Gdybym rok temu wiedziała, co się wydarzy, nigdy nie postawiłabym nogi w tej kancelarii notarialnej. Ale wtedy siedziałam na tapicerowanym krześle, podpisywałam dokumenty drżącą ręką i myślałam, że robię coś mądrego dla rodziny.

Notariusz czytał monotonnym głosem, Grzegorz kiwał głową, a ja patrzyłam na wnuka - osiemnastoletni Kacper uśmiechał się tak samo jak jego dziadek na naszym ślubie. I właśnie ten uśmiech mnie zgubił.

Mieszkanie po moich rodzicach na Ogrodowej w Kaliszu - trzy pokoje, kuchnia z oknem na podwórko, balkon, z którego mama podlewała pelargonie co wieczór. Tata kupił je w siedemdziesiątym ósmym roku, jeszcze w czasach, kiedy trzeba było mieć przydział.

Pamiętam, jak się wprowadzaliśmy - miałam dziesięć lat i byłam pewna, że wanna z ciepłą wodą to szczyt luksusu. Po śmierci rodziców, najpierw taty w dziewięćdziesiątym piątym, potem mamy w dwutysięcznym ósmym, odziedziczyłam to mieszkanie. Przez lata stało puste, potem zamieszkał w nim Grzegorz z rodziną, kiedy Patrycja zaszła w ciążę z Kacprem.

Ja sama po odejściu Władka przeniosłam się do kawalerki na osiedlu Dobrzec. Trzydzieści osiem metrów wystarczało mi w zupełności. Dwadzieścia sześć lat w aptece szpitalnej nauczyło mnie, że nie potrzebuję dużo przestrzeni - potrzebuję spokoju. Na emeryturze malowałam akwarelami, chodziłam na basen, w niedzielę piekłam szarlotkę. Dobre życie. Spokojne.

A potem Grzegorz zadzwonił.

- Mamo, muszę z tobą porozmawiać. Ale spokojnie, to nic złego - powiedział takim tonem, jakim mówi się właśnie o czymś złym.

Przyjechał w sobotę, sam, bez Patrycji. Usiadł w kuchni, przyjął herbatę, odmówił szarlotki. Już to było dziwne - Grzegorz nigdy nie odmawiał szarlotki.

- Chodzi o mieszkanie na Ogrodowej - zaczął. - Rozmawiałem z księgową w pracy i z doradcą podatkowym. Wiesz, Kacper w tym roku kończy osiemnaście lat. Gdybyś przepisała mieszkanie na niego teraz, jako darowiznę w linii prostej, to nie będzie podatku. Zero. A gdyby kiedyś... no, wiesz, gdyby to szło przez spadek, to mogą być komplikacje, bo mamy jeszcze Martę...

Marta - moja córka, która osiem lat temu wyjechała do Holandii i odzywa się raz na trzy miesiące. Rozumiałam, o co mu chodzi. Jeśli umrę, a mieszkanie odziedziczy i on, i Marta, to zaczną się kłopoty z podziałem. Marta będzie chciała pieniądze, on nie będzie miał z czego spłacić.

- A co ze mną? - zapytałam.

- Mamo, co ma być z tobą? To i tak twoje mieszkanie, my tylko formalnie... Kacper nawet nie będzie wiedział, to dla jego przyszłości. Jak skończy studia, będzie miał gdzie wrócić.

Brzmiało logicznie. Grzegorz zawsze umiał mówić tak, że wszystko brzmiało logicznie. Zapisałam się do notariusza.

Nie zapytałam o służebność. Nie poprosiłam o prawo dożywotniego zamieszkania wpisane do aktu. Farmaceutka z trzydziestoletnim stażem, kobieta, która całe życie sprawdzała każdą dawkę dwa razy - i nie sprawdziła jednego dokumentu, który odebrał jej jedyny atut.

Przez kilka miesięcy nic się nie zmieniło. Grzegorz dzwonił w niedziele, Patrycja wysyłała zdjęcia Kacpra z pierwszych tygodni na politechnice. Normalnie. Rodzinnie.

Pierwszy sygnał przyszedł w październiku. Zadzwoniłam zapytać, czy mogę przyjechać na Wszystkich Świętych - odwiedzić groby rodziców na Rogatce, a potem zostać na noc, bo późno wracać autobusem na Dobrzec.

- Wiesz, mamo, to trochę kiepski termin - powiedziała Patrycja. - Robimy remont w tym małym pokoju, wszędzie folia.

Remont. Dobrze, bywa. Pojechałam na cmentarz sama i wróciłam ostatnim autobusem.

W listopadzie wybrałam się na Ogrodową bez zapowiedzi - miałam w pobliżu wizytę u dentysty. Zadzwoniłam domofonem. Patrycja otworzyła drzwi z miną, jakby zobaczyła komornika.

- Mogłaś uprzedzić - powiedziała, wpuszczając mnie do przedpokoju. Do przedpokoju. Nie dalej.

Stałam w butach na wycieraczce i widziałam, że mały pokój - ten rzekomo remontowany - ma nowe meble, nową lampę i żadnego śladu folii. Na ścianach wisiały zdjęcia rodziny Patrycji. Ani jednego zdjęcia moich rodziców. Ani jednego.

Nie powiedziałam nic. Wypiłam herbatę w kuchni - w kuchni, w której moja mama robiła pierogi co sobotę - i wyszłam.

W grudniu zadzwoniłam do Grzegorza. Chciałam przyjechać na Wigilię. Naszą tradycyjną, rodzinną Wigilię, przy której zawsze zostawialiśmy jedno puste nakrycie i łamaliśmy się opłatkiem, i tata śpiewał „Bóg się rodzi" fałszując, a mama udawała, że nie płacze.

- Mamo, wiesz... Patrycja mówi, że nie ma za bardzo miejsca. Jej rodzice przyjeżdżają, brat z żoną, to ciasno.

Cisza.

- Grzegorz - powiedziałam. - To jest mieszkanie moich rodziców.

- Było, mamo. Przepisałaś je na Kacpra, pamiętasz? To... formalnie to jego mieszkanie.

Odłożyłam słuchawkę. Usiadłam na kanapie w swojej kawalerce na Dobrzcu i patrzyłam w okno. Na parkingu pod blokiem ktoś ładował choinkę do bagażnika. Był dwudziesty grudnia.

Zadzwoniłam do Marty. Do Holandii. Powiedziałam jej wszystko, bo nie miałam już kogo zapytać.

- Mamo, ja ci mówiłam - westchnęła. - Mówiłam, żebyś niczego nie przepisywała bez prawnika. Ale ty zawsze Grzesiowi wierzyłaś na słowo.

Miała rację. I właśnie to bolało najbardziej - nie Patrycja z jej „nie ma miejsca", nie Kacper, który nawet nie wiedział, co się dzieje. Bolało to, że mój syn, moje dziecko, wykorzystał moje zaufanie. Że policzył, zaplanował, wykonał. Jak transakcję.

Wigilię spędziłam z sąsiadką Ireną z parteru, która też była sama. Jadłyśmy karpia z Biedronki i kompot z suszu. Irena opowiadała o swoim synu w Anglii. Piłyśmy herbatę z miodem i nie udawałyśmy, że jest nam wesoło.

Byłam u prawnika w styczniu. Dowiedziałam się tego, co powinnam była wiedzieć przed wizytą u notariusza - że darowizna jest praktycznie nieodwołalna, chyba że wykażę rażącą niewdzięczność. Że brak służebności osobistej oznacza brak prawa do mieszkania. Że mój wnuk, Kacper, jest właścicielem i może teoretycznie mnie nie wpuścić.

Prawnik powiedział jeszcze jedno: - Proszę pani, takich spraw mam kilka w miesiącu. To nie jest rzadkość. Nie wiem, czy to miało mnie pocieszyć. Nie pocieszyło.

Teraz jest luty. Za oknem kawalerki na Dobrzcu pada mokry śnieg. Maluję akwarelami, chodzę na basen, w niedzielę piekę szarlotkę. Dla siebie. Dobre życie. Spokojne. Tylko że spokój smakuje inaczej, kiedy wiesz, że twoje własne dziecko zamknęło przed tobą drzwi mieszkania, w którym nauczyłaś się chodzić.

Ostatnio Kacper napisał do mnie SMS-a. „Babciu, jak tam u Ciebie? Może wpadnę w weekend?"

Odpisałam, że czekam. I że upiekę szarlotkę.

Bo wnuki nie powinny płacić za grzechy rodziców. A szarlotka i tak smakuje lepiej, gdy jest komu ją jeść. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];