Gdyby ktoś powiedział mi rok temu, że będę siedzieć w kancelarii prawnej z plikiem bankowych wezwań i zastanawiać się, czy stracę mieszkanie, w którym dorastałam - roześmiałabym się w głos.

Ale tamtego marcowego popołudnia nie było mi do śmiechu. Siedziałam naprzeciwko mecenasa, a ręce mi się trzęsły tak bardzo, że nie mogłam utrzymać kubka z kawą.

Mama odeszła w styczniu. Cicho, we śnie, tak jak żyła - nie chcąc nikomu sprawiać kłopotu. Siedemdziesiąt osiem lat, serce, które dawało sygnały od dekady.

Pogrzeb był skromny, na cmentarzu w Kaliszu zebrało się może trzydzieści osób. Bogdan, mój starszy brat, stał obok mnie w za dużym garniturze i płakał pierwszy raz, odkąd go pamiętam.

Mam na imię Renata, od dwudziestu trzech lat pracuję w wydziale geodezji w starostwie powiatowym. Mąż Darek, dwoje dorosłych dzieci. Życie uporządkowane jak teczki w moim biurze - każda na swoim miejscu. A przynajmniej tak mi się wydawało.

Pierwsze pismo przyszło trzy tygodnie po pogrzebie. Zwykła koperta, logo banku. Otworzyłam machinalnie, myśląc, że to zamknięcie konta mamy. Ale w środku było wezwanie do zapłaty. Kwota, od której zrobiło mi się ciemno przed oczami. Kilkadziesiąt tysięcy złotych. Kredyt konsumpcyjny na nazwisko Zofii Walczak, mojej mamy.

Zadzwoniłam do Bogdana tego samego wieczoru.

- Bogdan, przyszło pismo z banku. Mama miała kredyt. Wiedziałeś o tym?

Cisza. Ta specyficzna cisza, która mówi więcej niż słowa.

- Bogdan?

- To ja jej pożyczyłem... znaczy... pomogłem załatwić. Potrzebowała na remont łazienki, pamiętasz?

Pamiętałam remont łazienki. Trzy lata temu, nowe kafelki, kabina prysznicowa zamiast wanny, bo mamy kolana już nie dawały rady. Ale kabina prysznicowa nie kosztuje kilkudziesięciu tysięcy.

Drugie pismo przyszło dwa dni później. Inny bank, kolejny kredyt. A tydzień potem - trzecie.

Pojechałam do mieszkania mamy. Tego na osiedlu Dobrzec, trzecie piętro, klatka pachnie jak zawsze - kapustą i pastą do podłóg. Klucze wciąż miałam na swoim breloczku, obok samochodu i biura.

Przeszukałam szufladę w sekretarzyku, tę pod telewizorem, pudełko po butach na szafie. I znalazłam. Kopie umów, odcinki wpłat, karteczki zapisane ręką brata. Trzy kredyty, rozłożone na dwa lata. Łączna kwota - ponad sto tysięcy.

Zrozumiałam wtedy, że remont łazienki to był tylko początek. Bogdan od lat kręcił interesy - drobne, nieudane, jeden za drugim. Skup złomu, handel częściami, jakaś współpraca z kolegą, która miała przynieść fortunę.

Mama o tym wiedziała, bo mama wiedziała o wszystkim, co dotyczyło Bogdana. Był jej oczkiem w głowie. Jedynym synem. Tym, który przywoził jej leki, robił zakupy, naprawiał kran. Ja przyjeżdżałam z drugiego końca miasta w weekendy, a Bogdan mieszkał piętro niżej.

- Mamo, dlaczego podpisałaś? - zapytałam w myślach, siedząc na jej kanapie, wśród poduszek, które wciąż pachniały jej perfumami.

Ale znałam odpowiedź. Bo Bogdan poprosił. Bo Bogdan zawsze prosił, a mama zawsze dawała.

Kiedy byłam mała, Bogdan dostawał nowe buty, a ja chodziłam w podklejonych. Kiedy zdawał maturę, mama wzięła dodatkowe sprzątanie, żeby opłacić korepetycje. Kiedy się rozwiódł, wrócił do mamy i zajął dawny pokój, jakby miał piętnaście lat. Nikt tego nie kwestionował. Tak po prostu było.

Na spotkaniu u mecenasa dowiedziałam się tego, czego naprawdę wolałabym nie wiedzieć. Mama podpisała umowy kredytowe osobiście - formalnie to ona była kredytobiorczynią. Bogdan figurował jako pośrednik, pomagał z dokumentami, ale pieniądze szły na jego konto. A po mamie zostawało mieszkanie - jej jedyny majątek. I jej długi.

- Jakie mam wyjścia? - zapytałam mecenasa.

- Może pani odrzucić spadek. Wtedy nie dziedziczy pani długów. Ale nie dziedziczy pani też mieszkania.

Poczułam, jak podłoga ucieka mi spod nóg.

- A jeśli przyjmę?

- Może pani przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza. Wtedy odpowiada pani za długi mamy, ale tylko do wartości tego, co odziedziczyła. Problem w tym, że wartość połowy mieszkania jest wyższa niż suma kredytów. Bank upomni się o swoje - i ma do tego prawo. W najgorszym wypadku może dojść do egzekucji z nieruchomości.

Zadzwoniłam do Bogdana jeszcze raz. Tym razem byłam spokojna. Tym zimnym spokojem, który przychodzi, kiedy łzy już się skończyły.

- Bogdan, chcę wiedzieć. Na co poszły te pieniądze.

- Na życie - powiedział cicho. - Na zwykłe życie. Rachunki, samochód, pralka, co się zepsuła. Myślałem, że odkręcę, że zarobię i spłacę.

- A mama?

- Mama chciała pomóc. Ja jej nie zmuszałem.

Nie zmuszał. Znał ją tylko na wylot. Wiedział, że wystarczy powiedzieć „mamo, nie dam rady", a ona podpisze wszystko, nie czytając drobnego druku. Siedemdziesięciokilkuletnia kobieta, która ufała synowi bardziej niż sobie samej.

Darek, mój mąż, powiedział wprost: „Nie płacimy za jego długi". Dzieci były wściekłe. Syn zadzwonił do Bogdana i powiedział mu rzeczy, których nie powtórzę. Bogdan przestał odbierać telefon.

Przez dwa tygodnie nie spałam. Chodziłam do pracy, wracałam, siadałam przy kuchennym stole i przeglądałam te same dokumenty, szukając wyjścia. Bo to nie były abstrakcyjne liczby - to było mieszkanie mamy. Meblościanka, którą tata kupił na raty w osiemdziesiątym piątym. Serwetki szydełkowe na komodzie. Zdjęcie mojego ślubu na ścianie. Rajstopy mamy wciąż wiszące na suszarce w łazience, tej wyremontowanej za pożyczone pieniądze.

W końcu spotkaliśmy się u mecenasa we trójkę - ja, Bogdan i Darek. Bogdan wyglądał jak cień. Schudł, pod oczami miał sińce.

- Sprzedam swoją działkę - powiedział. - I samochód. Nie pokryje wszystkiego, ale większość.

Nie odpowiedziałam od razu. Patrzyłam na niego i widziałam tego samego chłopca, który kiedyś trzymał mnie za rękę, kiedy szliśmy pierwszy raz sami do szkoły. Tego, który bronił mnie przed chłopakami z podwórka.

- Bogdan - powiedziałam w końcu. - Nie chcę pieniędzy. Chcę prawdę. Całą.

Spuścił głowę. A potem opowiedział o długach u prywatnych pożyczkodawców, o strachu, o bezsennych nocach, o tym, jak mama ostatniego wieczoru przed śmiercią pogłaskała go po głowie i powiedziała: „Nie martw się, synku, jakoś to będzie".

Siedzieliśmy w tej kancelarii w milczeniu. Darek trzymał moją rękę. Bogdan patrzył w okno.

Przyjęłam spadek z dobrodziejstwem inwentarza. Bo odrzucić - to znaczyło oddać mieszkanie mamy, jej ściany, jej meblościankę, jej widok z okna na szkołę córek. Nie potrafiłam. Bogdan sprzedał działkę i spłaca resztę w ratach. Powoli, ale spłaca. Nie rozmawiamy tak często jak kiedyś, ale rozmawiamy. Na grobie mamy spotykamy się pierwszego dnia każdego miesiąca. Nie umawiamy się - po prostu oboje przychodzimy.

Czasem myślę o mamie, jak siedziała przy kuchennym stole w tym swoim szlafroku w niebieskie kwiaty i podpisywała papiery, które podkładał jej syn. Podpisywała z miłości. Tej samej miłości, która daje nowe buty jednemu dziecku i podklejone drugiemu. Ślepej, rozpaczliwej, matczynej miłości, która nie umie powiedzieć „nie".

Nie wiem, czy jej przebaczam. Ale wiem, że ją rozumiem. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];