Czterdzieści tysięcy złotych. Tyle kosztuje remont mieszkania, nowe meble i sprzęt, albo pięć lat odkładania po kilkaset złotych miesięcznie z emerytury.
Tyle właśnie dałam synowi i synowej cztery lata temu, a dzisiaj siedzę przy kuchennym stole i patrzę na ekran telefonu, na którym właśnie zgasła wiadomość: „Mamo, nie rób z siebie ofiary. Pogadamy jak się uspokoisz."
Nie wiem, co mnie bardziej zabolało - te słowa czy ta kropka na końcu. Taka spokojna, taka ostateczna.
Mam na imię Lucyna i od trzech lat jestem na emeryturze. Przez trzydzieści dwa lata pracowałam jako księgowa w spółdzielni mieszkaniowej w Kaliszu. Mąż, Tadeusz, odszedł osiem lat temu - wylew, nagle, w niedzielę rano. Zostałam z dwupokojowym mieszkaniem na Widoku, małą emeryturą i jednym synem, Kubą, który zawsze był moją dumą.
Kuba skończył politechnikę, dostał dobrą pracę w Poznaniu, ożenił się z Natalią. Ładna, ambitna, z dobrej rodziny - tak przynajmniej mówiłam sąsiadkom.
Bo co innego miałam mówić? Że na weselu matka Natalii patrzyła na moje buty, jakbym przyszła prosto z targu? Że Natalia od pierwszego dnia mówiła mi per pani, choć prosiłam o Lucynę?
Przełknęłam to. Matki przełykają wiele.
Cztery lata temu Kuba zadzwonił w piątek wieczorem. Wiedziałam, że coś się dzieje, bo Kuba dzwoni regularnie w niedziele o osiemnastej - piątkowy telefon to albo kłopot, albo prośba. Okazało się, że jedno i drugie.
- Mamo, znaleźliśmy mieszkanie. Trzy pokoje, nowe osiedle, blisko tramwaju. Ale brakuje nam na wkład własny.
Nie zapytał wprost. Kuba nigdy nie prosi wprost - mówi dookoła, zostawia pauzy, czeka aż sama zaproponuję. Nauczył się tego jeszcze jako dziecko, kiedy chciał nowe buty na WF.
- Ile? - zapytałam.
- Czterdzieści tysięcy by wystarczyło. Oddamy w ratach, mamo. Tysiąc miesięcznie, może półtora. Za trzy lata będzie po sprawie.
Pieniądze miałam. Tadeusz zostawił trochę oszczędności, część odłożyłam sama. To nie było tak, że wyrywałam sobie ostatni kęs od ust - ale to były pieniądze na remont łazienki, na nową pralkę, na wymianę tej lodówki, która warczy jak traktor od trzech lat - na to „na wszelki wypadek", które w moim wieku jest ważniejsze niż kiedykolwiek wcześniej.
Przelałam następnego dnia. Bez umowy, bez papieru. Bo jak to - od syna brać podpis? Sąsiadka Władzia, kiedy jej powiedziałam, pokręciła głową.
- Lucyna, ja ci mówię, spisz to na papierze. Mój brat pożyczył szwagrowi na samochód, piętnaście lat temu. Do dziś czeka.
Machnęłam ręką. To mój syn. Mój jedyny Kuba.
Przez pierwsze pół roku nawet nie myślałam o pieniądzach. Kuba i Natalia urządzali mieszkanie, wrzucali zdjęcia na Facebooka - nowa kuchnia z wyspą, łazienka z deszczownicą, tapeta za pięćset złotych za rolkę. Oglądałam te zdjęcia wieczorami i cieszyłam się. Naprawdę się cieszyłam.
Po roku delikatnie zapytałam.
- Kuba, a jak z tymi ratami? Nie śpieszę, ale wiesz, lodówka mi pada, łazienka się sypie...
- Jasne, mamo, ogarniemy. Teraz jest ciężko po przeprowadzce, ale jak się ustabilizujemy...
Ustabilizowali się na tyle, żeby pojechać na wakacje do Chorwacji. Widziałam zdjęcia Natalii w restauracji z widokiem na morze. Porcja ryby wyglądała na droższą niż moja miesięczna rata za gaz.
Nie powiedziałam nic.
Po dwóch latach przypomniałam znowu. Kuba się zdenerwował.
- Mamo, mamy kredyt. Mamy rachunki. Nie możemy teraz wszystkiego naraz.
- Nie chcę wszystkiego naraz. Chcę chociaż trochę, Kuba. Po pięćset złotych. Lodówka mi naprawdę...
- Dobra, pogadam z Natalią.
Nie pogadał. Albo pogadał i odpowiedź brzmiała „nie", ale tego mi już nie przekazał.
Kiedy byłam u nich ostatnio, w grudniu, na urodzinach wnuczki Zosi, Natalia postawiła na stole tort z cukierni, który - wiem, bo widziałam takie w internecie - kosztuje ze dwieście złotych.
Mała Zosia dostała rowerek, tablet i kurtkę z jakąś włoską metką. Piękne prezenty. Nie moja sprawa, na co wydają pieniądze. Ale kiedy wieczorem powiedziałam Kubie cicho, w kuchni, że naprawdę przydałoby mi się chociaż część tej kwoty, spojrzał na mnie tak, jakbym psuła mu urodziny córki.
- Mamo, nie teraz. Proszę.
Wróciłam do Kalisza nocnym pociągiem i płakałam przy oknie, patrząc na ciemne pola za Koninem. Kontroler biletów zapytał, czy wszystko w porządku. Pokiwałam głową.
Trzy tygodnie temu napisałam Kubie wiadomość. Długą, spokojną, bez wyrzutów. Napisałam, że łazienka wymaga remontu, bo hydraulik powiedział, że rury mogą puścić w każdej chwili. Że lodówka warczy tak, że sąsiadka słyszy przez ścianę. Że potrzebuję tych pieniędzy. Że rozumiem, że mają swoje wydatki, ale umówiliśmy się. Że nie proszę o wszystko od razu - wystarczy jakiś plan, harmonogram, cokolwiek.
Odpowiedź przyszła po dwóch dniach. Nie od Kuby - Natalia napisała pierwsza.
„Proszę Pani, rozumiemy sytuację, ale my też mamy zobowiązania. Proszę nie robić z tego dramatu. Kuba się stresuje, a to wpływa na całą rodzinę."
Proszę Pani. Po czterech latach. Po czterdziestu tysiącach. Proszę Pani.
Odpisałam tylko Kubie: „Synu, proszę, porozmawiajmy jak dorośli ludzie. Chodzi o nasze ustalenia."
I wtedy dostałam tę wiadomość. „Mamo, nie rób z siebie ofiary. Pogadamy jak się uspokoisz."
Siedzę teraz w kuchni, w której od dwudziestu lat stoi ta sama lodówka. Za oknem sąsiadka Władzia rozwiesza pranie i pewnie zaraz zapuka z herbatą. Dach nad głową mam, głodna nie chodzę. Lodówka jakoś dowarczy, łazienka jakoś poczeka.
Ale kiedy patrzę na zdjęcie Kuby na lodówce - ma tam może dwanaście lat, stoi z rybą nad Wartą i uśmiecha się tak, że brakuje dwóch zębów - myślę sobie, że tamtemu chłopcu pożyczyłabym znowu. Tamten chłopiec nie powiedziałby matce, żeby się uspokoiła.
Pieniądze to pieniądze. Ale to zdanie - „nie rób z siebie ofiary" - to jest coś, czego nie da się spłacić w ratach.
I tego mi żal najbardziej. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];