Pomidory były już przebrane, zostały tylko te miękkie, nadgniecione, po złotówce za kilo. Przekładałam je w reklamówce, szukając choćby trzech nadających się na sos, kiedy usłyszałam za sobą: "Renata? Renata Majewska?"
Odwróciłam się i przez sekundę nie poznałam kobiety, która stała przede mną z koszykiem pełnym papryki. Potem zobaczyłam te oczy - jasne, z zielonymi plamkami wokół źrenic - i cofnęłam się o dwadzieścia pięć lat.
Anka Wierzbicka. Moja najlepsza koleżanka z polonistyki na UMCS-ie w Lublinie. Ta, z którą dzieliłam pokój w akademiku na Langiewicza, ta, z którą uczyłam się do egzaminów z literatury staropolskiej, popijając herbatę z cytryny i jedząc krakersy, bo na nic innego nie było nas stać.
- Anka - powiedziałam i poczułam, jak coś ściska mnie w gardle. - Boże, Anka.
Przytuliłyśmy się między straganami z cukinią i kapustą, jakby te dwadzieścia pięć lat to była przerwa na papierosa, a nie ćwierć wieku ciszy.
Zaczęłyśmy mówić obie naraz - tak jak kiedyś. Że ja zostałam w Lublinie, pracuję w bibliotece miejskiej od osiemnastu lat, że córki dorosły, że Zuzia skończyła farmację, a Ola wyjechała do Gdańska. Anka powiedziała, że przeniosła się do Puław, uczy polskiego w liceum, rozwiodła się dziesięć lat temu, syn studiuje w Krakowie.
- A Grzegorz? - spytała nagle, patrząc mi prosto w oczy. - Dalej z Grzegorzem jesteś?
- No pewnie - uśmiechnęłam się. - W przyszłym roku trzydzieści lat.
Anka przełknęła ślinę. Przesunęła koszyk z jednej ręki do drugiej. I powiedziała coś, co sprawiło, że pomidory wypadły mi z dłoni.
- To dobrze, że wam się ułożyło. Bo ja wtedy... bo ja myślałam, że on ci powie.
Stałam na tym bazarze z rozgniecionymi pomidorami u stóp i słyszałam szum w uszach, taki sam jak wtedy, kiedy dwadzieścia pięć lat temu Anka po prostu przestała odbierać telefony. Przepadła. Bez kłótni, bez wyjaśnienia. Najpierw myślałam, że jest zajęta pisaniem magisterki. Potem - że znalazła nowe towarzystwo. W końcu uznałam, że tak po prostu bywa. Ludzie odchodzą.
- Co miał mi powiedzieć? - Mój głos był spokojny. Nogi już nie.
Anka zamknęła oczy na sekundę.
- To było na imieninach u Krawczyków. Ty wtedy zostałaś w domu, bo Zuzia miała gorączkę. Grzegorz przyszedł sam. Dużo pił. Ja też. I on... - Urwała. Patrzyła na swoje dłonie, na obrączkę, której już nie nosiła. - Pocałował mnie. W kuchni, kiedy Monika wyszła do sklepu po wino. Ja go odepchnęłam. Od razu. Ale powiedział, że... że od dawna o mnie myśli. Że jesteśmy do siebie podobne, ale ja jestem... - Pokręciła głową. - Nie powtórzę tego. Nie chcę.
Ludzie chodzili obok nas, targowali się o truskawki i młodą kapustę. Ktoś wołał "pani, patyczki do szaszłyków, pięć złotych!". A ja stałam i czułam, jak coś bardzo starego i bardzo ciężkiego układa mi się na nowo w głowie.
Bo ja pamiętałam te imieniny u Krawczyków. Pamiętałam, jak Grzegorz wrócił po północy, cichy i dziwnie łagodny. Następnego dnia kupił mi kwiaty. Pomyślałam wtedy, że to przez wyrzuty sumienia, bo wypił za dużo i wrócił taksówką, zamiast autobusem. Kwiatami Grzegorz zawsze załatwiał wyrzuty sumienia.
- Próbowałam ci powiedzieć - ciągnęła Anka. Głos jej drżał. - Dzwoniłam trzy razy. Za pierwszym odebrał Grzegorz. Powiedział, że śpisz. Za drugim - że jesteś u lekarza z Zuzią. Za trzecim powiedział mi wprost: że jak mu to zepsuję, to powie ci, że to ja go poderwałam. Że ty mu uwierzysz, bo jemu ufasz.
- I uwierzyłabym - powiedziałam cicho.
Anka kiwnęła głową.
- Wiem. Dlatego odeszłam. Pomyślałam, że lepiej stracisz koleżankę niż męża.
Wracałam z bazaru piechotą, chociaż zwykle jeżdżę autobusem. Potrzebowałam tych dwudziestu minut. Torba z zakupami ciążyła mi w ręce, ale nie tak jak to, co Anka powiedziała na koniec, kiedy wymieniałyśmy numery telefonów nowymi, drżącymi palcami.
"Wiesz, ja nie żałuję, że odeszłam. Żałuję, że nie miałam odwagi zostać i walczyć o naszą przyjaźń. Ale miałam dwadzieścia sześć lat i wydawało mi się, że przyjaźni jest na świecie mnóstwo, a mężów się nie odzyskuje."
Wieczorem Grzegorz wrócił z pracy, powiesił kurtkę na wieszaku, zajrzał do kuchni.
- Co na obiad? - spytał.
Patrzyłam na niego. Na jego twarz, którą znam od trzydziestu lat. Na ręce, które kiedyś, dawno temu, w czyjejś kuchni, dotknęły mojej najlepszej przyjaciółki. I pomyślałam: ile razy jeszcze, Grzegorz? Ile razy kupowałeś mi kwiaty?
- Rosół - odpowiedziałam.
Usiadł do stołu. Zjadł dwie porcje. Pochwalił. Włączył telewizor.
A ja stałam przy zlewie i myłam garnek, i myślałam o Ance, która dwadzieścia pięć lat temu wybrała moje małżeństwo zamiast naszej przyjaźni. I o sobie, która przez dwadzieścia pięć lat ani razu nie pomyślała, że ta cisza mogła być czyimś poświęceniem.
Następnego dnia zadzwoniłam do niej pierwsza. Powiedziałam tylko: "Anka, chodźmy na kawę. Mamy dwadzieścia pięć lat do nadrobienia."
Po drugiej stronie słuchawki usłyszałam ciszę. A potem śmiech. Taki sam jak na Langiewicza, o trzeciej w nocy, nad konspektami z romantyzmu.
Niektóre przyjaźnie nie umierają. One tylko czekają, aż ktoś wreszcie zrozumie, dlaczego musiały zamilknąć. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];