwoniła codziennie. "Mamo, wyjdź gdzieś. Mamo, nie siedź sama." Kiwałam głową do słuchawki i dalej siedziałam na kanapie z herbatą, którą zaparzałam na dwa kubki - bo tak się robiło u nas od zawsze.
Minął rok, potem następny. Któregoś wtorku Kasia nie zadzwoniła - napisała SMS: "Zapisałam Cię na kurs tańca towarzyskiego, Centrum Kultury na Hubskiej, czwartki o 18. Nie musisz iść, ale opłaciłam trzy miesiące." Chciałam się wściec. Zamiast tego rozpłakałam się, bo uświadomiłam sobie, że ostatni raz tańczyłam na jej weselu - z Markiem. I że nawet wtedy on się skarżył, że go nogi bolą.
Na pierwszą lekcję poszłam w czarnej bluzce i spódnicy, jakbym szła na pogrzeb, nie na tango. Było nas dwanaście osób - osiem kobiet, czterech mężczyzn, co oznaczało rotację partnerów i lekki chaos. Instruktorka Magda, energiczna blondynka w czerwonych szpilkach, mówiła: "Proszę państwa, taniec to rozmowa. Nie chodzi o kroki. Chodzi o to, żeby słuchać."
Nie pamiętam, z kim tańczyłam na pierwszych trzech lekcjach. Pamiętam za to, kiedy po raz pierwszy wylądowałam w parze z Wojciechem.
Był wysoki, sześćdziesiąt parę lat, lekko przygarbiony, w szarym swetrze za dużym i wypranym do miękkości. Miał siwe włosy przystrzyżone krótko i oczy kogoś, kto dawno przestał się spieszyć.
Kiedy położył mi dłoń na plecach i zaczęliśmy walca, poczułam coś, czego się nie spodziewałam. Nie motylki w brzuchu, nie, to nie ta historia. Poczułam, że ktoś mnie prowadzi tak, jakby wiedział, w którą stronę chcę iść, zanim sama to wiedziałam. Jakby czytał moje ciało jak książkę, którą już kiedyś przeczytał.
- Pan dobrze tańczy - powiedziałam, bo nie wiedziałam, co innego powiedzieć.
- Żona mnie nauczyła - odpowiedział. I nic więcej.
Tańczyliśmy ze sobą co czwartek. Magda chyba zauważyła, że razem nam wychodzi, bo coraz rzadziej nas rozdzielała. Wojciech był milczący, ale nie w ten nieprzyjemny, wycofany sposób. Milczał jak ktoś, kto ważył każde słowo, zanim je wypuścił. Wiedziałam o nim niewiele - emerytowany nauczyciel historii, mieszka na Krzykach, ma syna w Gdańsku. Żona nie żyje. To ostatnie powiedział raz, krótko, jak fakt z podręcznika.
Po szóstej lekcji zaczęłam się łapać na tym, że w czwartki rano otwieram szafę z uczuciem, którego nie miałam od lat. Nie podekscytowaniem - raczej czymś w rodzaju ciekawości. Zastanawiałam się, w co się ubrać. Wyciągnęłam zieloną bluzkę, której nie nosiłam od pogrzebu. Potem schowałam ją z powrotem - bo się wydawało, że zielony to za dużo koloru jak na wdowę.
Głupia myśl. Ale prawdziwa.
Dziesiąta lekcja. Grudzień, za oknami ciemno o piątej. Ćwiczyliśmy fokstrota. Wojciech trzymał mnie pewniej niż zwykle, albo może ja się mniej sztywniłam. Pod koniec zajęć Magda puściła wolny kawałek - chyba Cohena, nie pamiętam - i powiedziała, że to dla tych, co chcą potańczyć "na luzie". Większość poszła po płaszcze. My zostaliśmy.
Tańczyliśmy w pustej sali, na parkiecie porysowanym od obcasów. Wojciech milczał. Ja milczałam. I było dobrze.
Potem poszliśmy do szatni. Ja sięgnęłam po płaszcz i zaczęłam go zakładać tym gestem, który mam od lat - najpierw prawy rękaw, potem obrót lewej ręki do tyłu, lekkie przygarbienie. Każdy ma swój sposób wkładania płaszcza. Nikt o tym nie myśli.
Wojciech stał obok i patrzył. A potem powiedział cicho:
- Wie pani, dlaczego tak dobrze mi się z panią tańczy?
Nie odpowiedziałam. Czekałam.
- Bo pani mi ją przypomina. Hankę. Nie twarzą - gestem. Tak samo zakłada pani płaszcz. Tak samo przechyla głowę, kiedy słucha muzyki. Przez pierwsze dwa tygodnie myślałem, że zwariowałem.
Stałam z płaszczem w połowie nałożonym. Nie wiedziałam, czy się wzruszyć, czy się obrazić.
- To dlatego pan ze mną tańczy? Bo pana żona tak samo zakładała płaszcz?
On pokręcił głową.
- Nie. Tańczę z panią, bo z panią chcę tańczyć. Ale musiałem pani powiedzieć. Bo gdybym nie powiedział, to bym czuł, że panią oszukuję.
Zapiął mi guzik płaszcza. Górny, ten przy szyi. Zrobił to tak naturalnie, jakby robił to od lat. W samochodzie siedziałam dziesięć minut, zanim odpaliłam silnik. Myślałam o Marku, który nigdy nie tańczył, ale zawsze zapinał mi górny guzik płaszcza. O Hance, której nigdy nie poznałam. O tym, że gesty ludzi, których kochaliśmy, żyją dalej - w nas.
Następnego czwartku przyszłam w zielonej bluzce. Wojciech nic nie powiedział, ale kiedy zaczęliśmy walca, poczułam, że jego dłoń na moich plecach nie drży.
Kasia zadzwoniła w niedzielę. "Mamo, jak taniec?" - "Dobrze" - powiedziałam. A potem dodałam coś, czego nie mówiłam od dwóch lat: "Chyba naprawdę dobrze."
Nie wiem, co z tego będzie. Nie wiem, czy Wojciech widzi mnie - czy widzi cień Hanki. Może jedno i drugie. Może to w porządku. Może miłość nie zaczyna się od zapominania, tylko od odwagi, żeby pamiętać - i mimo to iść dalej.
Na najbliższy czwartek kupię sobie nowe buty do tańca. Czerwone. Marek by się śmiał. A Hanka - myślę, że by zrozumiała. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];