Sąsiadka, z którą piłam kawę co tydzień od dziesięciu lat, nagle przestała otwierać drzwi. Dowiedziałam się dlaczego dopiero na zebraniu wspólnoty.
Dziesięć lat piątkowych kaw - to więcej niż niejedno małżeństwo. Tyle że o końcu małżeństwa dowiadujesz się od adwokata, a o końcu przyjaźni - na zebraniu wspólnoty mieszkaniowej, przy świetle jarzeniówek i zapachu starej wykładziny.
Celina z parteru była moim piątkowym rytuałem. Zamykałam kasę w wydziale geodezji urzędu miasta o piętnastej trzydzieści, szłam na przystanek, dwadzieścia minut autobusem i o szesnastej pukałam do jej drzwi.
Trzy krótkie, jedno długie - nasz umówiony sygnał. Kubki już stały na stole, ciastka leżały na talerzyku z niebieskim wzorkiem, a Celina pochylała się nad czajnikiem i mówiła: „Jolaśka, ty nie uwierzysz, co mi dzisiaj Zdzisiek wywinął". I zaczynałyśmy.
Celina wiedziała o mnie wszystko. O tym, że Staszek po emeryturze zamienił się w innego człowieka - z kierowcy miejskich autobusów w majsterkowicza, który nie wychodził z piwnicy. O tym, że córka Patrycja wzięła kredyt na mieszkanie i teraz ledwo wiązała koniec z końcem. O moich bolących kolanach, o tym, jak płakałam po mamie, o rachunkach, które rosły szybciej niż moja cierpliwość.
Ja wiedziałam o niej tyle samo. O mężu Zdzisławie, który chorował na cukrzycę i nie chciał brać leków. O synu w Anglii, który dzwonił raz na dwa tygodnie. O jej bezsenności i lęku przed ciemnością, który ciągnął się od dzieciństwa.
Dziesięć lat to jest historia. Kawałek życia opowiedziany na zmianę, łyk po łyku, piątek po piątku.
A potem, w marcu, Celina przestała otwierać drzwi. Pierwsze dwa piątki - wymówki przez domofon. „Jolaśka, głowa mnie łupie, przepraszam, następnym razem." „Mam Zdziska u lekarza, muszę lecieć." Trzeciego piątku domofon milczał.
Widziałam światło w jej oknach. Widziałam firanki, które się poruszyły, kiedy stałam pod blokiem i dzwoniłam na komórkę. Nie odbierała. Napisałam SMS-a: „Celina, wszystko OK? Martwię się." Odpowiedziała po trzech godzinach: „Wszystko dobrze, potrzebuję trochę czasu."
Na czym, myślałam. Na co? Staszek pytał, co jej jest, a ja wzruszałam ramionami. - Może depresja. Może Zdzisiek się pogorszył. Może coś z synem.
Kwiecień minął bez jednej kawy. Mijałyśmy się na klatce. Celina spuszczała wzrok, mówiła „cześć" cichym głosem i przyspieszała kroku. Raz widziałam, jak wchodziła do bloku z siatkami z Biedronki, i odwróciła się na pięcie, żeby iść w drugą stronę, kiedy zobaczyła, że stoję przy skrzynkach.
Zaczęłam myśleć, że to ja coś zrobiłam. Przewracałam w głowie nasze ostatnie rozmowy. Może powiedziałam coś nie tak? Może ją uraziłam? Budziłam się w nocy i analizowałam zdania sprzed tygodni, szukając momentu, w którym coś pękło.
Odpowiedź przyszła w maju, na zebraniu wspólnoty.
Zarządca, pan Walczak, czytał kolejne punkty porządku obrad. Fundusz remontowy, wymiana rur w pionie trzecim, nielegalny parking na trawniku. A potem wyjął plik kartek i powiedział: „Wpłynęła skarga od lokatorki z parteru dotycząca samowolnej przebudowy pomieszczenia piwnicy numer czternaście."
Piwnica numer czternaście była nasza.
Staszek, odkąd przeszedł na emeryturę, spędzał w niej po kilka godzin dziennie. Postawił ściankę działową, wylał posadzkę, zamontował oświetlenie i wentylację. Zrobił sobie warsztat stolarski - piękny, zadbany, z narzędziami powieszonymi równiutko na ścianie. Mówił, że to go trzyma przy życiu, że bez tego zwariuje w czterech ścianach.
Pan Walczak czytał: skarga do wspólnoty, kopia do powiatowego inspektora nadzoru budowlanego, kopia do administracji. Przebudowa bez zgody wspólnoty, zmiana przeznaczenia lokalu, naruszenie konstrukcji budynku. Celina domagała się przywrócenia piwnicy do stanu pierwotnego.
Obróciłam się do niej. Siedziała trzy rzędy za mną, z pochyloną głową, i nie podniosła wzroku.
Wróciłam do domu na miękkich nogach. Staszek stał w kuchni i od razu zobaczył, że coś się stało. Powiedziałam mu. Zrobił się biały na twarzy, usiadł na taborecie i długo milczał. Potem powiedział cicho: - Wiedziała. Celina wiedziała, że ta piwnica to jedyne, co mam.
I wtedy poczułam coś, czego się nie spodziewałam. Nie złość. Nie żal. Wściekłość. Czystą, białą wściekłość na kobietę, którą uważałam za przyjaciółkę, a która zamiast zapukać do moich drzwi, napisała skargę do urzędu.
Przez następne dni chodziłam po mieszkaniu i prowadziłam w głowie monologi skierowane do Celiny. Dlaczego nie powiedziałaś mi prosto w twarz? Dlaczego nie zadzwoniłaś, nie przyszłaś na tę cholerną kawę i nie powiedziałaś: „Jolaśka, mam problem z tą piwnicą"? Dziesięć lat. Dziesięć lat rozmów i ani jednego słowa prawdy.
A potem zadzwoniła Bożena z drugiego piętra.
- Jolka, ty wiesz, że Celinie grzyb wszedł na ścianę w sypialni? - powiedziała wprost. - Od jesieni. Zdzisiek ledwo oddycha w tym mieszkaniu. Ona do was przychodziła, dwa razy. Staszek ją zbywał, mówił, że wentylacja działa i żeby się nie czepiała.
Stałam z telefonem przy uchu i milczałam.
- Jolka, słyszysz mnie?
Słyszałam. Tylko nie chciałam tego słyszeć.
Wieczorem zapytałam Staszka. Nie patrzył mi w oczy. - No, przychodziła. Ale przesadzała. Trochę wilgoci to jeszcze nie grzyb.
Pojechałam do Celiny następnego dnia. Nie pukałam naszym sygnałem. Zapukałam zwyczajnie. Otworzyła i zobaczyłam jej twarz - zmęczoną, postarzałą o te kilka miesięcy, z cieniami pod oczami. Za nią, w korytarzu, zobaczyłam ciemną plamę na ścianie pod sufitem, wielkości poduszki.
- Mogłaś mi powiedzieć - wykrztusiłam.
- Mówiłam - odpowiedziała Celina. - Nie tobie. Ale mówiłam. I nikt nie słuchał.
Usiadłyśmy w jej kuchni. Kubki stały na stole, ale Celina nie włączyła czajnika. Opowiedziała mi o trzech wizytach u Staszka, o wilgoci, która weszła w ścianę między piwnicą a jej sypialnią, o astmie Zdziska, która się pogorszyła, o zaleceniu lekarza, żeby zmienili mieszkanie albo usunęli źródło wilgoci. O tym, jak Staszek za trzecim razem powiedział: „Pani Celino, niech pani nie robi z igły widły."
- Trzy miesiące czekałam - powiedziała cicho. - Myślałam, że jak zobaczysz, to porozmawiasz ze Staszkiem. Ale ty nie widziałaś. Nie chciałaś widzieć.
Wróciłam do domu i usiadłam w ciemnej kuchni. Staszek był w piwnicy. Słyszałam przez podłogę stłumiony dźwięk szlifierki.
Celina miała rację. To było najgorsze. Nie to, że napisała skargę. Nie to, że poszła do urzędu zamiast do mnie. Najgorsze było to, że przyszła do nas trzy razy, a ja o tym nie wiedziałam, bo nie chciałam wiedzieć. Bo łatwiej było pić kawę, niż zapytać Staszka, co właściwie robi w tej piwnicy i czy aby na pewno wie, co robi.
Piwnicę trzeba będzie przywrócić do stanu poprzedniego. Staszek chodzi po mieszkaniu jak cień i nie odzywa się do mnie od tygodnia. Celina i ja nie pijemy kawy. Grzyb u niej wymaga remontu całej ściany. Zdzisiek czeka na wizytę u pulmonologa.
A ja siedzę wieczorem w kuchni, patrzę na kubek, z którego piłam herbatę, i myślę o tym, że dziesięć lat piątkowych kaw nie znaczy nic, jeśli przez te dziesięć lat nie nauczyłaś się jednego - słuchać tego, czego nie chcesz usłyszeć. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];