Kanapki leżały na desce do krojenia - cztery kromki żytniego, masło, szynka, ogórek, szczypiorek. Robiłam je z zamkniętymi oczami, bo trzydzieści lat to wystarczająco dużo, żeby ręce zapamiętały każdy ruch.
Ale tamtego poranka, w pierwszy poniedziałek mojej emerytury, zamiast sięgnąć po nóż, usiadłam przy stole i powiedziałam do Kazimierza zdanie, które zmieniło wszystko.
- Kaziu, a może od jutra ty mi raz w tygodniu zrobisz herbatę? Taką do łóżka, z cytryną.
Odłożył gazetę. Patrzył na mnie tak, jakbym zaproponowała lot na Marsa. Nie złość - zdziwienie. Czyste, szczere zdziwienie, że kobieta, która przez trzy dekady wstawała o piątej dwadzieścia, może chcieć czegoś dla siebie.
Mam na imię Wiesława i przez trzydzieści dwa lata pracowałam jako szefowa zmiany w fabryce mebli. Trzy córki, pięcioro wnuków, dom jednorodzinny na obrzeżach miasta, który Kazimierz budował własnymi rękami przez osiem lat. Ludzie mówili, że jesteśmy jak z obrazka. I byliśmy - tyle że na tym obrazku brakowało jednej osoby. Mnie.
Bo ja nie byłam Wiesława. Byłam funkcją. Wstawałam pierwsza, kładłam się ostatnia. Śniadania, obiady, pranie, prasowanie, wywiadówki, wizyty u lekarza z dziećmi, później z wnukami. Kazimierz pracował na kolei - ciężko, tego nie neguję. Ale kiedy wracał do domu, siadał w fotelu i włączał telewizor. Ja po powrocie z fabryki wchodziłam w drugą zmianę.
Nigdy się nie buntowałam. Moja matka robiła to samo. Jej matka robiła to samo. To było jak oddychanie - nie pytasz, dlaczego wdychasz powietrze.
Emerytura przyszła w październiku. Pierwszego dnia Kazimierz wyszedł do pracy, a ja zostałam w pustym domu. Cisza dzwoniła w uszach. Usiadłam w kuchni przy kawie i patrzyłam na ten blat, na którym pokroiłam tysiące kromek chleba.
Policzyłam: trzydzieści lat razy dwieście pięćdziesiąt dni roboczych to siedem tysięcy pięćset śniadań. Siedem tysięcy pięćset razy po cztery kanapki. Trzydzieści tysięcy kanapek.
I nagle mnie to uderzyło - nie złość, nie żal. Pustka. Nikt nigdy nie zapytał, czy ja chcę herbatę do łóżka. Czy chcę rano posiedzieć w ciszy, zanim zacznie się dzień. Czy chcę cokolwiek.
Tydzień później spróbowałam z tą herbatą. Reakcja Kazimierza mnie nie zraniła - wręcz otrzeźwiła. Przez te trzydzieści lat sam się odzwyczaił od myśli, że ja mogę mieć potrzeby. To nie była jego złośliwość. To był nawyk, który oboje hodowaliśmy latami.
- Herbatę? Do łóżka? - powtórzył, marszcząc brwi. - A po co? Przecież sama sobie zrobisz, jak wstaniesz.
Nie odpowiedziałam. Wzięłam kurtkę i wyszłam na spacer. Był koniec października, liście pod nogami chrzęściły, a powietrze pachniało dymem z ognisk. Szłam przez park, ten sam, przez który biegłam na autobus o szóstej rano przez trzydzieści lat, i po raz pierwszy widziałam ławki, klomby, stare dęby. Trzydzieści lat - a ja nie znałam własnego parku.
Córki - Magda, Ania i Kasia - przyjechały w niedzielę na obiad. Magda pierwsza zauważyła, że coś jest inaczej.
- Mamo, wszystko dobrze? Nie nakryłaś do stołu.
- Bo dzisiaj nakryje tata - powiedziałam spokojnie.
Kazimierz podniósł głowę znad gazety. Dziewczyny wymieniły spojrzenia. Cisza trwała może pięć sekund, ale czułam ją jak pięć minut.
- To gdzie są talerze? - zapytał w końcu Kazimierz.
- W szafce. Tej samej od trzydziestu lat.
Wstał i otworzył szafkę. Nie tę. Próbował drugiej - też nie. Za trzecim razem trafił. Wyjął cztery talerze.
- Pięć - poprawiłam. - Jest nas pięcioro, Kaziu.
Magda patrzyła na mnie z szeroko otwartymi oczami. Ania uśmiechnęła się lekko. Kasia wyjęła telefon i zaczęła nagrywać - młode pokolenie, wszystko na TikToka.
- Nie nagrywaj ojca - powiedziałam ostro, bo to nie miało być publiczne upokorzenie. To miała być lekcja. Dla nas obojga.
Wieczorem, kiedy dziewczyny pojechały, Kazimierz usiadł naprzeciwko mnie w kuchni. Długo milczał. Obracał w palcach łyżeczkę do herbaty - tę z kwiatowym wzorem, jeszcze po mojej mamie.
- Wiesiu - powiedział cicho. - Ja naprawdę nie wiedziałem, która szafka.
To jedno zdanie powiedziało więcej niż każda kłótnia mogłaby. Mężczyzna, który żył w tym domu trzydzieści lat, nie wiedział, gdzie stoją talerze. Nie dlatego, że był głupi czy leniwy. Dlatego, że nigdy nie musiał wiedzieć. Bo ja zawsze byłam o krok przed nim.
Mogłam wtedy wybuchnąć. Mogłam płakać, wygarnąć mu wszystko. Ale ja też byłam winna. Przez trzydzieści lat nie pozwoliłam mu wejść do tej kuchni jako partner. Brałam wszystko na siebie, bo tak było szybciej, lepiej, bo ja wiedziałam, ile soli do rosołu, jak złożyć prześcieradło, kiedy trzeba wymienić proszek do prania.
- To może zacznijmy od tej herbaty - powiedziałam.
Następnego ranka obudził mnie zapach. Nie kawy - herbaty. Kazimierz stał w drzwiach sypialni z kubkiem w dłoniach. Herbata była za słaba, cytryna za gruba, cukru za dużo.
Była najlepsza, jaką piłam w życiu.
Nie mówię, że od tego dnia wszystko się zmieniło. Kazimierz wciąż nie umie załadować pralki - po czterdziestu latach małżeństwa twierdzi, że biały z kolorowym to jedno i to samo. Zapomina nakryć do stołu, przypala jajecznicę i kupuje sól zamiast cukru. Ale próbuje. W czwartki robi mi herbatę do łóżka. Czasem nawet we wtorki.
A ja się uczę czegoś innego - puszczać. Nie poprawiać, nie wzdychać, nie robić za niego. Pozwolić, żeby talerze stały krzywo, żeby ścierka wisiała nie tam, gdzie powinna.
Trzydzieści tysięcy kanapek. Siedem tysięcy pięćset poranków. I jeden kubek kiepskiej herbaty, który okazał się wart więcej niż wszystko.
Bo to nigdy nie chodziło o herbatę. Chodziło o to, żeby ktoś zapytał: a ty, Wiesiu, czego chcesz? var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];